wtorek, 17 stycznia 2017

Dziecko Kaliny.

Pisałam o niej dawno temu. Jak jeszcze było lato, a ja się wybierałam nad morze. Teraz, gdy zimno i biało, aż trudno uwierzyć, że słońce piekło i chodziło się na pół nago po rozpalonej plaży.
Wracając do bohaterki, kim ona jest i kim jest jej dziecko?

Zdjęcie stąd.

Początek.

 Zaczęło się od uśmiechu, a może od słów: 
- Jak masz na imię? 
- Kalina.
- I mieszkasz tutaj?
- Tak. W tym domu za górką i figurą Matki Boskiej.
- Aha.

Nieznajomemu świeciły się oczy. Na zielono. Może dlatego pozwoliła, żeby ją zagadał. Zwykle nieznanym mężczyznom na to nie pozwalała. Cały czas od 20 lat była wierna swojemu mężowi. Urodziła mu sześcioro dzieci. Niespotykana liczba w dzisiejszych czasach. Nawet na wsi, bo i tutaj dotarła cywilizacja. Kobiety rodziły dwoje, czasem troje, a potem zwykle mówiły dość i stosowały różne rodzaje antykoncepcji.

Kalina nie. Jej wiara w Boga na to nie pozwalała. Poza tym kochała dzieci. Jej mąż też. Zawsze każde witali z radością.

Ona się nimi zajmowała. Dostawała na nie zasiłki i różne rzeczy od państwa np. jedzenie, ubrania, wreszcie 500 plus. Mąż Grzegorz zarabiał. I dobrze im było. Do czasu. Do tych oczu zielonych, płowych włosów, piegów na nosie, biało- czarnego ubrania. Do Ludwika, bo tak się w końcu przedstawił.

Zabrał ją do dziwnego miejsca w lesie. Stał tam duży okrągły statek kosmiczny. Wokół wibrowało powietrze jakby jakaś siła oddzielała tę część świata od całej reszty.

- Podoba ci się? - zapytał, a oczy znów mu zaczęły błyszczeć.
- Tak - przyznała. - Kręcisz tu jakiś film fantastyczny? 

Od początku nie wierzyła w realność statku i panującej wokół atmosfery. I w tym tkwił cały problem jak sobie to później uświadomiła. Niestety zbyt późno. Czasu nie można było cofnąć. Nie dało się wrócić do przeszłości. Naprawić błąd, jaki popełniła.

Wtedy się do niego uśmiechała.

- Wejdziesz ? - zaproponował.

Weszła. Wnętrze statku wyglądało jak jej ideał domu. Przytulne, ciche, kolorowe. Brak ciężkich mebli. Zasłon z grubego materiału. Okna małe, ale jakieś swojskie, przyjazne. Stolik okrągły niebieski, nieprzykryty serwetą, głębokie fotele czerwone, pomarańczowy grupy materac. Zamiast dywanu gołe drewniane klepki.

Czuła się tu tak dobrze i ani przez chwilę nie przyszło jej do głowy, że to może być tylko iluzja. Zaraz wsiąkła, zginęła w nowym świecie, świecie Ludwika.

- Podobasz mi się. Dlatego cię wybrałem. Nie mógłbym brzydkiej kobiety wpuścić na pokład mojego statku.

Całował ją w szyję. Pieścił wargami jej nagie piersi. Zatrzymał się na dłużej na jej udach. Dotarł językiem do ukrytego we włosach miejsca. ( Kalina należała do tych nielicznych kobiet, które się nie depilują. Zresztą i tak się nie opalała ).

Dotykał językiem. Robił coś, czego jej mąż nie robił. I ona odkrywała siebie na nowo. Jakże inną, szaloną, namiętną.

Wiła się pod nim jak wąż z przyjemności, jaką jej dawał. I, gdy tylko dotykał, i gdy wszedł w nią gwałtownie. Gdy się w niej, na niej poruszał. Gdy brał ją od tyłu, z boku, znów pod sobą.

Rozkosz zdawała się nie mieć końca. Poniosła Kalinę jak fala.
Nie istniało nic poza jego ciałem i jej ciałem. Nic poza ich doskonałą harmonią.

I niestety wszystko zbyt krótko trwało. Kalina nawet nie zauważyła, kiedy w niej skończył. Kiedy spadła z wyżyn ekstazy z powrotem na ziemię.

