wtorek, 25 września 2018

Tramwaj zwany cieniem.

Zaglądam do nich przez uchylone drzwi wyobraźni. Co robią? Jak spędziły wakacje? Czy w ogóle miały czas wolny? A może czas im płynął jak wiatr, szybki i niewidzialny? Coś się zmieniło, wydarzyło albo zdarzy?

Autor: Zdzisław Beksiński


Prolog.

Cień jak to cień zbliżał się bezszelestnie, aż znalazł się za ostatnim żółtym tramwajem na krańcówce. Wokół panowała ciemność przerwana jedynie blaskiem zapalającej się raz na jakiś czas latarni. Niebo zasnuwały jesienne chmury. Padał deszcz. Ludzie ukryci za oknami samochodów lub bloków narzekali na pogodę, a Cień się cieszył, bo w mroku lepiej mu się oddychało i prawie zapominał, że jest tylko cieniem. Ale może już niedługo stanie się czymś, nie wróć, kimś innym. Tylko wypełni zadaną mu misję. 

Cień zatarł radośnie ręce i wskoczył do tramwaju. Wcześniej zaczarował drzwi, żeby pozwoliły mu wejść do środka. Zaraz potem usadowił się na najważniejszym miejscu w kabinie motorniczego. Z kieszeni wyjął sieć do łapania emocji. Jak tylko dzień się zacznie i tramwaj zapełni się pasażerami, Cień zacznie jeść wyłowione z ludzi uczucia. Jak już się pożywi, zajmie się swoją misją. Na razie musi odpocząć w chłodzie nocy jesiennej.

Eugenia i Stanisława.

- To co pojedziesz ze mną? - rzuca jakby od niechcenia Eugenia. - Pojedziesz ze mną na pokaz?
- Jaki pokaz? Czy ty już nie byłaś na jakimś pokazie? - Stanisława jak zwykle nic nie rozumie. Zwłaszcza wtedy, gdy z torbą pełną zakupów spieszy się do domu, a zza zakrętu nagle wyłania się Eugenia idąca w przeciwną stroną z małą torebką na ramieniu i w świąteczno-niedzielnym granatowym płaszczu. Gdzie ona się wybiera, myśli Stanisława, i zaraz potem dostaje odpowiedź, wcale nie taką jakby chciała.

- Przecież dałam ci zaproszenie, zapomniałaś, a ja dzwonię do ciebie i dzwonię.
- Nic nie słyszałam. 
- Lepiej się decyduj szybko, bo już jesteśmy spóźnione.

Eugenia robi jedną ze swoich groźnych lodowatych min. Stanisławie aż ciarki przechodzą po kręgosłupie nie tyle z powodu miny, ile z obawy, że jeśli nie pójdzie z Eugenią, straci na jakiś czas dobre źródło informacji.

- Dobrze, tylko tę torbę zaniosę. Poczekasz?
- Jasne - wzdycha Eugenia. - Tylko się pospiesz.

Aleksandra.

Od rana nic nie szło tak jak iść powinno, jakby czas, rzeczy, ludzie stanęli w poprzek drogi, tarasując przejście. Aleksandra chętnie by kogoś kopnęła, ale w pobliżu nikogo nie było. Matka już wyszła do pracy, sąsiadki gdzieś się schowały, a koleżanki i koledzy z klasy wsiedli do tramwaju i pojechali z wychowawcą do kina. Aleksandra też by pojechała, gdyby się nie spóźniła. Najgorsze, że do celu zabrakło jej paru minut prawie jak na teście z angielskiego, gdy zamiast piątki dostała czwórkę. Niby nic, jednak niesmak pozostał na języku, serce się na chwilę zatrzymało. Aleksandra pomyślała, koniec, zaraz upadnie, nigdy się nie podniesie, zakopią ją w ziemi, zaśpiewają pieśni żałobne, jej ciało zjedzą robaki. To ostatnie wydawało się najbardziej paskudne. 

Aleksandra wróciła do domu i załamana położyła się na łóżku.

Eugenia i Stanisława.

Z pokazu wracały zmęczone i radosne. Eugenia z masażerem głowy i oczu, a Stanisława z sokowirówką i sztućcami. Przyszłość jawiła im się w pięknych kolorach mimo perspektywy comiesięcznych rat, które spłacą po pięciu latach, jeśli nic się nie zmieni. W innym gorszym przypadku, spłacą najbliżsi krewni. Na razie jednak słońce świeci, Eugenia i Stanisława siedzą w pięknym, nowym tramwaju, zachwycają się swoimi zdobyczami.

