wtorek, 28 marca 2017

Aleksandra.

Czas na nastolatków. W końcu w bloku, w którym mieszkają emerytki Eugenia i Stanisława, są też młodzi ludzie. Podobnie w okolicy, chociaż dzielnica nowością nie błyszczy. Widać, że powstała w latach komunizmu czyli dość dawno temu.
Jacy są ci młodzi? Dokładnie, jaka jest Aleksandra? I co ją spotyka?




Nieznajoma

Aleksandra wracała ze szkoły ze zwieszoną głową, a powody tego stanu piętrzyły się w jej głowie. Ostatnie słowa nauczycielki od religii, wyjazd matki i przyjazd babki.  Ani jednego dnia w samotności i samodzielności. Jakby ktokolwiek musiał jej pilnować mimo skończonych w zeszłym miesiącu 14 lat.

Aleksandra westchnęła i skręciła do parku. Posiedzi sobie trochę, to może poczuje się lepiej i z większą chęcią wróci do domu.

Pani Zosia od religii powiedziała jej, że jest wyjątkowo przemądrzała i lepiej by było, żeby zrezygnowała z bierzmowania. Cóż z tym ostatnim Aleksandra się zgadzała, ale jak przekonać matkę, a zwłaszcza bardzo religijną babkę, że nie chce już kontynuować nauki religii?

Zamknęła oczy. Odwróciła twarz do słońca. Może jego blask odgoni złe myśli. Odetchnęła głęboko i wyobraziła sobie, że jest nad morzem. Ciepły żółty piasek i kojący szum fal.

- Zosia cię obraziła. Stara prukwa. Nie przejmuj się.
Z przyjemnej wizji wyrwały Aleksandrę ostre słowa starszej kobiety.

A ta tu po co? - pomyślała.

- Muszę z tobą porozmawiać - odparła nieznajoma jakby usłyszała myśl Aleksandry.

Aleksandra niechętnie otworzyła oczy. Zdziwiła się, widząc przed sobą młodą kobietę. Czy na pewno ona do niej mówiła?

- Ja - potwierdziła tamta.
- Kim pani jest?
- Kameleonem i wróżką.
- Znaczy się wróży pani z kart?
- Nie tylko. Z włosów też.

Nieznajoma pochyliła się nad głową Aleksandry. Zanim dziewczyna zdążyła zaprotestować, już trzymała w ręku jeden z jej bujnych rudych włosów. Właśnie rudych. Nie czarnych ani blond ani nawet myszowatych, jakie mają jej koleżanki i dzięki temu nigdy nie rzucają się w oczy. Nikt ich w parku nie zaczepia. Nie krzyczy za nimi: Ruda, tam na dole też jesteś ruda? I na przerwie nie chodzi za nimi,  nie ciągnie za włosy. Te inne dziewczyny mają święty spokój. Aleksandra nie.

- Co pani robi? - krzyknęła.
- Nie bój się. Nic złego. Spojrzę tylko i ci powiem, co cię czeka.
- Wcale mnie to nie interesuje. Jeszcze raz mnie pani dotknie i pożałuje.
- Dobrze, dobrze uzdrowicielko. Niezły masz charakterek, ale i tak się przydasz.

Nieznajoma chwyciła Aleksandrę za rękę. Świat nagle się skurczył i rozszerzył. Po chwili zamiast parku obie stały u podnóża dziwnej wysokiej góry z windami, schodami, ulicami, domami, innymi mniej lub bardziej znanymi Aleksandrze budowlami.

Eugenia i Stanisława.

- Mówię ci. Zniknęła na moich oczach. Jak mi Bóg miły, nie kłamię.

Eugenia dzieli się swoimi najnowszymi rewelacjami jak zwykle ze swoją blokową koleżanką Stanisławą. Obie panie bardzo lubią zająć sobie wolny czas plotkami. 

- Ciekawe, co na to matka Aleksandry? - ciekawi się Stanisława.
- Niby co? Ona przecież w szpitalu siedzi. Wariatów pilnuje. Jeszcze nie wie, że córka jej zniknęła.
- To będzie zaskoczona.

Stanisława zaciera ręce z radości. Ekscytują ją takie zdarzenia. Zapomina dzięki nim o samotności. Nuda przestaje ją dręczyć. Życie staje się znów interesujące.

Schody.

- Wstrętna babo, gdzie mnie zaprowadziłaś - krzyczy Aleksandra i wali kobietę pięściami, ale tylko przez chwilę. Tamta w pewnym momencie oddaje jej ciosy jednym celnym uderzeniem prądu.

Aleksandra kuli się z bólu. Płacze.

- Teraz już wiesz, że ze mną nie ma takich numerów. Zero agresji. Tylko posłuszeństwo. Zrozumiałaś?

Aleksandra milczy. Kobieta wyciąga rękę. Rozstawia palce i znów razi ją prądem.

- Pytam się czy zrozumiałaś?
- Tak.
- W takim razie idziemy na górę.