Stało się. 

- Spotkamy się jeszcze? - pytała, przytulając się do niego na materacu.
- Niestety, nie mogę ci powiedzieć. Może, a jeśli nie, pamiętaj kocham cię. Będziesz matką mojego dziecka. Nigdy o tobie nie zapomnę.
- Co takiego? 

Jej pytanie zginęło w przestrzeni, która nagle stała się dla Kaliny zbyt senna. Zamknęła oczy.

- Śpij. Zapomnij. Tak będzie lepiej. Nie poczujesz za mną tęsknoty.
Ja i tak nie mógłbym żyć z tobą tutaj, ani ty tam ze mną. 

Ludwik szeptał jej do ucha zaklęcie. I podziałało.

Gdy Kalina się obudziła, statku już nie było. Leżała w szarym, jesiennym płaszczu na polanie w lesie. Dziwiła się skąd i dlaczego się tu wzięła.

Zmiany.

Pojawiły się po jakimś czasie. Niechciane, koszmarne.
Najpierw tylko w formie dziwnych snów o dziecku. O dziewczynce ze złotymi lokami i uśmiechem. W jej obecności czuła się dziwnie lekko.

- Jestem twoją córką - przedstawiła się mała w pierwszym śnie.
- Jak masz na imię? - pytała Kalina.
- Zależy od ciebie. Teraz jestem bezimienna.
- Ale nie możesz być moją córką. Mam jedną i jest starsza.
- Wiem, ja jestem tą drugą. Tą, z której na początku nie będziesz zadowolona.
- Niezadowolona? Dlaczego? Kocham dzieci - dziwiła się Kalina.
- Do tej pory kochałaś. Mnie trudno ci będzie pokochać - dziewczynka się do niej uśmiechnęła.

Rozmawiały na polanie w lesie. Na tej samej, na której kiedyś Kalina leżała i dotąd nie wiedziała dlaczego. Dziewczynka wyglądała na 7 lat. Mogła być jednak starsza lub młodsza. Jej wiek jakby falował jak letnie unoszące się wokół powietrze.

- Pamiętaj ja i tak cię kocham. Nawet jeśli mnie odrzucisz, oddasz do domu dziecka albo rodzinie zastępczej - powiedziała dziewczynka.
- Żadnego swojego dziecka nie oddałam do domu dziecka i nie oddam - oburzyła się Kalina.
- Ja jestem inna. Mnie nie pokochasz na początku. Potem, jeśli mi dasz szansę, tak. A teraz chodź. Pobawimy się.

Złotowłosa mała zawsze na końcu każdego snu zapraszała Kalinę do zabawy. Biegały. Chowały się za drzewami. Huśtały na huśtawkach, które nagle się pojawiały, gdy dziewczynka wskazała na coś palcem. We wszystkich tych zabawach Kalina czuła się szczęśliwa. Nie miała ochoty się obudzić. Później nie miała ochoty wstać, wyprawić do szkoły swoje najmłodsze dziecko, Mateusza.

Chodził do drugiej klasy podstawówki. Zwykle siedział długo wieczorem przy komputerze. Potem nie mógł wstać rano bez jej pomocy.

Gdy tylko wyszedł, Kalina jak nigdy wcześniej znów zanurzała się w pościeli. Tak bardzo chciało jej się spać. Ochota pozostawała do późnego popołudnia. Czasem cały dzień. Jednak Kalina się tym nie przejmowała. Dalej robiła lub starała się robić to co zwykle: ugotować obiad, posprzątać mieszkanie, zmyć naczynia, pójść po zakupy, wrzucić rzeczy do prania.

Nawet gdy nie pojawił się kolejny okres, niczego nie podejrzewała. I wcale nie miała ochoty iść do lekarza. Może dlatego, że nie było go na miejscu. Trzeba było jechać do niego autobusem do miasteczka i wcześniej zamówić sobie przez telefon wizytę. Zbyt dużo trudu jak dla osoby zmęczonej, wiecznie spragnionej snu. Poza tym myślała, że to tylko przekwitanie, menopauza. Stąd te dziwne objawy i brak okresu.

