wtorek, 8 listopada 2016

Tajemniczy domek.

Przeżyła już bliskie spotkanie z obcym, chociaż nie zdawała sobie z tego sprawy.
Teraz znów pojawiło się coś dziwnego i tajemniczego w jej życiu.
Co i komu się pojawiło?

Zdjęcie ze strony.

Zaczęło się od Rozalii. Dokładnie od tego, co powiedziała pewnego dnia Eugenii.

- Moja Todzia mi to mówiła, że widziała dziwny domek na działce z zielonej cegły. Śmiałam się z niej. Jak cegła może być zielona. 

,,- Wybacz Todziu chyba byłaś pijana. 
Co to, to nie - zaprzeczyła ona.
- Ja już od dawna nie piję. 
- Od kiedy - zapytałam. 
- Od września tamtego roku,,

- Rzeczywiście dawno, całe 13 miesięcy.
Na pewno piła, ale warto sprawdzić.
- Tak, warto.
Potwierdziła Eugenia.

Trochę później o wszystkim powiedziała Stanisławie na ich kolejnym spotkaniu na herbacie.

- Co sprawdzić, jej picie?
Zapytała Stanisława.
- To też przy okazji. Jak zobaczymy ten domek, to już będziemy wiedziały, że nie piła. Jak go nie będzie, znaczy się, piła.
- I Rozalia gada głupoty.

Dodała Stanisława.
Niepotrzebnie. Eugenia od razu się skrzywiła jakby połknęła cytrynę. Nie lubiła, kiedy Stanisława podważała wiarygodność jej Eugenii źródeł informacji. 
Co zrobić, że przeważnie tym źródłem była Rozalia znana z niewiarygodnych, 
nie zawsze prawdziwych opowieści.

Todzia była przyjaciółką Rozalii od dzieciństwa. Bardzo do niej podobną. 
Tylko, że miała jedną wadę. Lubiła sobie wypić, nie herbatę, ale czystą wódkę albo piwo.
Zrobiło się jej tak po śmierci męża. Pocieszała się w ten sposób i w końcu stała się alkoholiczką.

Na pobliską działkę często zapraszali ją kumple od kieliszka przeważnie mężczyźni. Piła z nimi. Potem robiła striptiz i z tym, który jej najwięcej postawił alkoholu szła do łóżka. Podobno.
Mówili o tym ci mężczyźni, zwłaszcza ci dotąd niedoceniani przez swoje żony. 
Ile w tym było prawdy? Nie wiadomo. Na pewno mężczyźni też potrafią dość dobrze rozsiewać psujące reputację plotki.

W każdym razie wybrały się pewnego dnia na działkę: Rozalia, Eugenia 
i Stanisława. Pewnego dnia po święcie zmarłych, gdy znów zaczęło świecić słońce. Wydawało się nawet, że zrobiło się cieplej i jakby lżej na sercu, 
chociaż nie do końca.

Stanisławie raczej lżej nie było w towarzystwie nielubianej za bardzo Rozalii, którą w myślach nazywała kłamczuchą koniecznie przez duże k.

Szła więc trochę noga za nogą jakby niosła z sobą wielką torbę pełną kamieni.

Rozalia zdawała się nie dostrzegać skrzywionej miny Stanisławy i swobodnie gadała o niczym z Eugenią. O niczym czyli trochę o pogodzie, a trochę o tym, co zrobi dziś na obiad: żurek z ziemniakami czy zupę pomidorową z kluskami.

Eugenia przy okazji chwaliła się swoją zupą buraczkową, którą zrobiła sobie już wczoraj w większej ilości.
- Myślę, że starczy mi na tydzień.
- A nie znudzi ci się?
Dopytywała Rozalia.
- Moje obiady nigdy mi się nie nudzą, a nawet jeśli, to chyba lepiej się nudzić niż wymyślać nowe.
Stwierdziła Eugenia tonem odkrywcy Ameryki.
Prawda była taka, że Eugenia podobnie jak Stanisława nie lubiła gotować. 

Powoli zbliżały się do działek dawnych pracowników zakładów obuwniczych, obecnie różnego rodzaju właścicieli jak choćby Szczepan jeden ze znajomych pijaczków Todzi.

Z małej czarnej torebki na ramieniu Rozalia wyciągnęła klucze od głównej furtki prowadzącej na teren działek. Przekręciła go i drzwi stanęły przed nimi otworem, a wszystko to dzięki Todzi, która klucze pożyczyła od Szczepana. 
Ciekawe czy przy okazji nie wypiła sobie trochę z tym Szczepanem. Zastanawiała się Stanisława.

