wtorek, 12 grudnia 2017

Trup w taksówce.

Jakiś czas temu w jednej z grup związanych z pisaniem na facebooku pojawiło się zadanie dla blogerów czyli między innymi dla mnie. Zadanie autorstwa Justyny Karolak.

O co chodziło? O napisanie felietonu na temat taksówkarzy. Jacy oni są w moim mieście? Jak ja ich widzę? A jak ich widziała moja babcia? 

Zdjęcie Dariusza Gdesza.

Dla mojej babci przejazd taksówką był jak lot rakietą na księżyc. Tak samo nadzwyczajny, niezwykły. Babcia zwykle mawiała: z taksówki korzysta się w ostateczności. Wtedy gdy musisz jechać gdzieś szybko na przykład do szpitala. Gonienie taksówką autobusu lub pociągu nigdy nie przyszło jej do głowy. Również jazda na spotkanie z koleżanką lub, nie daj boże, kochankiem. Zresztą w czasach babci nie istniało wiele możliwości korzystania z tego typu pojazdu. Nikt wtedy nie mógł zamówić sobie taksówki z dowolnego miejsca, posługując się komórką. Jedynie przez telefon stacjonarny. A babcia nie miała telefonu. Straszne, prawda? I jak trudno sobie teraz coś takiego wyobrazić. Życie bez telefonu. W dodatku życie prawie bez taksówki. Prawie, bo jednak się zdarzały wyjątki i jednocześnie taksówkowe przygody najpierw babci, a później moje.

Przygoda pierwsza.

Pierwsza, jaką pamiętam z udziałem babci. Jechałam razem z nią syreną albo warszawą. W każdym razie niezbyt nowym autem i jak się później okazało trochę się rozlatującym. Gdzie jechałyśmy? Dlaczego babcia złamała swoje zasady? Nie pamiętam. Byłam zbyt mała. Moja pamięć zbyt wybiórcza. Zupełnie jak wtedy, gdy wróciłam sama do domu spod sklepu ogrodnika w czasie wybierania przez babcię roślinek. Pamiętam, że wróciłam i że z tego powodu babcia bardzo się złościła, bo zostawiłam ją samą w tym sklepie. Ale zbaczam z tematu.
  
Początek lat 80. Siedzimy sobie z babcią na tylnym siedzeniu w taksówce. Kierowca markotny. Nie odzywa się. Jedziemy zadowolone z luksusu, jaki nas spotkał. Ja w każdym razie zadowolona, babcia chyba też trochę albo bardziej myśląca o miejscu i sprawie, którą musi załatwić. Dojeżdżamy i się zaczyna. Łapię za uchwyt służący do otwierania drzwi. ( Wybaczcie do dziś nie wiem jak się to cudactwo nazywało ). Uchwyt zostaje mi w ręce, ale drzwi nadal zamknięte. Pan kierowca jakby w tym momencie się nagle obudził. Zaczyna na nas bluzgać jadem. Każe babci płacić za szkodę, którą ja zrobiłam. Babcia się jakoś tłumaczy. W końcu dochodzą do kompromisu. Babcia coś mu daje znaczy się jakieś pieniądze, a może nic nie daje. Niestety końcówka też mi się gdzieś zgubiła.

- Psuj - nazwała taksówkarza babcia, gdy wreszcie wydostałyśmy się z taksówki.
- Dlaczego? - zapytałam ja, mała dziewczynka lat 5.
- Sam popsuł, a na ciebie winę zwala.
- Sam?
- Jak się tyle jeździ, to auto się psuje.
- Babciu, ale on przecież musi jeździć.
- Więc niech daje ten grat do przeglądu?
- Jaki grat? Jaki przegląd?
- Daj mi spokój. Od twoich pytań już mnie głowa boli.

Przygoda druga.

Tym razem świąteczna atmosfera. Sylwester. Po raz pierwszy jadę sama do koleżanki. Stoję w długaśnej kolejce. Końcówka lat 80. Owszem jest radio-taxi, ale nadal brak telefonu i nie każdy kierowca jedzie w określone miejsce. Taksówkarze nadal są panami nie ich klienci.

Myślę o tym, co mówiła babcia, żebym uważała i jechała zwyczajnie autobusem, ale żadnego nie widać na horyzoncie. Dlatego się skusiłam. Stoję z innymi na przystanku. Z innymi się niecierpliwię. Kiedy i kto podjedzie? Wreszcie pojawia się żółty fiat 126p. Wsiadam zadowolona. 

- Taka ładna i gdzie jedzie? - zagaja kierowca jakby adres mu nie wystarczył.
- Do koleżanki - odpowiadam.
- Nie boisz się sama? - ręka kierowcy zsuwa się na moje kolano, a ja zaczynam żałować, że usiadłam obok niego i w dodatku w zbyt krótkiej sukience.
- Nie bój się. Krzywdy ci nie zrobię - zapewnia kierowca.
- Chyba wolę jechać z tyłu - oświadczam, choć ręka wróciła na kierownicę.
- Po co? Z tyłu jest zimno.

W głosie słychać groźbę.
- Niech się pan zatrzyma - błagam. Na pewno nie zniosę po raz drugi jego ręki na kolanie.
- O co heca? Zaraz dojedziemy - śmieje się kierowca. Gdy ja tymczasem zgrzytam zębami prawie na granicy paniki. Przypominają mi się wszystkie opowieści babci o zgwałconych panienkach.
- Niech się pan zatrzyma - krzyczę.
- Dobra. Jak sobie chcesz histeryczko.

Kierowca zatrzymuje się. Ja wyskakuję w ciemność. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że nie mam torebki. Zostawiłam ją w taksówce. Dalszą drogę do koleżanki pokonuję na pieszo. Kierowcę nazywam natrętem.

Przygoda trzecia.

Znów jedziemy razem z babcią. Tym razem śpieszymy się na dworzec autobusowy. Przez całą drogę babcia marudzi, że się spóźnimy, bo za późno wstałam. Kierowca nic nie mówi. Jedzie. nie zwraca na nas uwagi. Skręca. Przed nami już widać budynek dworca. Stojące tu i tam autobusy. Wiem, że dalej za tym budynkiem są tory. Jeżdżą nimi pociągi. Jednak my musimy jechać autobusem do chorej cioci. Przy okazji babcia martwi się również o nią. Czy zdążymy ją zobaczyć przed śmiercią? Może zresztą akurat teraz o tym nie myśli. Tylko o autobusie. Wtedy się to dzieje. Kierowca nagle łapie się za serce. Zawał. Musimy wezwać pogotowie, a telefonu nigdzie nie widać, choć już lata 90. Na szczęście obok przejeżdża karetka. Jakby bóg zrzucił ją nam z nieba. Wszystko kończy się szczęśliwie. Wydaje się, że szczęśliwie, bo zdążyłyśmy na autobus. Co z kierowcą? Przeżył? Umarł? Nie wiemy. Jak go nazwać trupem, pechem, szczęściarzem, bo obok znalazła się karetka?

I tak dla babci kontakty z taksówkarzami były koniecznością. Czym jednak dla ostatniego taksówkarza okazał się kontakt z nami. Podróżą do nieba? Czy może jedynie pobytem w szpitalu? 


P. S. Podobało Wam się? Chcielibyście więcej takich tekstów?



  


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz