poniedziałek, 17 października 2016

Zniknięcie.

Co by było,gdyby na świecie 
nie było koleżanek?
Byłoby smutno, ponuro,
ale przede wszystkim Eugenia
nie miałaby o czym opowiadać.
Z drugiej strony ja nie miałbym
o czym pisać.

Zdjęcie stąd.

Znów siedziały razem
Eugenia i Stanisława.

Siedziały w domu
Stanisławy, która
z tej okazji kupiła jabłecznik,
swoje ulubione ciasto,
niekoniecznie lubiane
przez Eugenię.

Ta chętnie zjadłaby 
coś bardziej słodkiego.
Może jakieś ciasto z czekoladą.

Może kawałek tortu
z bitą śmietaną jak u Rozalii,
u której była niedawno
i której informacje
miała teraz do przekazania
Stanisławie.

- Mówię ci zniknęli na jej oczach.
Eugenia szybko przełknęła kęs
jabłecznika, żeby powiedzieć
to, co powiedziała.

- Niemożliwe.
Stanisława nie wierzyła.

Szczerze powiedziawszy
nie ufała Rozalii.

Wiedziała, że potrafi
różne rzeczy 
wyolbrzymiać i przeinaczać.

Taką miała już naturę
i wybujałą wyobraźnię.

Eugenia jakby tego
nie dostrzegała,
chociaż nie raz została
wprowadzona w błąd przez Rozalię.

- Może okulary spadły jej z oczu.
Zasugerowała Stanisława.-
- Ona nie ma okularów.
- A wzrok ma na pewno dobry?
- Nie chcesz słuchać, to nie.
Twoja sprawa.
Eugenia zrobiła nadąsaną minę.

- Oj, nie obrażaj się. Jasne, że chcę.
Stanisława podsunęła Eugenii
następny kawałek ciasta.

Sprawa była naprawdę niezwykła.
Małżeństwo dwojga nauczycieli
na emeryturze zniknęło
w niewyjaśnionych okolicznościach.

Ich zniknięcie zgłosiła jedna z ich
trzech córek, która akurat przyszła
ich odwiedzić i nikogo 
nie zastała w domu.

Iga, bo tak miała na imię córka
otworzyła drzwi rodziców swoim
zapasowym kluczem.

Była przekonana, że stało się 
coś złego, gdyż nigdy dotąd
jej rodzice nie wyjeżdżali
nagle bez powiadomienia
o tym swoich córek.

- Oni nigdy nie opuszczali
na długo swojego mieszkania.
Poinformowała Iga policję,
gdzie udała się natychmiast
po dokładnym przeszukaniu domu.

Ich przedmioty, ubrania, jedzenie,
wszystko pozostało na miejscu
jakby wyszli tylko na chwilę
i zaraz mieli wrócić.

Czekała na nich do późnego wieczora.
Następnego dnia też przyszła
i następnego, a jej rodziców 
nadal nie było.

Nikt ich nie widział.
Nikt o nich nie słyszał.
Tylko Rozalia ostatni raz
na rynku.

Podobno kupowała ziemniaki,
a oni na sąsiednim straganie
wybierali jabłka.

Patrzyła na nich, a oni nagle znikli
jakby rozwiali się w powietrzu
albo Rozalia miała jakieś problemy
z głową albo ze wzrokiem.

W każdym razie Iga
podobnie jak Stanisława
nie wierzyła Rozalii.

Rozalia była znana ze swoich
plotek i niewiarygodnych historii.
Lubiła przesadzać, dopowiadać treści
tam, gdzie ich wcale nie było.

Zdaniem Igi spokojnie mogłaby
pisać powieści i tam by się wreszcie
wyżyła, a w swoim zwykłym życiu
nie musiałaby już wymyślać.

Innych, wiarygodnych 
świadków zniknięcia nie było.

Ani sklepikarka, ani ludzie
z kolejki do warzywniaka
nie mogli sobie przypomnieć
czy byli czy nie byli 
kobieta i mężczyzna w okularach.

Gdyby jeszcze nosili jakieś
ubrania w odblaskowych
kolorach, może wtedy ktoś
by ich zapamiętał albo,
gdyby któreś z nich zrobiło
awanturę sklepikarce lub
za długo macało jej warzywa.

Gdyby zrobiło cokolwiek,
co mogłoby zwrócić
uwagę innych.

Oni jednak nie zrobili nic.
Wybierali jabłka, a potem,
jak twierdziła Rozalia,
zwyczajnie znikli.

Przez długi czas sprawa
pozostała niewyjaśniona,
Iga i pozostałe córki załamane
i wciąż niezdecydowane,
co zrobić z mieszkaniem
rodziców. 

Zostawić je w spokoju
i czekać dalej na powrót bliskich,
czy sprzedać bo jego utrzymanie
sprawiało im trzem duży kłopot,
a może wynajmować.

Ta ostatnia możliwość w końcu
zwyciężyła i córki, głównie Iga
najstarsza i najbardziej bystra
znalazła lokatora, starszego pana
i również nauczyciela na emeryturze.

Pan nie zniknął.
Opłacał regularnie czynsz
i pozostałe związane 
z mieszkaniem należności. 

Powoli wracał porządek, 
przynajmniej tak się wydawało.

Znacie to uczucie?
Jest już dobrze, doskonale
i nagle coś się wali, psuje,
ginie umiera.

Tak się popsuło i zawaliło
życie nowego lokatora mieszkania
pana Aleksandra.

Był już szczęśliwy,
bo wreszcie miał swój kąt,
swój dach nad głową.
Wreszcie nie przeszkadzał
synowi i jego żonie,
z którymi do tej pory 
musiał dzielić mieszkanie.

Ani on nie przeszkadzał,
ani oni jemu.

I chociaż właścicielka
zajmowanego przez niego
obecnie mieszkania
uprzedziła go,
co może się zdarzyć,
gdyby jednak,
jakimś cudem jej rodzice wrócili,
nie spodziewał się.

Czuł się jak u siebie w domu,
jak w kupionym, nie wynajmowanym domu.

Jakby te trzy pokoje należały
tylko do niego, do nikogo
więcej.

Był zbyt pewny siebie,
zbyt bezpieczny,
zbyt zadowolony z małej,
dostosowanej jakby dla niego
ceny wynajmu.

Wszystko na czym 
się opierał i z czego się cieszył
runęło w ciągu jednej nocy.

Tego dnia bolała go głowa.
Wziął tabletkę przeciwbólową
i położył się do łóżka
wcześniej niż zwykle.

W nocy obudził go
dziwny świdrujący dźwięk.
Miał wrażenie jakby
gdzieś obok startowały lub lądowały
spodki kosmiczne wielkie
i bardzo hałaśliwe.

Przez chwilę nie wiedział,
gdzie jest.

Patrzył na ściany pokoju
nieprzytomnymi oczami.
Gdzieś z tyłu za nimi 
budził się tępy ból.

Dopiero po chwili
zdał sobie sprawę,
że źródłem hałasu jest
odjeżdżający spod bloku motor.

Potem coś jeszcze usłyszał.
Jakby zza ściany.
Odgłosy głośno kochającej się pary
albo nastawionego na cały regulator
filmu erotycznego.

To drugie wydawało mu się
bardziej prawdopodobne,
bo kto dzisiaj może i ma czas
na tak hałaśliwy seks,
na pewno nie młodzi, zapracowani
mieszkający z rodzicami.

Im bardziej stawał się przytomny,
tym odgłosy były bardziej donośne
i dokuczliwe.

Próbował zakryć uszy poduszką
i spać dalej. Bez skutku.

W końcu zrezygnowany
i z coraz większym bólem głowy
zwlókł się z łóżka.

Postanowił, że zrobi sobie
herbatę miętową, podobno dobrą
na ból głowy.

Tak mu kiedyś mówiła Grażyna,
przyjaciółka ze sklepu ziołowego,
która z przyjaciółki stała się jego
kochanką i byłoby wspaniale,
gdyby nie chciała zaraz wychodzić
za niego za mąż i gdyby nie chciała,
żeby kupił im mieszkanie,
gdyby nie miała tylu męczących
wymagań.

Dawno już o niej nie myślał.
Udało mu się jakoś zapomnieć.
To przez tych sąsiadów sobie przypomniał.

Akurat, że to byli sąsiedzi nie miał
wątpliwości, bo niby kto inny
o tej porze mógł uprawiać seks
lub oglądać film z seksem.

Teraz miał wrażenie, że odgłosy
są jeszcze bardziej wyraźne niż
były kilka minut wcześniej.

Zapalił lampkę.
Spojrzał na stojący na półce
z książkami zegarek.

Godzina 24. Godzina duchów
jakby powiedziała Grażyna,
która lubiła oglądać horrory,
a potem trząść się godzinami
i przytulać do niego, kiedy
z nim była.

Chyba nawet ostatniej wspólnej
nocy tak się przytulali,
chociaż jeszcze wtedy nie wiedział,
że jest to ich ostatnia noc.

Zachowywali się równie głośno,
a to dlatego, że całe jej malutkie
mieszkanie mieli tylko dla siebie.

Być może jakiś sąsiad jak teraz on
krzywił się i zatykał uszy.

Aleksander westchnął.
Czy gdyby wiedział, że ściany
są tak cienkie kochałby się z Grażyną
po cichu, a ona nie jęknęła by ani razu?

Gdy wszedł do przedpokoju,
miał wrażenie, że jeszcze ktoś jest
w mieszkaniu, jakby ci sąsiedzi
za ściany nie byli za ścianą,
nie za tą ścianą, o której myślał.

Przerażony Aleksander podszedł
na palcach czyli tak cicho jak
to tylko było możliwe do drzwi
drugiego pokoju.

Były uchylone.
Dziwne, bo chyba wieczorem je zamknął.
Lubił mieć zamknięte drzwi 
pomieszczeń, w których go nie było.

Zerknął przez szczelinę
i omal nie przewrócił się
nieprzytomny pod wpływem tego,
co zobaczył.

Na pewno serce nagle skoczyło
mu do gardła.

W pokoju obok, w jego mieszkaniu,
na łóżku kobieta i mężczyzna
gwałtownie i namiętnie się kochali.

Naprawdę można było spaść z krzesła,
gdyby się na nim siedziało.

W pierwszej chwili Aleksander
próbował się uspokoić myślą,
że wszystko to nie dzieje się na jawie,
lecz we śnie.

Pewnie nadal spał
i tylko śniło mu się, że się obudził.

Uszczypnął się, bo chciał się obudzić.
Na próżno, akcja w pokoju trwała nadal
jak film z zepsutego telewizora, który
wbrew twoim chęciom nie ma zamiaru
się wyłączyć.

Później, znacznie później,
gdy serce Aleksandra nadal niebezpiecznie
skakało do góry, okazało się,
że to nie sen, a okrutna prawda.

Zaginieni w niewyjaśnionych okolicznościach
właściciele mieszkania wrócili.

Okoliczności ich powrotu były również
nie wyjaśnione.

Na widok Aleksandra podobnie 
jak on na ich widok zamarli.

Skąd się tu wziął obcy facet
i dlaczego stał pod drzwiami
i ich podglądał?

W pierwszej chwili Zdzisław
chciał go wyrzucić, wezwać policję.

Na szczęście jego żonie Oldze
udało się go uspokoić.

Zawsze była w przeciwieństwie
do męża bardziej opanowana
i w wielu kłopotliwych sytuacjach
studziła jego temperament
skłonny do złości i nieprzewidywalnych
wybuchów.

Zadzwonili do Igi
tak jak im zasugerował Aleksander.

Zaspana, prawie nieprzytomna
potwierdziła w końcu wersję Aleksandra.

Wynajęła mieszkanie, bo rodziców nie było,
a płacić za mieszkanie trzeba było.

Zrozumieli, chociaż nie do końca.

Jak to ich nie było?
Przecież byli.
Gdzie dokładnie i co robili
nie pamiętali, ale czy to ważne
i tak byli pewni, że nie opuszczali
mieszkania.

Z trudem uwierzyli w wersję swojej
córki i Aleksandra.
Z drugiej strony nie mogli zrozumieć
jak umknęło im z pamięci tyle
ostatnich szczegółów.

Od czasu zakupów na rynku
niczego nie pamiętali zbyt dobrze,
jakby przeszłość ukryła się za murem
albo za gęstą mgłą.


- A co z tym lokatorem?
Zapytała Stanisława Eugenię,
gdy znów się spotkały,
tym razem u Eugenii na herbacie.

- Wyprowadził się do syna.
- Iga oddała mu pieniądze?
- Nie, ale obiecała, że mu znajdzie nowe mieszkanie.
- Dobre i to.
Ucieszyła się Stanisława.

Eugenia też była zadowolona.
Miały przecież dobry temat do rozmowy,
a Aleksander bardzo załamany
zaczął ponowie rozważać powrót do Grażyny
i jej małego mieszkanka.


P.S. Do tej pory nie wiadomo, gdzie
byli Zdzisław i jego żona Olga.
Próby rozwiązania tajemnicy 
przy pomocy znanego hipnotyzera
i bioenergoterapeuty niestety się nie powiodły.

Podobno znalazł się świadek,
który tamtej nocy, gdy wrócili
widział na niebie ufo.
Czy to zjawisko miało coś wspólnego
z dziwnym zniknięciem?
To już inna historia.
 










 



  
 


8 komentarzy:

  1. Witaj, jestem u Ciebie pierwszy raz, ale nie żałuję :) Długi post ale treściwy ;) Masz talent do pisania. Ciepło pozdrawiam i zapraszam do siebie.
    bylasobiepanda.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję Karolino.
    Chętnie zobaczę Twojego bloga.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pozdrawiam utalentowaną pisarkę..🐶

    OdpowiedzUsuń
  4. Mnie też wciągnęło! Bardzo dobre! :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo mnie wciągnęło to opowiadanie. Masz talent dziewczyno! Będę do Ciebie wpadać , bardzo dziękuję za zaproszenie - Inusia ( Iwona Miżyńska van Eck )

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję. Bardzo miło to słyszeć, raczej widzieć i czytać.

    OdpowiedzUsuń