Nie to jednak teraz było ważne, ale domek z zielonej cegły, którego wszystkie zaczęły wypatrywać. 

Niestety nic nie zobaczyły. Po godzinie chodzenia po działkach nogi im się tylko zmęczyły, a niebo zdążyło poszarzeć jakby za chwilę miało znowu padać.

Właśnie wtedy Eugenia została w tyle.
Coś jej wpadło do buta. Coś ją mocno uwierało i pochyliła się, żeby się tego pozbyć.

Gdy się podniosła, Stanisława i Rozalia były już kilka metrów dalej. Chyba nawet nie zauważyły, że jej już obok nich nie ma.
Rozalia coś mówiła do Stanisławy. Czyżby się pogodziły ze sobą?
Bo Stanisława też coś do niej mówiła. Z tej odległości nie było słychać, co i już Eugenia miała krzyknąć do nich, żeby na nią poczekały, kiedy go zobaczyła.

Był naprawdę zielony i nie z drewna tylko z cegły, ale jak cegła może być zielona? Prowadziła do niego mała ścieżka między brzozami. 
Niewiele myśląc Eugenia weszła na ścieżkę i zaczęła iść w stronę domu.

Dlaczego nie zawołała Rozalii i Stanisławy? Jakoś nie przyszło jej to do głowy. Dziwne. Myśli jakby stanęły i tylko jedna, ta która ją prowadziła do domu głośno krzyczała w głowie Eugenii.

- Chodź tu. Chodź bliżej.
Nawoływała jak Syrena. Może właśnie była Syreną.
Eugenia raczej się nad tym nie zastanawiała. Po prostu szła przed siebie. 
Jakby była w transie i ktoś prowadził ją do domu za rękę.

Z bliska to był dom nie domek. Eugenia dziwiła się jak komuś pozwolono postawić tutaj taki. Na działce miejskiej stawiało się przecież malutkie domki. 
Ten był zbyt wielki.

Przypominał rezydencję bogatych Amerykanów. Pewnie mocno się natrudzili, żeby nadać tak niezwykły odcień cegle. A może znali jakiś materiał, o którym inni nie mieli pojęcia.

Eugenia zapukała do dużych prawie jak wrota zamkowe drzwi. Najpierw delikatnie. Potem już mocno, gwałtownie i dopiero po chwili rozczarowana brakiem reakcji pociągnęła za klamkę.

Okazało się, że drzwi są otwarte jakby ktoś czekał właśnie na nią.
Weszła do środka.

W ciemności wymacała na ścianie kontakt i zapaliła światło.

Znajdowała się w długim korytarzu. Z prawej strony były drzwi jedne przy drugich. Z lewej windy. 

Nie wiadomo dlaczego najbardziej zainteresowała ją pierwsza z brzegu winda. Była przecież taka sama jak inne zielona. Drzwi na przeciwko też były zielone 
i cały korytarz tonął w zieleni i jaskrawym blasku świecących na suficie jarzeniówek.

Atmosfera była ciężka. Jakby w powietrzu wisiał jakiś miecz, który za chwilę spadnie ci na głowę. Może dlatego wybrała tę windę.
Chciała się w niej schronić. Na pewno dotrzeć do właściciela budynku. W głowie miała tyle pytań jak to Eugenia zawsze ciekawska i zawsze pragnąca wiedzy.

Eugenia nacisnęła guzik przy windzie.
Winda zjechała do niej. Drzwi otworzyły się z cichym szelestem i zamknęły 
za nią, gdy już weszła do środka.

Niby zwyczajne kwadratowe wnętrze. Na pierwszy rzut oka zwyczajne. Na drugi już nie. W środku było więcej guzików niż w zwykłej windzie. Wyglądało to trochę jak kabina jakiegoś astronauty. Można się było przerazić, ale Eugenia się nie przeraziła. Jej ciekawość była większa od innych uczuć.

Spojrzała na tablicę po lewej stronie i nacisnęła guzik z numerem 1 pewna, 
że teraz winda zawiezie ją na pierwsze piętro.
Obok niej pojawił się nie wiadomo skąd monitor komputera.
Jakby komputer był tu zawsze, ale uśpiony, ukryty w ścianie windy.

Eugenia uruchomiła go przyciskiem numer 1, który miał przecież jedynie zawieźć ją na pierwsze piętro.

Tymczasem na ekranie pojawiło się polecenie: wybierz poziom.
Przy poleceniu świeciły się dwa punkty zielony i czerwony.

Eugenia wybrała zielony. Czy dlatego, że cały dom był zielony i chciała zgłębić tajemnicę tej zieleni czy może dlatego, że nie przepadała za czerwonym.

