wtorek, 13 marca 2018

Marian.

Od 1 marca biorę udział w wyzwaniu Krzysi Bezubik ,,Piszę codziennie,,. 
Myślę i wytrwale stukam w klawisze laptopa. Co wychodzi spod moich palców lub nie wychodzi? Sami zobaczcie i oceńcie. Poniżej druga wersja jednego z moich tekstów.


8 Dzień mojego pisania.

Pocę się przed pustym, białym ekranem komputera. Żadna myśl nie przychodzi, oprócz tej, że mogłabym dać sobie spokój, bo już dziś niczego nie stworzę. Ona jedna wierci mi w głowie rów pełen pustki. Na próżno się opieram. Próbuję schwycić choćby małą nić, haczyk, cokolwiek, co posunęło by mnie dalej.

Wreszcie, gdy zamykam oczy, pojawia się on, Marian. Wyraźnie widzę ostre, niesymetryczne kanty jego twarzy, piegi na nosie i policzkach, włosy ciemno- blond obcięte na pazia, dwie poważne kreski ust i niebiesko-zielone oczy, w których głębi można się zanurzyć.

Mój pierwszy i ostatni przyjaciel, nie mąż i nie kochanek. Kumpel, kolega ze szkoły. Gadałam z nim o wszystkim i niczym. Zwierzałam się z miłości, snów, smutku, gniewu i tak dalej. Znaliśmy się od pierwszej klasy szkoły podstawowej i nawet poszliśmy do tego samego liceum. W trzeciej klasie przez naszą przyjaźń przeszedł huragan.

Twarz Mariana.

Najpierw zauważyłam, że Marian się rozgląda. Zanim usiądzie patrzy w lewo i w prawo, odwraca się do tyłu. Podobnie zachowuje się, gdy wracamy do domu, a przecież wcześniej nie zwracał uwagi na otoczenie.

- Coś się stało? Wszystko w porządku? - pytałam.
Nie odpowiadał. Jedynie wzruszał ramionami. Pewnie wtedy sam przed sobą udawał, że problem nie istnieje. W końcu jednak nie wytrzymał i mi powiedział, raczej wyszeptał, bo bał się, że ktoś może go usłyszeć.
- Oni tu są - powiedział. - Zabiorą mnie. Na moje miejsce wstawią kogoś innego, ale ty nie daj się oszukać. Pamiętaj o twarzy.
- Nie rozumiem - przyznałam się.
- Zrozumiesz w swoim czasie, a teraz idź po aparat i zrób mi zdjęcie.

Pobiegłam. Jednak, gdy wróciłam Mariana już nie było. Tak cicho wyszedł z domu, że nawet go nie zauważyłam.

Następnego dnia nie przyszedł do szkoły, więc poszłam do niego. Ciekawiło mnie, co się stało. Zachorował czy zrobił sobie dzień wolny? Długo dzwoniłam i pukałam. Nikt nie otworzył, a przez następne dni wciąż próbowałam czegoś się dowiedzieć. Poza lakoniczną informacją sąsiadki, że się wyprowadził, niczego nie uzyskałam.

Wiele dni minęło. Wiele zsumowało się w miesiące, potem lata. Skończyłam liceum. Poszłam do pracy. Poznałam innych ludzi w tym mężczyzn. Żaden nie pozostawił po sobie tak wielkiego śladu jak Marian.

Właśnie wracałam z jakieś pustej i głupiej imprezy, gdy usłyszałam kroki za sobą. Przyspieszyłam, chcąc sprawdzić, czy kroki zrobią to samo. Zrobiły. Zaczęłam biec. Pobiegły za mną. Niestety biec długo nie potrafię. Nigdy biegania nie ćwiczyłam. Szybko się męczę. Coś mi strzyka w boku. Zaczyna brakować oddechu. Serce chce wyskoczyć przez gardło. Nogi nie mogą unieść ciężaru. I tym razem działo się to samo. Zanim dobiegłam do drzwi na klatkę schodową swojego bloku, dorwały mnie obce, męskie ręce.

- Nie uciekaj. To ja - odezwał się na szczęście nie obcy lecz znajomy głos.
- Jaki ja? -myślałam, bo z braku tchu nie udało mi się nic powiedzieć.
- Marian - odpowiedział i odsłonił twarz dotąd przykrytą kołnierzem czarnego płaszcza.