Jednak po pewnym czasie doszły jeszcze zapachy i smaki. I tak coś, co wcześniej bardzo Kalinie smakowało, nagle stało się paskudne. W żaden sposób nie mogła tego zjeść. Na przykład kiszone ogórki bardzo zawsze lubiła, a teraz na sam ich widok czuła mdłości. Do mdłości prowadził również zapach w pobliskim sklepie z mydłem i powidłem. Jak to na wsi wszechstronnym. Chleb na półce obok wędliny i kiełbas, mleko, dżemy, sery, mydła i proste kosmetyki. Wszystko razem cuchnęło sfermentowaną kapustą, psującym się mięsem, starymi skarpetkami i kurzem.

Teraz już wie, że powinna iść do lekarza. Wtedy o tym nie myślała.
Zatykała sobie nos wyperfumowaną chusteczką. Szybko kupowała produkty z wcześniej przygotowanej listy. ( Dotychczas takiej listy nie robiła. Zawsze wiedziała, czego jej brakuje ). I szybko wybiegała ze sklepu.

Po jakimś czasie stojąc pod prysznicem, zauważyła, że brzuch ma bardziej zaokrąglony. Jednak nawet to jej nie zaniepokoiło.

Pewnie to od tej czekolady i ciastek - pomyślała, bo ostatnio jadła ich dość dużo. Siedziała przed telewizorem i zjadała całą czekoladę mleczną lub paczkę cukierków albo ciastko z kremem. Nigdy wcześniej jej się to nie zdarzało. Raczej nie czuła zbyt wielkiego pociągu do słodyczy. Zdecydowanie wolała rzeczy kwaśne, kiełbasę, szynkę, śledzie. Potrawy, na które obecnie nie mogła patrzeć. Z dnia na dzień musiała zrezygnować z mięsa i odżywiać się surówkami, owocami, sokami, bo herbata i kawa też jej nie przechodziły przez gardło.

Wydawało by się, że mimo wieczornego podjadania słodyczy, powinna schudnąć. Odrzuciła przecież mięso. Tymczasem tyła. Brzuch robił się coraz większy. Musiała kupić sobie nowe ubranie. W starym już się nie mieściła.

Mąż z początku nie zwrócił uwagi. Ostatnio rzadko bywał w domu, a jeśli już to u siebie w pokoju wiecznie czymś zajęty. Przywiązany do swojego telefonu. Często zamykał się z nim w łazience lub w pokoju. Przychodził do domu coraz później. Podobno miał dużo pracy. 

Kiedy wreszcie coś zauważył, atmosfera od razu się zepsuła.

- Jesteś w ciąży, ale nie ze mną - stwierdził. - Z kim się puściłaś? Zresztą, to bez znaczenia. Rozwodzimy się.
- Jak to? - krzyknęła Kalina - Poza tym nie jestem w ciąży. Mam tylko problemy z menopauzą.
- Wiesz, komu możesz wstawiać takie głupoty? - On też krzyknął. - Na pewno nie mnie.

Ze złości rzucił talerzem o stół. Wstał. Trzasnął drzwiami od pokoju i chociaż pukała i prosiła, żeby otworzył, nie otworzył.

Już nie chciał z nią rozmawiać. Następnego dnia kazał jej się wynieść z domu. Doskonale da sobie radę bez niej. Dom należał od początku do niego. O żadnym podziale majątku nie ma mowy po tym co zrobiła. Szmata jedna. Na pociechę dał jej tydzień czasu na spakowanie rzeczy, ale pakować musi przy nim. Nie wszystko należy do niej.

Słowa męża uderzyły w nią najbardziej. Łatwość, z jaką się od niej odwrócił, poraziła Kalinę jak piorun. Jak mogło się stać coś takiego. Przecież  się kochali. Do tej pory była pewnej ich miłości.

A wszytko z powodu brzucha, który wziął się nie wiadomo skąd i dlaczego. Kalina w żaden sposób nie mogła sobie przypomnieć jesiennego zdarzenia z kosmitą Ludwikiem. On doskonale wymazał jej ten incydent z pamięci.

Żadne inna przyczyna brzucha Kalinie nie przychodziła do głowy. Nagle zdała sobie sprawę, że od dawna nie łączy jej z mężem wspólne łóżko. Z powodu pracy wyniósł się do swojego pokoju. Nawet w nocy do niej nie przychodził.