- Zaraz zabiorę się za robienie soku z marchwi i jabłek - marzy głośno Stanisława.
- Ja założę masażer na głowę - uśmiecha się Eugenia. - A widziałaś tę patelnię, co ruda kupiła? Następnym razem też sobie ją kupię.

Stanisława nie zdążyła odpowiedzieć, bo tramwaj nagle zakręcił i zderzył się z autobusem.

Cień.

Podskakiwał, kręcił się w kółko, klaskał, krzyczał z radości. Udało mu się od razu, na samym początku poprowadzić tramwaj pod autobus. Wśród pasażerów z pewnością znalazł się cel, ta, którą kazano mu zlikwidować. Razem z innymi jechała z kina do domu. Cień dobrze słyszał i widział wsiadających na przystanku młodych ludzi z nauczycielem. Nieważne, że nie sprawdził. Nikt mu zresztą nie kazał sprawdzać, tylko kierować tramwajem w określonym czasie i spowodować wypadek. Cień wykonał zadanie i teraz zwyczajnie się cieszył. Tylu rannych, tylu zabitych zarówno w tramwaju jak i w autobusie. Sieć wypełniła się emocjami bólu, złości, tragedii, stresu. Cień karmił się nimi na bieżąco, aż poczuł sytość, zadowolenie, energię. 

Aleksandra

Zapadła w ciężki jak kamień sen. Słyszała krzyk padających na ziemię ludzi. Widziała okrągłe jak piłki dusze uciekające przez dach, okna, drzwi tramwaju, który zwiał jej sprzed nosa. Czuła żar palącego się pojazdu. Jakaś czarna maź próbowała się do niej przyczepić, odciąć jej głowę mokrą siecią zaplecioną z upiornych, ostrych włosów czarownic. Aleksandra bezskutecznie próbowała się wyrwać. Sen zabierał ją w głębsze i bardziej gęste rejony. Siłą wepchnął z powrotem do studni, do której kiedyś weszła. Uciekła wtedy. Ale jak? Aleksandra wysila pamięć, napina mięśnie, gotowa do walki, choć nie wie z kim, bo przeciwnika nie widać, jedynie wielkie drzwi zamknięte na kłódkę. Musi je otworzyć, przejść przez próg, jeśli chce wrócić, ale gdzie wrócić. Miejsce powrotu zginęło w zasłonie z deszczu.  

Cień.

- Dobrze ci tu w tym tramwaju? 
Nieznajomy w turkusowych okularach zagrodził mu drogę.
- A bo co?
- Bo możesz sobie nim jeździć ile chcesz i jak chcesz.
- Jak to? 
- Zwyczajnie. Mistrz Gry daje ci go w nagrodę za zadanie.
- Ale przecież...

Nieznajomy nie słuchał, bo już go nie było. Nie wiadomo jak i kiedy opuścił tramwaj. Cień też chciał opuścić, lecz nie mógł jakby coś przykleiło mu nogi do podłoża. Spróbował pójść w innym kierunku, ale również mu się nie udało. Nogi się nie przesuwały, ręce i reszta podobnie jakby wszystko zostało połączone z tramwajem. Nogi z podłożem, ręce z oknami lub uchwytami, pozostałe części z siedzeniami, kabiną motorniczego, dachem, pogiętą na skutek wypadku blachą, innym mniejszym lub większym ustrojstwem. 

Cień nie chciał być cieniem, więc został tramwajem.



P. S. A co z resztą? Z Aleksandrą, Eugenią, Stanisławą? Jak się dowiem, to Wam powiem. Póki co nie wiem.
Wcześniej Aleksandrę znajdziecie tutaj: jedendwa.

  

   


 


 

wtorek, 18 września 2018

Nikodem.

Nikodem nie znał swojego ojca. Pamiętał jedynie fragmenty życia z nim związane. Mgliste kawałki, niektóre dziwne jakby wyrwane z pogranicza snu 
i jawy lub innego świata, w którym dominował kolor niebieski. Dlaczego? Kim był ojciec Nikodema? I gdzie zniknął?

Autor: Hector Toro.

Lotnisko.

Nikodem najczęściej wspominał lotnisko, chociaż podobno nigdy tam nie był. Tak twierdziła jego matka. Cokolwiek by powiedział na ten temat, ona zawsze się krzywiła, a potem przeganiała go ścierką do zmywania naczyń.