Winda ruszyła do góry, chociaż po tych wszystkich guzikach i napisach można 
by było się spodziewać, że skręci w prawo, w lewo albo zjedzie w dół.

Na szczęście jechała do góry. Tylko na jakie szczęście? Eugenia złapała się na tym, że po raz pierwszy nie jest pewna, czy w ogóle dobrze zrobiła wsiadając do windy. Czy dobrze zrobiła wchodząc do tego domu? 

Jej wątpliwości zagłuszyła szybko ciekawość i myśl o tym jak o wszystkim później opowie Stanisławie i Rozalii. Jej opowieść na pewno przebije wszystkie opowieści Rozalii.

Winda zawiozła Eugenię do małego pomieszczenia. Gdy przeszła przez próg nagle jego ściany się ożywiły. Na wszystkich był trójwymiarowy obraz lasu 
z dźwiękiem śpiewających ptaków. 

Przez chwilę Eugenia miała wrażenie, że znalazła się jakimś cudem w lesie. Iluzja była tak doskonała. Przerwał ją dopiero metaliczny chropowaty głos jak 
z zepsutego komputera. Głos płynął ze wszystkich stron, ze ścian, z sufitu 
i podłogi.

- Witaj.
Mówił
- Chcemy, żebyś z nami współpracowała.
- Z wami czyli z kim?
Zapytała Eugenia.
- Z ludźmi, prawdziwymi ludźmi.
- Jak z prawdziwymi?
Nie rozumiała Eugenia.

- Z tymi, którzy byli na początku na Ziemi. Potem musieli się wynieść do innej przestrzeni, innego czasu.
- Jakiej przestrzeni?

Ciekawość Eugenii rosła jakby wprost proporcjonalnie do jej braku zrozumienia.
- Nie musisz znać szczegółów teraz. Jak zaczniesz współpracować dowiesz się wszystkiego. Nasza wiedza będzie dla ciebie dostępna i zrozumiała. Poza tym będziesz mogła śledzić ludzi. Będziesz widziała i słyszała więcej. 

Brzmiało zachęcająco. W końcu Eugenia zawsze o tym marzyła, ale nie wierzyła, że tak po prostu dostanie to w zamian za jakąś współpracę.

- O co chodzi z tą współpracą? Co miałabym robić?
- Zgodzisz się tylko na implant w zębie. Nic więcej.
- A co to takiego?

Eugenia nadal nie rozumiała. Słowo implant chyba słyszała gdzieś w telewizji. Pojawiło się w jakimś filmie przygodowym, ale nie mogła sobie przypomnieć jego znaczenia. Zaraz, zaraz, czy przypadkiem syn Wiesi nie zrobił sobie takich implantów? Chyba tak. To było wtedy, gdy znów miał więcej pieniędzy i wpadł na pomysł, by wymienić stare zęby na implanty.
Jednak czy teraz tym tutaj prawdziwym ludziom chodziło o takie same implanty?

- Nie masz się czego obawiać. Implant nie zrobi ci krzywdy. Wielu waszych nosi już takie w sobie, nawet w mózgu i nic im nie jest.
Wręcz przeciwnie są zdrowsi i więcej wiedzą, bo mogą korzystać ze 100 procent swojego mózgu, a nie tak jak pozostali tylko z 10.

- Dacie mi jakiś czas do namysłu?
Eugenia czuła, że gubi się coraz bardziej, że tylko dystans czasowy do całej sprawy może ją uratować. 

Oni jednak chyba też o tym wiedzieli, bo odpowiedź brzmiała:
- Nie. Czas nie jest ci potrzebny. Teraz korzystasz jedynie z małej cząstki swojego umysłu. Nie podejmujesz przez to dobrych decyzji.
Czas tego nie zmieni, więc dawanie go tobie jest bez sensu.

- W takim razie powiedz co będzie jak odmówię współpracy?
- Zaraz wrócisz skąd przyszłaś. Tego, co tu zobaczyłaś nie będziesz pamiętać. Nasza rozmowa i twój pobyt tutaj zostaną wymazane z twojej pamięci.

- Jejku i co ja mam robić?
Westchnęła Eugenia, która tak bardzo chciała o zielonym domu opowiedzieć wszystkim swoim koleżankom i sąsiadkom. Tymczasem okazuje się, że jacyś prawdziwi ludzie zabiorą jej tę opowieść. Zabiorą jej radość, jaką mogła jej przynieść. Przecież takie rzeczy zdarzają się bardzo rzadko.