Nic dziwnego, że był zły, gdy zobaczył wreszcie jej brzuch. Ale nie miał racji. Kalina nie była w ciąży. Bo niby z kim? Jeśli on nie wchodził do jej łóżka, a ona z nikim się nie kochała.

Znów mogła iść do lekarza. Ale pakowanie rzeczy i szukanie innego miejsca zajmowało jej zbyt dużo czasu. Również próby pogodzenia się z mężem. On zwyczajnie nie chciał jej słuchać. Groźnym wzrokiem patrzył jedynie na to, co pakowała do torby, żeby tylko przypadkiem nie wzięła niczego, co było jego własnością.

Prawda

W końcu Kalina wyprowadziła się do kuzynki Wiesi. Sądziła, że u niej odzyska spokój. Znajdzie rozwiązanie problemu swojego brzucha. Jej życie na nowo się poukłada.

Tak się jednak nie stało. Na początku Wiesia była nawet miła. Potem, z każdym dalszym dniem jej pobytu stawała się nieznośna, wręcz upierdliwa. Od rana do wieczora gadała jej o jednym, że jej mieszkanie jest zbyt małe dla trzech osób, że powinna pójść do lekarza, przestać się łudzić, że to nie ciąża. To nie może być nic innego. Dla własnego dobra Kalina powinna pomyśleć o swojej przyszłości. Przestać udawać sama przed sobą, że wszytko jest dobrze, bo nic dobrze nie jest.

I w końcu Wiesia nie może jej dłużej służyć pomocą. Źle się czuje. Lekarz skierował ją do szpitala.

To ostatnie stało się  gwoździem do trumny.

Jednak Kalina miała trochę szczęścia.Wcześniej spotkała w parku swoją dawną koleżankę z podstawówki, Gosię.

Gosia pracowała w Domu Samotnej Matki. Zaproponowała jej, by tam się przeniosła, jeśli mąż ją wyrzucił z domu.

W pierwszej chwili Kalina chciała się oburzyć. Nie jest w ciąży. Jej brzuch zgrubiał z nieznanego powodu. Słowa już się pojawiły na końcu języka, gdy wyraźnie poczuła w sobie ruch dziecka. I nagle zdała sobie sprawę, że może jednak czegoś nie pamięta. Może jest w ciąży.

Swoim odkryciem podzieliła się z Wiesią, która wówczas podjęła decyzję o pójściu do szpitala.

Kalina przeniosła się do Domu Samotnej Matki.

Wreszcie poszła do lekarza. A on potwierdził je obawy. 

Dziecko miało urodzić się w lipcu. 

Do porodu zostało jej kilka dni.

Jadwiga.

Kalina dała jej imię po nielubianej ciotce. Gdyby mogła wcale, by jej nie nazywała, zostawiając ten przywilej rodzinie, która ją sobie weźmie z Domu Dziecka. Niestety bez dziecka musiałaby szukać nowego lokum. Do Domu Samotnej Matki już by jej nie przyjęli.

Dlatego ją zostawiła. Na razie. Wierzyła, że szybko dojdzie do siebie. Znajdzie pracę i jakieś mieszkanie.

Wstrętne pomarszczone brzydactwo - myślała za każdym razem, gdy musiała ją nakarmić. W szpitalu kazali wszystkim korzystać z własnego pokarmu. Tylko w wyjątkowych sytuacjach pozwalali na butelkę ze sztucznym mlekiem.

Wcześniej Kalina nigdy nie miała z tym problemu. Pewnie dlatego, że kochała swoje dzieci. Tym razem jednak nie czuła miłości. Jedynie obrzydzenie i wielki ciężar. Żadna z leżących obok nie potrafiła jej zrozumieć. 

W dodatku oprócz Gosi nikt jej nie odwiedził.

- Jaka piękna? Jak ma na imię? - zachwycała się koleżanka, zupełnie nie zauważając grymasu na twarzy Kaliny.
- Jadwiga.
- Nie martw się. Pomogę ci. Inne kobiety na pewno też. Takie są zasady w naszym domu. Nie zostawia się samej żadnej matki, zwłaszcza na początku.
- Aha.

Kalinie gadać się nie chciało, ani patrzeć na to, co Gosia jej przyniosła. Same smakołyki: czekolada, kruche ciasteczka, ciasto kakaowe zrobione przez Gosię oraz banany, pomarańcze, szynka w plasterkach, serki o różnych smakach. Kiedyś z pewnością piała by z zachwytu. Teraz nie miała apetytu. 