Aleksandra z trudem się podnosi. Idzie za kobietą po schodach. Niekończących się jak się niedługo okaże. Męczących. Jakimś cudem sprawiających, że Aleksandrze przybywa lat. Już nie jest nastolatką, ale dojrzałą kobietą. Kilka pięter wyżej staruszką. Wypadają jej włosy. Skóra się marszczy. Nogi coraz szybciej się męczą. Palce u rąk wyginają jakby Aleksandra cierpiała na chorobę stawów lub kości. Kręgosłup pochyla się do przodu. Oddech przychodzi z coraz większym trudem.

Ile już stopni minęło? - zastanawia się Aleksandra. - Jak długo jeszcze będziemy tak iść? I czy gdybym się wróciła, znów bym była młoda?

- Nawet o tym nie myśl - ostrzega ją kobieta, która się nie zmienia. Nadal wygląda świeżo i pięknie. Widać, że wspinaczka po schodach na nią nie działa.

- Magia, co? - uśmiecha się do Aleksandry. - Ty też się taka staniesz jak będziesz posłuszna.

Aleksandra chciałaby coś powiedzieć, ale się boi. Poza tym dźwiga na sobie zbyt wielkie zmęczenie. Teraz już rozumie swoich dziadków. Ich wieczne narzekania, chodzenie po lekarzach, wydawanie pieniędzy na leki. Jeśli uda się jej wrócić, przeprosi ich za swoje wszystkie złe słowa, którymi w nich rzucała, za miny i zachowanie. Przeprosi, że im nigdy nie pomagała. Zmieni się. Będzie lepsza. 

Kobieta się śmieje. 

- Nie będzie już dla ciebie żadnego będzie. Tylko tu i teraz.

Eugenia i Stanisława

Obie pełne ekscytacji obserwują przez uchylone okno babkę Aleksandry Teresę. Właśnie wraca ze szkoły, o czym mówi spotkanej po drodze Florentynie. 

- Nie ma jej. Nie wiem, co robić. Jak jej matka wróci będzie zła.
Teresa nie potrafi powstrzymać płynących po policzkach łez.

- Dzwoniła pani na policję? - pyta Florentyna.
- Tak. Powiedzieli mi, że zajmą się sprawą jak się nie pojawi przez najbliższe 24 godziny. Rozumie pani, 24 godziny? Bo ona przecież może siedzieć sobie gdzieś albo bawić się w najlepsze z kolegami. A jak ją porwali.

- Może nie jest tak źle. Może naprawdę gdzieś siedzi i się bawi i dlatego wyłączyła komórkę. Nigdy się jej wcześniej to nie zdarzało?

Na nic się zdają pocieszenia Florentyny, Teresa coraz bardziej płacze. Przez to mówi z coraz większym trudem.

- Nie.

- Chce pani poszukamy jej razem - proponuje Florentyna. - Najpierw pójdziemy do jej najlepszej koleżanki.
- Do Jagody już dzwoniłam nic nie wie. Ostatni raz widziała ją w szkole jak większość koleżanek.
- W takim razie najpierw pójdziemy do mnie. Wypije pani herbatę. Uspokoi się i wtedy z łatwością znajdziemy rozwiązanie.

Florentyna obejmuje Teresę ramieniem. Prowadzi ją do siebie.

Eugenia wzdycha. Za nią Stanisława. Jak zwykle Florentyna zabrała im sprzed nosa okazję na  ciekawe widowisko.

Zegar

Aleksandra już nie może iść dalej. Pada. Kobieta krzyczy na nią. Chyba jej grozi, lecz na Aleksandrze nie robi to wrażenia. Już nie ma sił, żeby się podnieść.

- Umieram - szepcze, bo inaczej nie może mówić.
- Umieraj. Umrzesz stara. Urodzisz się młoda i świeża. Wtedy najlepiej się przydasz.

Kobieta ją kopie jakby chciała przyspieszyć proces umierania. Spycha swoim długim butem na trawę obok schodów. Potem się odwraca. Czeka na śmierć Aleksandry i to jej pierwszy i ostatni błąd.

Aleksandra dostrzega w trawie czerwony budzik taki jak ten, który stoi u niej na półce przy łóżku. Resztkami sił chwyta go. Przesuwa wskazówkę z godziny drugiej na pierwszą. 

I nagle świat się zwęża, rozszerza, kręci się.

Aleksandra znów wraca ze szkoły ze zwieszoną głową. Znów czuje smutek z powodu słów pani od religii, z powodu wyjazdu matki i przyjazdu babki. Znów skręca do parku, żeby chwilę odpocząć, zanim wróci do domu. Inny jest tylko kamień, o który się potyka. Pada twarzą na chodnik. Wali głową o jego twardą powierzchnię. Rozdziera spodnie na kolanie. W dodatku swoje ulubione. Szkło na komórce pęka. Gdy w końcu Aleksandra się podnosi, już nie czuje ochoty do siedzenia w parku. Kobieta kameleon odchodzi z niczym. Tym razem nic nie udało się jej złowić, żadnego zdolnego magicznie człowieka, który mógłby zostać jej niewolnikiem.

Eugenia i Stanisława

W milczeniu jedzą ciasto czekoladowe kupione przez Stanisławę.