- Decyduj albo współpracujesz i masz wiedzę i możliwości, jakich dotąd nie miałaś albo wracasz tam, skąd przyszłaś bez wiedzy i pamięci o nas.

- A co wy macie z tego? Po co wam akurat moja współpraca?
- Przyszłaś tutaj więc się nadajesz. Nic więcej wiedzieć nie musisz.
Decyduj.

Czyżby w tym mechanicznym głosie słychać było zniecierpliwienie? Może Eugenii się wydawało z powodu nacisku, z jakim głos powtarzał słowo decyduj.

Naprawdę nie wiedziała, co zrobić. Z jednej strony wiedza, z drugiej współpraca jak kolaboracja z Niemcami albo komunistami z czasów Stalina. Ta druga strona bardzo się Eugenii nie podobała. Czy bardziej od tej z pozoru ładnej?

Nagle Eugenii przypomniało się jak kupowała kolorowy telewizor, pierwszy kolorowy. Nie miała wtedy pieniędzy i sąsiad namówił ją, żeby wzięła jego stary, bo on już sobie go zmienia na nowy. 

Ucieszyła się, ale już następnego dnia żałowała. Kolory zanikały,
a jak się pojawiały to wszystkie były z domieszką czerwonego. 

Sąsiad nie chciał telewizora z powrotem i to ona musiała się potem trudzić 
z wyniesieniem go z domu. Musiała przekonać kogoś, żeby jej go wyniósł. 
W końcu dla niej to był zbyt wielki ciężar.

- Decyduj. Czas się kończy. Twój brak decyzji też będzie decyzją.
- Że nie chcę współpracować?
Była ciekawa Eugenia.

- Tak, brak decyzji będzie równoznaczny z brakiem współpracy. 
Jak nie podejmujesz decyzji, znaczy współpracy też nie podejmiesz.

- Dobrze, ale dla was źle. Nie będę współpracować.
Słowa same wyleciały jej z ust nagle, niespodziewanie. Zanim coś jeszcze zdołała dodać, usłyszała:
- Więc wrócisz. Zapomnisz o naszej rozmowie i o domu.
- Nie, nie zapomnę.
Upierała się Eugenia, ale głos już jej nie słuchał.

Znów stała w windzie, przed windą, w korytarzu przed zapaleniem światła, 
przed domem na ścieżce itd. itd. Czas z niezwykłą prędkością biegł do tyłu.

Eugenia rozmawiała z Rozalią o zielonym domku. Chciała sprawdzić, czy Todzia mówi prawdę, czy są to tylko jej pijackie halucynacje.

Po chwili Rozalii już nie było. Eugenia szła na rynek po zakupy. W oddali zobaczyła Rozalię. Widziała jej niepewność, niezdecydowanie jakby chciała jednocześnie podejść do Eugenii i coś jej powiedzieć i jak najszybciej skręcić 
w drugą stronę. Wreszcie zwyciężyła w niej ta druga opcja.

Eugenia po raz pierwsze miała uczucie jakby już to przeżyła, ale jak, kiedy. Niemożliwe. Mimo wszystko w ostatniej chwili odwróciła się od sprzedawczyni warzywniaka i pobiegła za Rozalią. Jednak ta gdzieś znikła. Eugenia musiała pójść do jej domu. Dlaczego? Nie wiedziała. Z jakiegoś powodu stało się to dla niej bardzo ważne.

W domu Rozalii też nie było. Pojawiła się dopiero wieczorem. Cały ten czas Eugenia spędziła na ławce przed jej klatką. Nie czuła zimna, głodu ani niewygody. Nie widziała przechodzących ludzi dziwnie się do niej uśmiechających i pozdrawiających ją znajomych. Nawet Stanisławy nie zauważyła, co bardzo Stanisławę zdziwiło i pewnie by ją zagadnęła, 
gdyby nie spieszyła się do domu.

Wieczorem po powrocie Rozalii, która też była bardzo zdziwiona obecnością Eugenii na ławce przed blokiem i nie mając innego wyjścia zaprosiła ją do domu, Eugenia zapytała:

- Chciałaś mi coś powiedzieć?
- Kiedy?
- Wtedy na rynku.
- Nie. Dlaczego pytasz?
Rozalia wyglądała na zaskoczoną.

- Widziałam jak stanęłaś. Nie wiedziałaś co masz zrobić, gdy mnie zobaczyłaś.
- Coś ty. Wcale cię nie widziałam, a jak stanęłam, to po to, żeby sobie przypomnieć, co mam kupić.
- Nieprawda.