Zdębiałam. Czas nie odcisnął na niej żadnego śladu. Nadal była twarzą nastolatka.
- Niemożliwe - wydusiłam z siebie niedowierzanie i przerażenie.
- Pamiętasz? Powiedziałem ci, żebyś pamiętała o twarzy. Sądziłem, że oni ją zmienią, ale zostawili, oddzielając mnie w ten sposób od moich bliskich. Przez to musiałem być z nimi, z obcymi, choć nie chciałem i broniłem się do ostatniej chwili.
- Jacy oni? 
- Powiem ci, ale nie tutaj.
- Dobrze, wejdź do środka.

Gracze.

- Pamiętasz ten dzień, kiedy poprosiłem, żebyś zrobiła mi zdjęcie? - zaczął rozmowę Marian, gdy już usiedliśmy przy stole z filiżankami herbaty.
- Tak - kiwnęłam głową.
- Ty wyszłaś, a oni weszli.
- Jak to?
- Najlepiej zacznę od początku.

- Pojawili się w moim życiu, gdy skończyłem 16 lat. Potrącali mnie na ulicy, popychali w kolejkach przy kasach w markecie, zagadywali w najmniej odpowiednich momentach. Starsi panowie z jakimś dziwnym szczegółem na twarzy, w ubraniu lub na rękach. Dziwnym dla mnie, bo jakoś nikt inny nie zwracał na nich uwagi. Wręcz przeciwnie. Ludzie przechodzili obok jakby oni nie istnieli, jakbym tylko ja ich widział. Nawet ty kiedyś, gdy wracaliśmy ze szkoły przeszłaś obok nich obojętnie. Chciałem zapytać, czy ich widzisz, ale ty zaczęłaś mówić o czymś, już nie pamiętam o czym.

W każdym razie odechciało mi się. O snach z nimi też nie wspomniałem, choć bardzo mnie dręczyły. Zawsze pokazywały to samo zanurzone w dymie miejsce i mężczyzn siedzących za stolikami przy planszach do gry w warcaby albo szachy. Zwykle jeden z nich odwracał się do mnie i mówił: życie jest grą, zagraj w nią. Nie wiem dlaczego słowa budziły we mnie lęk. Uciekałem, a oni mnie gonili. Budziłem się zlany potem i z sercem podchodzącym do gardła. Zegar przy łóżku pokazywał 3:33. Do świtu pozostało tyle czasu, a ja nie mogłem już zasnąć. W ciągu dnia czułem zmęczenie i przekonanie, że oni czekają na mnie w każdym miejscu. Chcą, żebym stał się jednym z nich. 

Tylko po co? Czemu akurat do mnie się przyczepili? W jaki sposób mam się ich pozbyć? Czy to w ogóle możliwe? Myślałem póki miałem siłę myśleć. 

W jednym ze snów pojawiła się kobieta z twarzą do połowy męską. Równie dobrze mogłem nazwać ją mężczyzną, jednak coś we mnie mówiło mi, że jest kobietą. Powiedziała mi, że zna moich prześladowców. Oni też ją nękali. Zabili jej bliskich, żeby należała wyłącznie do nich, żeby z nimi pracowała. Poddała się w końcu, bo inaczej nie mogła. Wstydzi się, że nie potrafiła i pomaga innym, których gracze wybrali. Dodała jeszcze, że muszę zrobić sobie zdjęcie, żeby nie zapomnieć siebie sprzed przemiany, wiedzieć, że kiedyś byłem kimś innym. Potem odeszła. Zostawiła mnie z wieloma pytaniami w głowie. Następnej nocy już się nie pojawiła. 

Gracze, jak ich nazwałem w myślach z powodu plansz do gry, nad którymi siedzieli, przyszli po mnie tego dnia, gdy poprosiłem cię o zrobienie zdjęcia. Wyprowadzili do stojącego na zewnątrz granatowego mercedesa. Po drodze mijali nas sąsiedzi, ale żaden z nich na nas nie patrzył.

Marian przerwał nagle swoją opowieść. Przyłożył palec do ust, żebym siedziała cicho. Czy coś usłyszał? Coś zobaczył? Nie wiem. Bez słowa wstał. Ubrał się szybko i wyszedł.


 
P. S. Ciąg dalszy nastąpi.
  
 
  
 



8 komentarzy:

  1. niech ciąg dalszy nastąpi szybko bo strasznie jestem ciekawa co dalej !?

    OdpowiedzUsuń
  2. Przyczepił się kiedyś do mnie taki jeden Marian, ale wystraszyłam go czarownicami :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny tekst chociaż imię Marian haha przepraszam jakoś dziwnie mi się kojarzy :) I się rozbawiłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, każdy ma jakieś skojarzenia. Nic nie poradzę.
      Dobrze, że mimo to, tekst ciekawy.

      Usuń