- Chyba mi się coś śniło - przerywa milczenie Eugenia.
- Co? - ciekawi się Stanisława.
- Coś jakby o naszej małej uzdrowicielce Aleksandrze.
- Mnie chyba też się śniła.

Eugenia się krzywi. Dlaczego Stanisława zawsze musi ją papugować.


P. S. Czy to już na pewno koniec? Czy kobieta kameleon jeszcze się pojawi? I czy chcecie ciągu dalszego tej historii? 
  


 


 





  

wtorek, 21 marca 2017

Hipochondria

Czy można się zarazić hipochondrią? 
Powiecie pewnie: no, nie, niemożliwe. Jednak w świecie po śmierci panują inne zasady. A kto się zaraził? Dlaczego? Co było potem? Za chwilę.


Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Filip - niespełniony artysta lat czterdzieści, Łucja - dawniej bezdomna, teraz współlokatorka Filipa; Wiktor - wampir, nowy kolega Angeliny i Augusto; Angelina - wampir; Augusto - wampir.

Dialog 1.

Miejsce: Łąka nad rzeką we śnie Filipa.

Filip leży na łące na kocu w kratkę. Obok niego jego ukochana z czasów ziemskiego życia: Malina. Świeci słońce. Wokół nich idealna cisza, prawie idealna, bo od czasu do czasu odzywają się ptaki, słychać szum rzeki i powiew wiatru w gałęziach rosnącego obok dębu.

Filip ( przytula się do Maliny ): Tak cię kocham.
Malina ( też się przytula ): I ja ciebie.

Całują się namiętnie. Filip schodzi pocałunkami do jej piersi zakrytych jedynie różowym stanikiem, strojem do opalania. Językiem bada wszelkie wypukłości i wgłębienia, jej duże ciemne jak wiśnie sutki. Łapczywie chwyta je i ssie niczym dziecko spragnione mleka matki. Malina wzdycha, co zachęca Filipa do zejścia niżej. Do jej brzucha, ud, do jej kobiecości. Jest taka wilgotna i chętna. Wchodzi w nią. Porusza się w niej, a ona pod nim. Zamyka oczy z rosnącej przyjemności i nagle dzieje się coś dziwnego.

Filip zamiast ciepła Maliny, czuje zimno, zamiast jej wilgotnego wnętrza coś suchego i lepkiego. Obejmują go czyjeś twarde ramiona. Ostra twarda pierś i drapiąca zarostem twarz. Skąd się to wszystko wzięło? Filip otwiera oczy i krzyczy z przerażenia. Pod nim już nie Malina, piękna kobieta, ale nieznany mu paskudny facet.

Filip: Kim pan jest?
Nieznajomy: Twoim obecnym kochankiem. Jedynym słodkim skarbem.

Filip stara się z całych sił odsunąć faceta. Tamten jest silniejszy. Liże go po szyi, co nawet, o zgrozo, jest przyjemne, zbyt przyjemne. Filip znów zamyka oczy. Wpada w coś w rodzaju odrętwienia z rozkoszy. Po jego skórze ślizgają się długie, lodowate zęby tamtego. Jeszcze trochę i wbiją się do środka. Filip już czuje zbliżający się orgazm. Wypina swoją szyję, żeby kochanek już zaczął, już zaraz wzniósł jego ciało do szczytu rozkoszy.

Nagły wystrzał kończy wszystko. Obcy już nie liże Filipa po szyi. Zrywa się. Ucieka. Zamienia w nietoperza i wylatuje przez okno.

Filipa budzi zimny powiew wiatru. Okno jest otwarte.

 Dialog 2.

Miejsce: Poczekalnia u lekarza.
Filip stoi razem z wieloma innymi ludźmi. Nie dla wszystkich starczyło krzeseł. Dużo ludzi kaszle, kicha, krzywi się, narzeka lub tylko opowiada o swojej chorobie.

Filip w tym otoczeniu czuje się coraz gorzej. Już go boli nos i gardło. Robi mu się gorąco jakby miał gorączkę. Boli go głowa, żołądek i noga. To ostatnie z powodu siedzącego na przeciwko staruszka z laską.

Starsza pani obok: Nie wiem skąd te moje zawroty głowy?
Druga pani, też starsza: Była pani u neurologa?
Starsza pani: Właśnie przyszłam po skierowanie.
Druga pani: Znam taki przypadek. Moja sąsiadka niby zdrowa, pełna energii. Nikt by niczego nie podejrzewał i tu nagle zawroty głowy. Upadła w mieszkaniu. Uderzyła głową o tapczan i już nie żyje. Miała guz w mózgu. Podobno wielkości małej piłeczki.

Filipowi robi się słabo. Nogi się pod nim uginają. Mdleje.

Ludzie krzyczą: Doktora szybko. Pan zemdlał.
Pielęgniarki wzywają karetkę pogotowia, która nieprzytomnego Filipa zawozi do szpitala.

Dialog 3.