- Odrobiłeś już lekcje? 
- Tak.
Przynieś, sprawdzę.
- Dlaczego ty mi nigdy nie wierzysz?
- Nie pyskuj, przynieś zeszyt.

I już koniec rozmowy o lotnisku wielkim jak ocean z niebieskimi rzeźbami kojarzącymi się z surrealizmem, mozaikami na ścianach i na podłodze. Jedna z nich przedstawiała ręce otwarte na nagą kobietę w ukłonie. Jakby niewolnicę niewidzialnego wodza, który czasem pokazywał pojedyncze części swojego ciała, głównie dłonie lub twarze. Wielki Nikt lub Ktoś, Coś, istota z nieznanego świata. Nieznanego dla ludzi jako ogółu, tłumu, ale nie dla wybranych jednostek.

Po odkrytej powierzchni lotniska przejeżdżały wielkie auta-rakiety. Pasażerowie, jeśli byli, musieli siedzieć za zamkniętymi oknami i drzwiami, nieprzeniknioną z zewnątrz zasłoną. Samochody zatrzymywały się na przystankach, pustych samotnych wysepkach pomalowanych na brązowo. Nikt nie wsiadał. 

Nikodem próbował zobaczyć samoloty, ale w pobliżu żadnego nie widział. Tylko jakiś warczący granatowy obłok nad głową albo raczej zbiór obłoków. Ryczący smok? Nowoczesny samolot? Pytania pojawiały się w głowie Nikodema jedno za drugim.

W kasie kupił bilet. Ale po co? Dlaczego? Gdzie chciał lecieć? Gdy patrzył na obłoki-smoki i auta-olbrzymy, przez ciało przechodził mu dreszcz niepokoju.

- Nie bój się - odezwał znajomy, a jednocześnie obcy męski głos. Twarz i sylwetka zamazana jakby facet założył na siebie maskującą zasłonę. 
- Nie mogę się ujawnić - wyjaśnił Nikodemowi. - Ale jeśli ze mną polecisz ...

Słowa zawisły w powietrzu. Nikodem już wiedział po co kupił bilet. Jasne, chciał polecieć z ojcem, bo tym kimś obok niego nie mógłby być nikt inny.

- Pojedziemy tym wielkim autem?
- Nie, pójdziemy. To niedaleko.
- A samochody po co jak to blisko?
- Później wszystko ci wytłumaczę.

Nie wytłumaczył, bo nagle zza ogromnego niebieskiego drzewa wyszli policjanci. Podeszli do ojca. Złapali go za ramiona i zawlekli do auta. Nikodem jeszcze przez chwilę stał, patrzył bezradnie, gniótł w ręku bilet. Nigdzie nie poleci, nie teraz, a kiedy, nie wiedział.

Autor: Viola Sado.

 W szkole.

Poszedł do szkoły z myślą, że dowie się wreszcie czegoś o lotnisku, policjantach i ojcu. Szybko jednak przekonał się, że nauczycielka, miła pani Zosia nic nie wie, nie chce wiedzieć, bo za każdym razem, gdy ją zagadywał, odganiała go jak muchę. Raz nawet posłała do pani psycholog, a ta z kolei do psychiatry. Ledwo z tego wyszedł, wyrzekając się swoich opowieści o lotnisku. 

- Ja tylko tak sobie żartowałem.
- Więc więcej sobie nie żartuj.

Lata mijały. Nikodem powoli przyzwyczaił się, że mieszka z matką bez ojca, ojca nie zna i pewnie nie pozna. Prawie o nim zapomniał, gdy nagle pojawiły się w nim dziwne umiejętności. Potrafił na przykład zamknąć oczy, powiedzieć znikam i zniknąć. Stać się na pięć minut, godzinę, jak długo chciał, niewidzialny. Widział jak inni prześlizgują się po nim wzrokiem, nie zauważając. Pani próbuje wezwać go do tablicy lecz jej oczy nie potrafią go znaleźć.

- Czy Nikodem gdzieś wyszedł? - pyta klasę.
Uczniowie się rozglądają, nie znajdują, póki Nikodem nie każe sobie, ujawnić się przed nimi.

Emocje też się zmieniły. Czasem chciał płakać lecz nie potrafił. Podobnie ze śmiechem. Kawały przestały śmieszyć albo nie umiał wydobyć z siebie radości. Twarz pozostawała obojętna, co skutecznie zniechęcało kolegów i koleżanki.