- Przesadziłaś - stwierdziła.
- Wiem, że was tu marnie karmią. 

Gosia najwyraźniej czuła się dumna ze swojej pomocy. Szkoda, że Kalina nie doceniała jej wysiłku. 

- Jutro wychodzisz? - zapytała.
- Tak - potwierdziła Kalina. - Nie trzymają długo kobiet, które rodziły naturalnie.
- Dobrze. Wezmę sobie dzień wolny. Przyjdę po ciebie. Trochę ciuchów dla dziecka ci przyniosę.

Kalina powinna podziękować, ale jej się nie chciało. Słowa jakiekolwiek straciły znaczenie. Zresztą całe życie też.

Zamknęła oczy, żeby Gosia sobie już poszła.

Następne dni już w Domu Samotnej Matki były podobne do siebie. Jednocześnie dłużyły się i biegły bardzo szybko na przód.

Kalina mechanicznie wykonywała obowiązki związane z dzieckiem. Korzystała z pomocy innych matek i w zamian też im pomagała zgodnie z zasadami Domu. Poza tym szukała pracy. Łykała przepisane jej przez lekarza antydepresanty. Bez nich nic, by zrobić nie mogła. Jedynie leżałaby w łóżku. Patrzyła bezmyślnie w sufit albo w ścianę albo w to, co działo się za oknem.

Dzięki lekom jakoś funkcjonowała. Jakoś się czuła. Najlepiej z dala od Jadwigi, gdy udało się jej wyjść na zewnątrz. Pod jakimkolwiek pretekstem.

W końcu znalazła pracę jako kelnerka na pół etatu.

Zdarzenie.

Kalinie udało się wynająć mieszkanie w starej kamiennicy. Malutkie bez okna w kuchni. Z ciasną łazienką bardziej przypominającą wychodek niż łazienkę. Zimnym pokojem z wysokim sufitem i wielkim oknami. Do tego balkon jak wyjście dla ptaków. 

A jednak Kalina po raz pierwszy od dawna poczuła radość.

W najbliższym czasie miała zamiar rozstać się z niechcianym dzieckiem. Umówiła się już na spotkanie z panią z Domu Dziecka.

Jadwiga miała już pół roku. Siedziała,chociaż powinna jeszcze leżeć. Gaworzyła w sobie tylko znanym języku. Bawiła się rękami i gumową kaczuszką. Patrzyła uważnie na Kalinę, czego ta oczywiście nie widziała. Więcej się śmiała niż płakała jakby brak miłości matki wcale jej nie przeszkadzał.

Kalina zwykle zostawiała ją pod opieką sąsiadki, gdy wychodziła do pracy.

Tego dnia też tak było.

I jak zwykle po obiedzie obie: Jadwiga i sąsiadka spały.

Żadna nie zauważyła intruza.

Złodziej z łatwością sforsował zamek. Wkroczył do pokoju. Zaczął wyrzucać rzeczy z szafy i szuflad na dywan w poszukiwaniu cennych rzeczy. I już, już je miał. Ostatnie pieniądze Kaliny, które schowała w kopercie między prześcieradłami.

Zadowolony mężczyzna szedł do wyjścia, gdy nagle jego uszy poraził przenikliwy dźwięk. Złapał się za głowę, zanim stracił przytomność. Zanim upadł, zanim z jego uszu i nosa popłynęła krew, zobaczył dziecko. Patrzyło na niego w dziwny intensywny sposób. Jak demon pomyślałby, gdyby jeszcze mógł.

Z całą siłą uderzył głową i resztą ciała w podłogę. 

Sąsiadka pani Marianna od razu się obudziła. Krzyknęła z  przerażenia, widząc leżącego mężczyznę. I nie wiadomo, co by zrobiła, gdyby nie głos w jej głowie. Głos dziecka. 

- To złodziej zadzwoń na policję. Powiedz im, że usłyszałaś jak wszedł do mieszkania. Udawałaś, że śpisz, a potem walnęłaś go żelazkiem. Teraz się boisz, że go zabiłaś.

- Co? Jakim żelazkiem? Tu nie ma żadnego żelazka - pomyślała Marianna.  Zbyt zaskoczona, by zadawać jeszcze inne pytania.
- Jest w szafie. Wyjmij i połóż koło niego. A teraz już nie myśl. Tylko dzwoń  na policję - rozkazała Jadwiga.