Miejsce: Sala szpitalna na 6 osób.
Na łóżku Filipa siedzi i trzyma go za rękę jego współlokatorka Łucja. Kobieta, która Filipowi zawdzięcza mieszkanie i która nigdy mu tego nie zapomni. Zawsze będzie wdzięczna, bo razem z własnym kątem do życia dostała dostęp do ukrytych własnych możliwości. Zyskała pewność i wiarę w siebie. Teraz próbuje część swojej energii przelać na Filipa. Jednak z nikłym rezultatem. Łucja podejrzewa, że jest to efekt tego, co się stało. Nowy wampir i kolega Angeliny i Augusto też wampirów zaatakował Filipa. 

Wprawdzie niezbyt mu się to udało, bo jakaś osoba z okna na przeciwko strzeliła do niego. Nie zdążył ugryźć Filipa. Jednak coś się zmieniło. Z jakiegoś powodu Filip przejmuje choroby innych. Nie może przebywać w otoczeniu chorych i czuć się dobrze. Łucja musi zabrać go ze szpitala.

Łucja: Rozmawiałam z lekarzem. Zgodził się na wypis na własne żądanie.
Filip ( słabym głosem ): Ale ja jestem chory.
Łucja ( wzdycha ): Nikt tego nie potwierdził.
Filip: To kwestia czasu.

Łucja: Chcesz tu być i wchłaniać narzekania innych osób? Chcesz czuć się jak one?
Filip: Przesadzasz. Ja nic nie wchłaniam. Ja sam się źle czuję.
Łucja: I wcale ci się tutaj nie poprawiło, raczej pogorszyło.
Filip: Co chcesz, choroba się rozwija.

Łucja: Mimo wszystko spróbuj w domu. Mam trochę czasu. Zaopiekuję się tobą.
Filip: Niepotrzebnie zawracasz sobie mną głowę. Jesteś młoda. Znajdź sobie kogoś, takiego zdrowego i silnego.
Łucja: Daj mi szansę, proszę. Chcę wyciągnąć cię z tej choroby. Mam wyrzuty sumienia, że wtedy zostawiłam cię samego.
Filip: Weź przestań.

Łucja ( ściska jego rękę ): Pozwól sobie pomóc, proszę.
Filip ( wzdycha ): Niech ci będzie, ale jak mi się w domu nie poprawi, wracam do szpitala, dobrze?
Łucja: Dobrze. Obiecuję, że nie wrócisz. 

Dialog 3.

Miejsce: Pusta ulica w nocy.
Filip stoi w bramie. Stoi i czeka na świeżą krew, którą wypije z czyjeś żyły. Jeszcze dokładnie nie wie jak to zrobi. Na wszelki wypadek wziął nóż z kuchni. Długi, mocny, dobrze naostrzony.

Myśl o krwi pojawiła się po północy. Obudziła go. Kazała mu wstać i ubrać się w rzeczy, które jakimś cudem zmieniły kolor z brązowego na czarny. Filip nawet tego nie zauważył. W jego głowie panowała tylko ta jedna myśl o uzdrawiającej mocy świeżej krwi.

Z dala słychać zbliżającą się kobietę. O chodnik stukają rytmicznie jej obcasy. Wreszcie się pojawia. Filip rzuca się na nią. Ona krzyczy. Dlatego musi zatkać jej usta swoją czarną chustą zdjętą z szyi. Potem jeszcze związać szalone rzucające się ciało.

Filip: Cicho. Zaraz będzie po wszystkim. Nawet nie poczujesz.

Kobieta coś mu tam odpowiada. Nieważne co. Krew jest ważniejsza. Filip pochyla się nad jej szyją. Coś mu mówi, że tak właśnie trzeba. W tym miejscu. Natrafia na żyłę. Gryzie ją łapczywie i wypija lecącą z rany krew. Zbyt mało. Dlatego poprawia nacięcie nożem. I od razu krew chlusta na niego strumieniami. Połyka ją jak smaczny koktajl. Czuje jak wraca mu siła i chęć do życia. Nawet nie zauważa śmierci swojej ofiary. Zaspakaja swój głód i wraca do domu. Nareszcie jest zdrowy. Energia aż w nim wibruje. Szczęśliwy Filip tańczy na ulicy.

Dialog 4.

Miejsce: Piwnica, w której mieszkają Angelina i Augusto, wampiry.

Angelina i Augusto siedzą na wiklinowych fotelach. Na podłodze siedzi Filip. Pozostali: Wiktor ich nowy kolega i współlokatorka Filipa zajmują miejsca na starych gimnastycznych materacach.

Jest noc, jedyna odpowiednia pora do rozmowy z wampirami. Łucja nie tylko przyszła do nich, poprosiła o radę w sprawie Filipa ale jeszcze przyniosła im dobrą krew ukradzioną ze szpitala. Oni teraz tę krew popijają. Sami bez Wiktora. Jego nie poczęstowali. Na niego są źli, bo psuje im reputację w okolicy swoimi wyczynami.

Łucja ( po raz kolejny zadaje to samo pytanie ): I co teraz?
Wiktor ( wzrusza ramionami ): A co ma być?
Łucja ( patrzy na niego ze złością ): Zaraz ci powiem co będzie. Powiem policji, że ty zabijasz nocą tych ludzi na ulicy.
Wiktor ( z pretensjami ): Ale to nie ja. Tylko on.