Eugenii niezdrowo błyszczały oczy.
- Wiem, że chciałaś mi coś powiedzieć.
Krzyknęła.
- Uspokój się. Zrobię ci herbatę.
- Nie chcę twojej herbaty. Gadaj, co chciałaś powiedzieć.

Eugenia chwyciła ją za szyję jakby chciała ją udusić, jeśli Rozalia zaraz czegoś jej nie powie.
- Dobrze, dobrze za chwilę. Tylko mnie zostaw w spokoju.
Zapiszczała Rozalia coraz bardziej przerażona zachowaniem Eugenii.

Na szczęście Eugenia ją puściła. Rozalii udało się wyjść do przedpokoju, wyjąć komórkę z torebki i zadzwonić po policję.

Dotychczas nigdy ich nie wzywała. Zawsze dawała sobie radę bez ich pomocy. Po prostu nikt nigdy jej tak nie groził. Nie łapał za szyję. Nigdy nie czuła się 
aż tak bezbronna.

Do pokoju wróciła z trzepoczącym się na ramieniu sercem.
- Zaraz ci wszystko powiem.
Zaczęła.

Eugenia nie zareagowała na jej słowa. Jakby jej nie było. Jakby się tylko Rozalii śniła, ale nie, była. Siedziała tam, gdzie ją Rozalia zostawiła na krześle przy stole nadal w swoim beżowym płaszczu, którego nie zdjęła, gdy weszła do mieszkania Rozalii.

Jej ciało było pochylone do przodu.
Rozalia delikatnie ją dotknęła. Bardzo delikatnie jakby dotykała wyjątkowo niebezpiecznej trucizny.

Eugenia spała. Z jej otwartych ust wydobywało się chrapanie. Po tym Rozalia poznała, że śpi.

Co ona teraz zrobi z policją jak przyjadą i zobaczą, że nic złego się nie dzieje. Jeszcze każą jej płacić za zmarnowany czas.

Problem po chwili się rozwiązał sam. Eugenia obudziła się. Spojrzała wkoło nieprzytomnym wzrokiem.
- Gdzie ja jestem?
Zapytała.

- U mnie.
Odpowiedziała Rozalia.
- Ale dlaczego?
Zdziwiła się Eugenia.
- Przyszłaś. Odprowadzę cię do domu.

Rozalia szybko się ubrała i wyszła z Eugenią na szczęście znów zwykłą, spokojną, taką, jaka zawsze była. I na szczęście policja się nie spieszyła. 
Zdążyły wyjść z klatki i pójść do domu Eugenii.

- I co? Co było potem?
Pytała Stanisława, która dowiedziała się o wszystkim od Rozalii.

Dawniej pewnie znów by jej nie uwierzyła. Teraz sama widziała przecież Eugenię w dziwnym stanie jak siedziała na ławce przed klatką Rozalii. 

- Nic. Zaprowadziłam ją do domu. Ona po drodze ochłonęła i w domu już była sobą. Ja jednak na wszelki wypadek szybko wyszłam. Potem poczekałam jak policja odjedzie i wróciłam do domu.

- Nie zapłacisz jakieś kary za to, że ich wezwałaś?
- Nie wiem. Na razie jeszcze nigdzie mnie nie wezwali. Nic nie przysłali. 
Rozalia na samą myśl o ewentualnej karze trzęsła się ze strachu.

A Eugenia znowu była sobą. Tylko czasem miała dziwne uczucie, że coś jest nie tak, że ona coś zapomniała, coś ważnego i nie może sobie tego czegoś przypomnieć.













 

4 komentarze:

  1. Oj! Czytam o tej Eugenii i trochę widzę siebie! Już chyba się domyślam (kto ,,gdzieś tam w realu") jest jednym z kilku pierwowzorów tej postaci. Moje domysły (niestety) mogą być uzasadnione, bo w podstawówce siedziałam z autorką w jednej ławce. :-) Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Źle się niestety domyślasz Kasiu. Nie jesteś pierwowzorem. Ani trochę do Eugenii nie jesteś podobna, naprawdę.
      Przypominam Ci, że to nie jest dobra bohaterka tylko ciekawska baba z pod bloku. W każdym miejscu taka się znajdzie.
      Na działki rzeczywiście razem chodziłyśmy, ale to jeszcze nic znaczy. Podobnie jak siedzenie w jednej ławce.
      Pozdrawiam, Ania.

      Usuń
    2. Miałam oczywiście na myśli ten incydent ze wszczepieniem mi implantu w niejasnych okolicznościach i moje trzykrotne obserwacje UFO.

      Usuń
    3. A tak. Teraz sobie przypominam, że był coś takiego, ale dopiero teraz. Wcześniej o tym nie myślałam.

      Usuń