W kolejnym liceum,( szkoły często zmieniał z powodu matki, która nie potrafiła wysiedzieć długo na jednym miejscu) doprowadził Kornelię do choroby psychicznej. Czuł jak jej strach narasta po każdym jego spojrzeniu. Próbował na nią nie patrzeć, ale chęć rzucenia choć na chwilę spojrzeniem na dziewczyną przerosła jego możliwości. Kornelia była zbyt piękna. W dodatku nie zdawała sobie z tego sprawy. Uciekała w cień przed ludźmi. Aż dziwne, że na początku roku zgodziła się pójść z nim, Magdą - Stefanią i Tonim na akcję. Brała udział w wysadzeniu w powietrze magazynu. Od tego zaczęła się jej choroba. Szkoda, że została w szkole. Szkoda, że razem nie zostali. Kornelia w jednym miejscu, a on w drugim odległym, żeby tylko nie dotykać jej wzrokiem. Nic, stało się. Nie można płakać nad rozlanym mlekiem, jeśli w ogóle można płakać. Nikodem zaciskał pięści w kieszeni. 
- Muszę jej pomóc - pomyślał. - Ale jak.
Jeszcze nie wiedział.

Tej nocy zanim zasnął, wyraził życzenie, że chce wyrwać Kornelię z choroby. Zamknął oczy, więc nie zobaczył falującej w oknie firanki jakby przesuwała ją jakaś ręka, niebieska ręka.



 
P. S. Tym tekstem nawiązuje do wcześniej publikowanych przeze mnie na facebookowej stronie Lubisłowa opowieści o Kornelii, Tonim i Magdzie-Stefanii. Nie wiem, czy chcecie, żebym tutaj również opublikowała te opowiadania, czy raczej wolicie poznać ciąg dalszy albo jedno i drugie. Czekam na Wasze opinie i oczywiście uwagi dotyczące Nikodema.


  


wtorek, 11 września 2018

Włóczkowy kot.

Ostatnio nachodzą mnie myśli o moich pierwszych wampirach: Augusto 
i Angelinie. Co u nich? Jak żyją po ucieczce Filipa i odejściu Wiktora?

Niestety pojęcia nie mam, kto jest autorem.

Miejsce: Świat po śmierci
Czas: Nieokreślony
Bohaterowie: Angelina - wampirzyca około 30 lat, Augusto - wampir, wiek podobny, Regina - fanka wampirów lat 40, Aleks - nieznany facet, z którym rozmawia Angelina; Toni i Tuni - bracia, spikerzy telewizyjni i nie tylko, kot.

Dialog 1.

Miejsce: Kamienica przy ulicy Wampira Draculi numer 6. Piwnica.
Wnętrze oświetla jedna słaba żarówka zwisająca na czarnym kablu z sufitu. Angelina patrząc na nią, często myśli o śmierci. Chciałaby skończyć swój głupi żywot. Głupi od czasu, gdy Augusto znalazł sobie nową przyjaciółkę i opuścił dzielone z Angeliną lokum.

Angelina pochyla się nad otwartym laptopem. Pisze z Aleksem na popularnym portalu Gadka-Szmatka. Rozmowy ze znajomym i jednocześnie obcym odciągają ją od realizacji pomysłu z samobójstwem. Poza tym sprawiają, że Angelina nie czuje panującej wokół dusznej atmosfery bałaganu i ciasnoty. Mieszkanie się zmniejszyło odkąd Augusto je opuścił, jakby było żywym, myślącym stworem i doskonale wiedziało, że wielka przestrzeń dla jednej osoby staje się zbędna. Może wywoływać niepokój. Niestety w przypadku Angeliny i tak rozmiar mieszkania nie ma znaczenia.

W każdym razie w pomieszczeniu znajduje się jedno łóżko-trumna, jedno krzesło, stolik, mała szafa i biurko z paroma książkami i laptopem. Całość utrzymana w ulubionych przez wampiry kolorach: czarnym i czerwonym. Czarny ponieważ kojarzy się ze śmiercią, czerwony, wiadomo, z krwią.

Zaglądamy Angelinie przez ramię. Widzimy pojawiające się czarne litery na białym tle. Rozmowa między Angeliną i Aleksem trwa.