Pokazuje palcem winowajcę, choć nie musi. W tym gronie wszyscy wiedzą, kto stoi za okrutnymi zgonami. Z drugiej strony wiadomo też kto jest ich pośrednim sprawcą.

Angelina: Coś trzeba zrobić. On nie może psuć nam życia. Przez niego nas stąd wygonią wszystkich i ciebie też Wiktorze.
Wiktor: Jasne, jasne. Zawsze jestem wszystkiemu winny.
Augusto: Akurat w tym wypadku tak.
Wiktor: Przyznam się więc i mnie wsadzą do więzienia. Zadowoleni?
Łucja: Nic nie da. Filip nadal będzie zabijał. Trzeba zrobić coś co go odczaruje. Ja nie potrafię.
Wiktor ( z ironią ): Coś takiego. 

Filip ( ni z tego ni owego ): A mnie się nie zapytacie, co można zrobić?
Łucja ( zdziwiona ): Wiesz?
Filip: Wczoraj miałem taki sen.
Łucja ( z pretensjami ): Dopiero teraz mówisz?
Filip: Chcesz wiedzieć jaki sen czy nie?

Angelina: Gadaj jak masz gadać.
Filip: Przyśnił mi się Pan Los. On rządzi tym miejscem i tylko on może naprawić to, co się stało.
Łucja: Ciekawe. Kiedyś też o nim słyszałam.
Angelina: I ja.
Augusto: Ja nie. Chyba dlatego, że nic mi się nie śni.
Łucja: Właśnie to był tylko sen.

Angelina: Niekoniecznie.
Wiktor: Dobra. Do rzeczy jak go znajdziemy i co z Filipem do tego czasu?
Filip: Możecie mnie pilnować w nocy.
Angelina: Jakbyśmy nie mieli nic innego do roboty.
Augusto: Raz na cztery dni znajdziesz czas.
Angelina: Jak na cztery?
Augusto: Liczyć nie umiesz? Cztery osoby. Każda ma jedną noc do pilnowania.

Wiktor: Beze mnie.
Augusto: Jak to?
Wiktor: Ja wyruszę na poszukiwania Pana Losu.
Łucja: Nawet nie wiesz, czy istnieje. Jak będziesz go szukał?
Wiktor: Coś wymyślę.
Filip: Gadajcie sobie. Ja idę spać.
Łucja: Idę z tobą.
Filip: Po co? Nie sypiam z kobietami, które nie są moimi kochankami.
Łucja: Dowcipne. Dziś ja cię pilnuję.

Angelina: Ale, ale jeszcze nie zatwierdziliśmy pomysłu. Zaczniemy jak większość tutaj się zgodzi. Zróbmy głosowanie.
Augusto: Ok. Może być. Ja jestem za, bo co zrobić? Iść do wróżki?
Wiktor: Ja też za. Lepiej wróżek nie wtajemniczać. Bywają złośliwe.
Filip: I to bardzo. Coś o tym wiem. Też za. Nie chcę już zabijać, ale muszę coś pić. Potrzebuję świeżej krwi.
Wiktor ( z oburzeniem ): Nie przesadzaj. Nawet cię nie drasnąłem. 
Filip ( z pretensjami ): Ale polizałeś i to wystarczyło.
Wiktor: Niech ci będzie. Nie chce mi się kłócić. Ja w każdym razie pilnować cię w nocy nie będę. Idę się spakować i wyruszam na poszukiwania. Cześć.

Wiktor podnosi się i wychodzi. Teraz już jest pewne, że pilnować nikogo nie będzie. Wybiera wędrówkę w nieznane i przygody.

Angelina: On wie, gdzie iść?
Augusto: Nieważne. Możemy się z nim kontaktować przez komórki i podawać mu najnowsze informacje.
Angelina: Fakt. Ja mówię tak dla pomysłu. Pojutrze go pilnuje.

Wskazuje na Filipa, który coraz bardziej się kręci. Widać jak bardzo chciałby już wyjść, pewnie zapolować na nową krew prosto z żyły. Wcale nie obchodzi go, że przy okazji kogoś zabije. Na szczęście Łucja widzi jego poruszenie. Daje mu do wypicia krew, którą przyniosła.

Augusto ( z oburzeniem patrzy na Angelinę ): Ciekawe dlaczego pojutrze, a nie jutro. Co niby jutro będziesz robiła?
Angelina: Zajmę się polowaniem. Dostarczę nam i Filipowi pokarm. Nie chcesz?

Augusto ( do siebie ): Pierwszy raz słyszę, żeby ona się czymś zajmowała. Dotąd zawsze liczyła na mnie.
Augusto ( głośno ): Dobrze. Tylko, żebyś naprawdę coś przyniosła.
Angelina: Wątpisz?
Łucja: Nie kłóćcie się. Poznałam pewnego sanitariusza ze szpitala. On mi dostarczy krew. Jak widzicie potrafi.
Augusto: Nie możemy liczyć tylko na niego. Musimy działać razem.