Tak. Wszystko, co się stało było jej działaniem.

Jadwiga po raz pierwszy ujawniła swoją niezwykłość.

Później.

Eugenia i Stanisława znów się spotykały. Raz u jednej. Raz u drugiej.

Zawsze przy ciastkach i herbacie Eugenia przekazywała Stanisławie najnowsze plotki.

- Kalina się pokazała z dzieckiem.
- Coś takiego. Jednak urodziła - dziwiła się jak zwykle Stanisława.
- A co miała zrobić? W ostatnim miesiącu usunąć? Nawet w pierwszym, by jej nie pozwolili - chełpiła się swoją wiedzą Eugenia.
- Wzięła 500 plus? - ciekawiła się Stanisława, która też by chętnie coś wzięła.

- Nie wiem. Tylko ją widziałam z Wiesią i z wózkiem spacerowym.
- Czyli się pogodziły?
- Tak. Kalina przestała być niebezpieczna dla Wiesi. Wynajmuje mieszkanie. Poza tym mała się nawet Wiesi podoba. Często ją bierze do siebie.

- O, to dobrze. Też ją zobaczymy - ucieszyła się Stanisława.
- Ja już widziałam przez chwilę jak szły na ten spacer. Piękna i... - po raz pierwszy słów Eugenii zabrakło. Tak ją córka Kaliny zauroczyła. W jej obecności czuła spokój i zadowolenie, chociaż nie wiadomo z czego. Wiedziała już, że zrobi wszystko, by też od czasu do czasu popilnować małej. 

Kalina też to poczuła. Tego dnia, gdy wróciła z pracy, gdy Marianna jąkając się jak nigdy dotąd opowiedziała jej o złodzieju.
Spokój i zadowolenie. Im bliżej Jadwigi, tym bardziej wyraźny, silniejszy. 

Wkrótce mogła całkowicie odstawić antydepresanty. Tak bez powodu poczuła się szczęśliwa. I już nie chciała oddać nikomu swojego dziecka. 


P.S. I co dalej? Czy Kalina kiedyś jeszcze zmieni swoje zdanie? A może spotka na swojej drodze mężczyznę, który pokocha ją i Jadwigę? Zobaczymy w innej opowieści.
 












 


 



 






  



14 komentarzy:

  1. wiesz co, brakowało mi emocji Kaliny związanych z zostawieniem dzieci u byłego męża? Nie tęskniła? Ne kochała? Co się z nimi dzieje?

    OdpowiedzUsuń
  2. musze sie wczytać w twoje wczesniejsze posty aby odnieść się do tego wpisu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Maria, wcześniejszy wpis o Kalinie znajdziesz w opowiadaniu: http://pociecha2.blogspot.com/2016/07/dlaczego-kalina-ma-duzy-brzuch.html
      Miłej lektury.
      Dziękuję za komentarz.

      Usuń
  3. Krystyna masz rację. Ominęłam łukiem ten problem. Myślę, że w kontynuacjach się pojawi. Za bardzo skupiłam się na tym jednym czyli obecnym dziecku.
    Dziękuję za komentarz i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem pod wrażeniem. Z łatwością przeniosłam się w świat Kaliny. Jestem ciekawa jakie są jej dalsze losy. Czekam na dalszy ciąg. Czasami życie zaskakuje....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Halino za komentarz.
      Cieszę się, ze Ci się podobało.
      Na ciąg dalszy trochę poczekasz, niestety.

      Usuń
  5. I wyczułam sarkazm i humor, dobrze bo ja tak na powaznie nie potrafię."Wzięła 500 plus? - ciekawiła się Stanisława, która też by chętnie coś wzięła." I nie jeden chetnie by cos wziął - życiowe 😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na pewno bym coś wzięła i stąd te słowa.
      Miło, że zauważyłaś.
      Zapraszam też do innych opowieści.

      Usuń
  6. Intrygujące. Bardzo dobrze się czytało. I w dodatku plus za aktualność :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, ze tak to odbierasz.
      Zapraszam do innych opowieści.
      Dziękuję za komentarz.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  7. Odpowiedzi
    1. Miło mi. Zapraszam do innych opowieści.

      Usuń