Angelina: Mówiłeś, że gdzie pracujesz.
Aleks: Mówiłem, ale teraz chcę ci powiedzieć o moim śnie.
Angelina ( myśli ): Jak zwykle, gdy go o coś pytam, odwraca kota ogonem.
Angelina: Dobra, opowiedz.
Aleks: Budzę się w nocy. Znaczy, we śnie się budzę. Widzę i słyszę włączony telewizor. Dziwię się, bo wcześniej go nie było, a teraz stoi na stoliku przy łóżku. Kto go tu postawił, myślę sobie. 
Angelina: Ciekawe.
Angelina ( myśli ): Jak wszystko co mówi. Nieprawdopodobne, ale ciekawe.
Aleks: W telewizorze dwóch facetów w pogrzebowych garniturach nawija o moim życiu.
Angelina: Ooo.
Aleks: Mówią, że nadszedł czas, żeby mi powiedzieć, że jestem w świecie po śmierci. Kiedyś żyłem na Ziemi, a teraz w Sensbezsensie. I co ty na to?

Angelinę zatyka, bo jakiś czas temu śnił jej się podobny sen. W zasadzie taki sam. Telewizor na stoliku obudził ją w środku słonecznego dnia, kiedy zwykle śpi, bo jako wampir egzystuje w nocy. Dwóch mężczyzn gadało o jej życiu, kim była i kim jest. Żyła na Ziemi jak Aleks, a teraz w Sensbezsensie. Ale czy podzielić się tą informacją z Aleksem. Niby ma do niego zaufanie. Jednak nie do końca. Czuje, że Aleks coś kręci. Coś przed nią ukrywa.

Angelina: Zatkało mnie.
Aleks: Wiedziałem, że cię zatka. Najśmieszniejsze jest to, że wszystko, co mówili to prawda.
Angelina: Niemożliwe. Chyba byśmy pamiętali swoją śmierć i poprzednie życie.
Aleks: Niekoniecznie. Sądzę, że świat jest tak urządzony, żebyśmy nic nie pamiętali. Ktoś się nami zwyczajnie bawi.
Angelina: Myślisz?
Aleks: Wiem.
Angelina: Skąd.
Aleks: Nie zrozumiesz.
Angelina: Zrozumiem. Powiedz.
Aleks: W tym problem, że sama musisz dojść do prawdy.
Angelina: Jakiej prawdy?
Aleks: Dowiesz się w swoim czasie.

Dialog 2

Miejsce: Dwupiętrowy dom Reginy w dzielnicy przeznaczonej dla ludzi przy ulicy Konieczność 2.
Wnętrze pomalowane na żółto z czarnymi dodatkami. Na piętrze, gdzie w obszernym łóżku śpi Augusto, okna zasłonięte czarnymi grubymi kotarami. Augusto śni. Zbliżamy się i wchodzimy do jego snu. Panuje w nim noc, pora zwykłego życia wampirów. Augusto razem z Reginą wybierają się na nocny seans do kina.

Regina ( z uśmiechem przytula się do pleców Augusto, który próbuje zawiązać krawat na szyi ): Pamiętasz jak się poznaliśmy w kinie.
Augusto ( odsuwa się od niej ) Taa... Ale teraz mi nie przeszkadzaj, dobrze?
Regina ( całuje go w kark ): Nie przeszkadzam kochanie. Idę do kuchni napić się czegoś. Ty też chcesz?
Augusto ( zdezorientowany ): Co?
Regina: Napić się?
Augusto: Wiesz, że nie piję ludzkich napojów.
Regina: Dobra, jak sobie chcesz.

Regina chodzi po kuchni i nuci, gdy nagle jej wzrok zatrzymuje się na lodówce. Niemożliwe. Wytrzeszcza oczy. Krzyczy.

Regina: Augusto chodź tu szybko.
Augusto ( zły, bo wciąż nie zawiązał krawatu ) Co do cholery?
Regina ( pokazuje mu palcem ): Widzisz to samo, co ja?
Augusto ( zdezorientowany ): Znaczy co?
Regina ( wściekła ): Telewizor, kretynie!
Augusto ( osuwa się na taboret ): Przecież my nie mamy...
Regina: Cicho. Oni coś mówią.

Dwóch facetów ubranych w czarne garnitury uśmiecha się do Reginy i Augusto na białym pustym tle. Zarówno Regina jak i Augusto nie wiedzą co ich bardziej przeraża: mężczyźni czy panująca wokół nich biel.