Filip zrywa się nagle. Nim ktokolwiek zdąży zareagować, wybiega z piwnicy na zewnątrz. Angelina, Augusto, Łucja biegną za nim. Jednak nie mogą go dogonić. Po podwójnej dawce krwi ze szpitala Filip stał się szybki i silny. Jego pragnienie świeżej krwi nie zmniejszyło się lecz zwiększyło.

Angelina: I jak my go znajdziemy? 
Augusto: I jak sobie z nim damy radę?

Łucja nie wie, co powiedzieć.


P. S. Ja zapytam: co dalej? Chcecie wiedzieć? Pisać ciąg dalszy?





 

wtorek, 14 marca 2017

Upierdliwość.

Jakiś czas temu zostawiłam ją na stacji Upierdliwość. Tam doprowadziła ją jej główna cecha charakteru. Teraz ma szansę zmienić się i znaleźć się w lepszym miejscu. Czy skorzysta z tej szansy? Czy raczej odnajdzie się w miejscu, do którego trafiła?

Obraz M.C. Escher,a

Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Ilona - szefowa sekty Pozytywni, Joachim - członek sekty, chłopiec 12 lat; Nikodem - zawiadowca i strażnik stacji Upierdliwość; Bogusław - wyznawca Jedynej Prawdziwej Wiedzy.

Dialog 1.

Miejsce: Dworzec miasta Upierdliwość. Kształty i barwy rozmazane przez mgłę. 

Ilona wyrzucona przez pasażerów pociągu do Sensbezsensu z trudem łapie równowagę. W ślad za nią wyskakuje Joachim, członek jej sekty Pozytywni. Tak jak ona cały ubrany na pomarańczowo. Poza tym wyjątkowo bystry, spostrzegawczy. On jeden z całej drużyny Pozytywni, grupy dzieci w wieku 8-12 lat zauważył, co się dzieje. Rozgniewany konduktor z pomocą innych ludzi wypchnął z pociągu jego ukochaną nauczycielkę. Pozostałe dzieci jadą dalej pociągiem. Jednak wkrótce się pojawią. To miejsce ich przyciągnie, jeśli nie wszystkich, to przynajmniej część. Za to Joachim znajdzie się gdzie indziej. Oczywiście jeszcze o tym nie wie.

Do Ilony i Joachima zbliża się zawiadowca stacji Nikodem. Ubrany w bladoniebieski mundur i czapkę z daszkiem z dumną miną jakby nikt inny poza nim nie rządził tym miejscem. Pan i władca dworca.

Nikodem ( zdecydowanym głosem właściciela ): Pójdziecie za mną.
Ilona ( zawsze ciekawa ): Po co?
Nikodem ( obrzuca ją zimnym spojrzeniem ): Nie pyta się tylko idzie.

Ilona, która zawsze buntuje się przeciwko władzy innej niż jej własna, już ma krzyknąć, że nie idzie, ale Joachim ciągnie ją za rękaw płaszcza.

Joachim: Lepiej chodźmy, proszę pani.

Jakimś cudem Ilona ulega sugestii Joachima i idzie razem z nim do budki strażnika wyglądającej jak małe szklane pudełko. Kolor nieokreślony jak wszystko na tej stacji.

Nikodem: Wpiszę was do księgi ewidencji ludności, a potem dam znaczki do przypięcia na ubranie i podam numery domów, w których zamieszkacie.

Ilona ( nie może się powstrzymać od protestu ): Po co?
Nikodem ( recytuje z pamięci ): Ustawa nr.20134 z Notesu Ustaw Prezydenta Miasta Upierdliwość Włodzimierza VIII.

Na Ilonie nie robi to żadnego wrażenia. Czuje jeszcze większe pragnienie sprzeciwu. Na szczęście obok stoi Joachim, który jej szepcze, by dała sobie spokój. Ten chłopiec ma na nią większy wpływ niż pozostali w pociągu członkowie drużyny, a przecież nigdy nie należał do jej ulubieńców. 

Nikodem ( pokazuje jej stary, żółty ze starości zeszyt ): Tu wpisze swoje imię nazwisko, imię i nazwisko chłopca i nazwę swojej partii.
Ilona ( zdziwiona ): Nie mam partii.
Nikodem: U nas ma. Wszyscy, którzy tu przybywają jakąś mają. To i ona ma.

Ilona ( sama do siebie ): Idiota. 
Joachim ( cicho ): Niech pani zachowa spokój, bo inaczej będziemy mieć kłopoty.

Ilona zaciska tylko pięści. Wpisuje swoje dane, dane chłopca i nazwę sekty do zeszytu-księgi. Zadowolony Nikodem zaciera ręce i wyciąga z szuflady dwie okrągłe zardzewiałe blaszki i każe im przypiąć do wierzchniego ubrania. Obie z napisem Upierdliwość.

Nikodem: Witam Was oficjalnie w naszym pięknym mieście Upierdliwość. Tu macie mapę, numer domu i wskazówki jak dotrzeć na miejsce.

Nikodem daje Ilonie starą, podartą mapę z niewyraźnymi napisami i kawałek papieru szarego podobnego do toaletowego z cyfrą 4.

Dialog 2.

Miejsce: Ulice miasta Upierdliwość. Jak przystało na nazwę są niezwykle poplątane, niewyraźne, błędnie oznaczone. Wszystkich swoim wyglądem, rozmieszczeniem doprowadzają do gniewu, smutku, złości. I właśnie dlatego są, jakie są. Miasto żywi się gniewem swoich mieszkańców i wszelkimi innymi negatywnymi energiami.

Ilona ( zła ): Jak ja mam się w tym połapać?
Joachim ( nadal spokojny ): A myśli pani, że oni się łapią?

Wskazuje nielicznych przechodniów też z nosami w mapach i kartkach papieru ze wskazówkami.

Ilona: Wiesz co robić?
Joachim: Wejść do dowolnego budynku i zająć jak jest wolny. Cyfr i tak nie widać. Kto się zorientuje, że jesteśmy w niewłaściwym?
Ilona: A nie wygonią nas?
Joachim ( znów ją ciągnie za rękę ): Chodźmy. Zobaczymy.

Dialog 3.

Miejsce: Niski prostokątny budynek z wieloma oknami. Przypomina trochę szkołę, trochę przedszkole i urząd.

Ilona i Joachim zajmują jedno z pomieszczeń, dużą salę podobną do tych, jakie znajdują się zwykle w szkołach. Oprócz kilku łóżek, szafy i małych stoliczków przy łóżkach wnętrze świeci pustką.

Ilona: Boję się, że ktoś tu jeszcze przyjdzie. Ta sala dla dwóch osób jest za duża.
Joachim: Nawet jeśli, to ktoś pasujący do nas.
Ilona: Skąd pewność?
Joachim: Nie wiem. Tak czuję.
Ilona ( do siebie ): Szkoda, że ja nic nie czuję.

Powietrze rzeczywiście nie wyróżnia się żadnym zapachem. Wydaje się, że zostało przez kogoś pozbawione zapachu. Brak tu indywidualności, osobowości. Panuje nijakość. Kolory niejasne i kształty też jakby spowite mgłą, jakby nie do końca ukształtowane i dlatego nie mogą się w pełni odsłonić.

Jedynie spokój Joachima nadaje pomieszczeniu ogólnych rysów i wrażenia bezpieczeństwa.

Po pewnym czasie do sali wchodzi Bogusław wyznawca Jedynej Prawdziwej Wiedzy, z wykształcenia matematyk, dawniej nauczyciel.

Bogusław: Dzień dobry. Jestem doktor habilitowany, wkrótce profesor Bogusław Wiedzący.
Joachim: Dzień dobry panu.

Ilona nie odpowiada. Rzuca tylko pełne nienawiści spojrzenia w stronę nowego lokatora. Nigdy nie lubiła nauczycieli, zwłaszcza tych od matematyki. Wyjątek stanowili plastycy uczący, jej zdaniem, jedynej pożytecznej wiedzy.

Bogusław: Piękna pani, czemu się pani nie odzywa? Z wielką chęcią poznałbym pani imię.

Ilona ( do siebie ): A ja z wielką chęcią pana bym zabiła.

Rzuca mężczyźnie mordercze spojrzenie. I nagle nie on, ale Joachim pada w kałuży krwi, która nie wiadomo skąd się wzięła. Przerażona Ilona pochyla się nad nim razem z przerażonym Bogusławem.

Ilona: Joachim, co się dzieje? Co ci się stało?
Bogusław: Puls nie wyczuwalny. Nie żyje.
Ilona: Jak to?  Jak to? Niemożliwe. Pan go zabił. 
Bogusław: Jak? Czym?
Ilona: Nie wiem. Jakąś swoją matematyczną bronią.
Bogusław: Matematyczną bronią?! Czy pani wie, co gada?!
Ilona: Matematykom się nie wierzy. Są jak te psy, wściekłe, zawsze złe.

Bogusław ( do siebie ): Idiotka.

Do sali wchodzą nieznane osoby z noszami. Kładą Joachima na noszach. Przykrywają prześcieradłem i wynoszą. Ilona biegnie za nimi.

Ilona: Gdzie go zabieracie?
Jeden z nich: To pani krewny?
Ilona: Nie, ale...
Jeden z nich: Udzielamy odpowiedzi tylko krewnym osoby zmarłej. Innym nie.

Ilona próbuje zatarasować im drogę. Bezskutecznie. Są od niej silniejsi. I szybko się poruszają. Jeszcze chwila i giną we mgle.

Ilona szlocha jakby zabrali jej własne dziecko. Bogusław podaje jej swoją chusteczkę.

Bogusław: Przenieśli go na pewno do innego miejsca. Tutaj nie pasował i dlatego musiał odejść.
Ilona: Jak to przenieśli? Mówili, że nie żyje.
Bogusław: W tym miejscu rzeczywiście nie żyje, a w innym ożyje.
Ilona ( podnosi się z klęczek dość gwałtownie ): To ja się też przeniosę. Tutaj bez niego nie mam co robić.
Bogusław: Niech pani nie przesadza. Z tym pasowaniem to nie taka prosta sprawa. Zrobi pani sobie tylko krzywdę.
Ilona ( oburzona ): Zaraz to ja panu zrobię krzywdę.