Toni ( różni się piegami na nosie i trochę wyższym wzrostem od swojego brata ): Zacznijmy od ciebie Regino.
Tuni: Nie, od Augusto.
Toni: Kobiety mają pierwszeństwo.
Tuni: Nie tutaj.
Toni: Dlaczego nie?
Tuni: Bo nie. Do rzeczy, chcę ci powiedzieć Augusto.
Toni ( odpycha Tuniego w głąb ekranu ): Regino jesteś w Sensbezsensie, świecie po śmierci.
Tuni ( zasłania sobą Toniego ): Augusto kiedyś żyłeś na Ziemi, a teraz tu w świecie po śmierci. W dodatku stałeś się wampirem.
Toni ( uderza Tuniego i znów staje z przodu ): Regino wiem, że to dla ciebie trudne do uwierzenia.
Augusto: Jak to!
Regina: Niemożliwe.
Toni: Innym razem ci opowiem jak to się stało. Najważniejsze, żebyś zapamiętała, że istniejesz przez chwilę w Sensbezsensie, a potem odejdziesz.
Regina: Gdzie?
Augusto: A co ze mną?
Toni: Oboje odejdziecie do swojej ziemi obiecanej. Musicie tylko wytrwać i nie popełnić samobójstwa.

Tymczasem Tuni dochodzi do siebie. Wali pięścią Toniego. Zaczynają się bić. Obraz faluje. Ciemnieje. Znika. Augusto się budzi. Jeszcze przez chwilę pamięta swój sen. Potem wszystko się rozmazuje.

Dialog 3.

Miejsce: Piwnica, w której mieszka Angelina.

Angelina nadal pochyla się nad laptopem. Komputer traci łączność z internetem. Angelina próbuje ją odzyskać. Jej rozmowa nie może przecież skończyć się na niczym. Odwrócona tyłem do drzwi nie widzi, że do piwnicy wchodzi zrobiony na szydełku włóczkowy kot. 

Kot ze strony.

 Kot: słońce świeci dziś
         czas wreszcie wyjść na łąkę 
         nie czekaj, już chodź
Angelina ( ze strachu podskakuje i na wszelki wypadek zakłada czarne okulary ): Spadaj. 
Kot (obrażony ): No, co nie wyjdziesz z kotem na spacer?
Angelina: Na spacer to się chodzi z psem. Wynocha.
Kot ( nadal się krzywi ): Augusto powiedział, że lubisz koty.
Angelina: To się pomylił. Zaraz Augusto, widziałeś go?
Kot ( uśmiecha się z wyższością ): Nie powiem, jeśli ze mną nie wyjdziesz.
Angelina: Chyba nie wiesz kim jestem i co mogę ci zrobić jak się zaraz nie wyniesiesz!
Kot ( potulnie ): Dobra, dobra już idę.
Kot ( do siebie ): Cholera z tym się nie udało. To przez te okulary. Inaczej by wyszedł wampir paskudny.

Dialog 4.

Miejsce: Za białym ekranem telewizora.

Tuni: Widziałeś kota?
Toni: Jak miałem widzieć jak mnie w oko rąbnąłeś?
Tuni: Oj tam, oj tam.
Toni: Dla ciebie oj tam, oj tam, a mnie oko boli.
Tuni: Przyłóż sobie zimny okład ten, co go od dentysty dostałem jak mi zęba wyrywał. Kocie, kocie, gdzie jesteś?
Toni: Śpi gdzieś w kącie.

Obaj siedzą na białej kanapie. Na ekranie przed nimi pokazują się wiadomości. Gruba czarnowłosa kobieta z czarnym mikrofonem monotonnym głosem informuje, że w mieście Sensbezsens giną wampiry. Nie wiadomo dlaczego wszystkie popełniają samobójstwa, wychodząc na słońce. 

Kamera pokazuje nam spalone zwłoki. 

Tuni: Cholera, to nasz kot. 
Toni ( lekceważąco ): Co ty gadasz?
Tuni: Znam go w przeciwieństwie do ciebie. 
Toni ( śmieje się ): Dlaczego miałby zabijać wampiry i niby jak? Przecież one same wychodzą.
Tuni: On ich nie lubi.
Toni: On mało kogo lubi.
Tuni: Ale wampirów szczególnie.
Toni ( rechocze ): Nie uwierzę, że taki mały kot nakłoniłby wampira do wyjścia na słońce. 
Tuni: Ty zawsze w nic nie wierzysz. W śmierć nie wierzysz. W boga też nie, a ja ci mówię, że on jest niezwykły i wiele potrafi.
Toni: Włóczkowy kot akurat?
Tuni: Z magicznej włóczki.
Toni: Bo tak ci kto powiedział. Wróżka Dusia? Ta idiotka.
Tuni: Zaraz cię zdzielę w drugie oko!

Tak. Za chwilę znów będą się bili, a ponieważ ja nie lubię patrzeć na bijatykę, oddalam się szybko.

P. S. Ciąg dalszy może nastąpi.


 









 

wtorek, 4 września 2018

Lato na brzegu morza

Dawno, dawno temu był sobie czas wolny od obowiązków szkolnych i nie tylko. Ów czas wolny zaprosił mnie nad morze na przełomie wiosny i lata. Dokładnie kalendarzowej późnej wiosny i panującego wokół gorąca lata. Z zaproszenia skorzystałam, a teraz podzielę się z Wami wierszowaną refleksją i zdjęciami z Grzybowa i Kołobrzegu.

Morze w Grzybowie.

Jadę

z głową pełną morskich myśli,
przestrzeni nieznanej.
Jeszcze nie wiem
jak czas się na piasku ułoży?
Gdzie i na czym będzie spać?
Czy wtulę się w sny o tobie?
Czy raczej w nowe?
Już niedługo spotkam odpowiedzi.
Teraz patrzę na krajobraz za oknem pociągu.

Zdjęcie ze strony
 
 Ginę

między jednym kęsem, a drugim,
kolorem sera, pasztetu i masła istnieję.
Słońce na niebie już nieważne,
tylko talerz pełen.
O jak dobrze w głębi smaków.
Całkiem zapominam o koszmarach nocnych.
Nie myślę.
Jestem ustami, językiem, zębami, przewodem pokarmowym.
Gdybym tak mogła zostać na dnie zapachów,
trawiennych soków.
Ale czas biegnie dalej.
Nie pozwala żyć wiecznie w krainie głodu.

W Kołobrzegu.

Zielony

człowiek złapany na rowerze,
przywiązany smyczą do ziemi.
W nocy płacze
straconą ludzką świadomością.
W dzień udaje roślinę bezwolną.
Chciałby myśleć w sposób jedynie uznany
i słuszny.
Żałuje, że jechał zbyt wolno.
Obiecuje, że z uwięzi się wyrwie.
I tak żyje z nocy na noc,
z dnia na dzień. 

Droga w parku leśnym z Grzybowa do Kołobrzegu.
 
Droga

Codziennie przemierzam drogę
między myślami
z nieznanej przyszłości,
znajomej przeszłości,
rzadko tu i teraz.
Wiem, że gdy stąd wyjadę
znajdę obecną chwilę
otoczoną złotym papierem.
Pożuję ją powoli.
Uwierzę, że właśnie, dokładnie 
taką jaka była.

Staw w parku kołobrzeskim.

 
Przy stawie.

Dotykam rzeczywistości

przy stawie w parku nad morzem.

Dlaczego nie na plaży?

Bo w tłumię się gubię.

Potem szukam długo.

Nie wiem, gdzie mój początek, a gdzie koniec.

Tutaj przy stawie

widzę siebie w odbiciu nieporuszonej wody.

Nie dowierzam,

ja to ta kobieta?

Nieznajoma w okularach przeciwsłonecznych

i kapeluszu lekko wytartym pomidorowym?

Poważna mina,

śmiejące się oczy.

Czy ja naprawdę istnieję?

Może jedynie w umyśle Twórcy świata?


W parku w Kołobrzegu.

 
Fontanna.


Jak panna rozkapryszona

rozbija wokół kawałki wodne nastroju.

Myślę o tobie

jak siadasz obok mnie na ławce.

Milczeniem swoim mnie obejmujesz.

Szyję całujesz.

Palcami do piersi wędrujesz.

Zasłaniasz nas przed światem kurtyną pożądania.

I tylko fontanna się nie zgadza.

Krzyczy wielkim strumieniem.

- Nie jestem twoja,

nie chcę, nie pozwolę.

Magia chwili się rozkłada





P. S. Mogłabym tak wspominać i wspominać, a najlepiej wsiąść do 

maszyny czasu i jeszcze raz przeżyć lato na brzegu morza. 

Podzielcie się swoim latem. Jakie ono było? Tęsknicie za 

następnymi wakacjami?