Do nieszczęścia nie dochodzi dzięki dzieciom w pomarańczowych strojach, które wbiegają do sali z krzykiem.

Dzieci: Nasza pani, nasza pani.
Ilona ( zdziwiona ): A wy skąd się tu wzięliście, przecież zostaliście w pociągu.

Janek, jeden z chłopców lat 10: Pan konduktor pokazał nam takie drzwi.
Basia, dziewczynka lat 9: I my weszliśmy i już zaraz byliśmy tu.

Bogusław: To się nazywa przeniesienie jednostkowe i zamiana miejsc. Chłopiec z pewnością trafił na ich miejsce.
Ilona: W takim razie jest w pociągu do tego miejsca, do którego wszyscy jechaliśmy zanim mnie wyrzucili. Dzieci idziemy na dworzec.

Bogusław: Głupie. Wasze miejsce jest tu. Nie tam. Zresztą idźcie. Wieczorem przyniosą was na noszach martwych. Ożyjecie i cała polka zacznie się od nowa.
Ilona: Skąd pan wie?
Bogusław: Ja też uciekałem kilka razy. Chciałem być razem z żoną w mieście Równania. Niestety miasto mnie odrzuciło. Muszę widocznie siedzieć tutaj z takimi jak wy, nie obraźcie się, kolorystycznymi oszołomami.
Ilona: No, nie. Teraz to już pana zabiję. Nikt mi nie przeszkodzi.
Bogusław: A niech pani zabije. Może się pani uda i znajdę się tam.

Ilona rzuca się na niego, lecz coś ją pcha do tyłu. Myśli, że to jakieś dziecko uczepiło się jej i ciągnie ją w sobie tylko znanym kierunku. Myli się to nie dziecko lecz gęstniejąca mgła nabierająca kształtów jakiegoś wielkiego stworzenia. Ilona przerażona zatrzymuje się. Cofa się. Próbuje uciec. W końcu zakrywa głowę rękami. Zamyka oczy. I wtedy wreszcie mgła odchodzi, ale pojawia się potwór. Olbrzymi pomarańczowy dinozaur. Otwiera paszczę. Pochyla się nad Iloną i połyka ją w całości. Potem jakby nigdy nic znika.

Dzieci ( krzyczą ): Nasza pani, nasza pani. Co się z nią stało?

P. S.  Cóż sama chciałabym wiedzieć. A Wy, moi drodzy czytelnicy chcecie dalszego ciągu tej historii?









 







 



 

wtorek, 7 marca 2017

Wybór.

Zawsze miała problem z podejmowaniem decyzji. Tych ważnych i mniej ważnych. Teraz przed nią naprawdę ważna jakby życie, los, jakkolwiek to nazwać, chciało ją szybko nauczyć sztuki wyboru.

Co zrobi? Przerobi lekcje? Pójdzie właściwą drogą? Czy może zostanie na drugi rok w tej samej klasie życia? O kogo chodzi? I o jaką decyzję? 

Zdjęcie Sylvie Blum.

Radomiła.

Telefon zadzwonił w najmniej odpowiedniej chwili jak to często bywa z telefonami. Radomiła właśnie się pakowała. Krążyła ze swoimi ubraniami i książkami między jedną szafą i drugą w asyście niemych, srogich spojrzeń matki, ciotki i babki, z którymi dotąd mieszkała. A teraz, o zgrozo, wyprowadzała się do jakiegoś nieznanego im faceta. Wszystkie zdążyły już powiedzieć, co o tym myślą.

- Rozum postradałaś - matka tonem pełnym goryczy.
- Jak szybko się wynosi, tak szybko wróci z powrotem - ciotka z ironią w głosie.
- A co to za chłopak? - babka jak zwykle ciekawa.

Radomiła każdą zbyła milczeniem. Zbierała rzeczy do podróżnej walizki na kółkach jakby nikogo poza nią nie było w domu.

Rozumiała ich gorycz. Przyzwyczaiły się do niej przez te dziesięć lat odkąd straciła pracę i mieszkanie. Ona do nich też trochę, ale przecież nie samym przyzwyczajeniem człowiek żyje i na pewno nie ona, Radomiła. Ona żyła miłością do Kazimierza przez wiele lat. Miłością nieosiągalną, nieszczęśliwą dopóki los się do niej nie uśmiechnął. Żona Kazimierza odeszła od niego. I teraz wreszcie mogli być razem.

Telefon zburzył porządek, który już się układał w głowie Radomiły. Zburzył jej pewność co do podjętej decyzji, ponieważ po drugiej stronie odezwał się głos Teo, miłość Radomiły z sanatorium.

Eugenia i Stanisława.

Siedzą jak zwykle przy herbacie i ciastkach. Tym razem u Stanisławy. Obie od czasu do czasu zerkają przez okno, zwłaszcza wtedy, gdy kończy im się jakiś wątek rozmowy. Obgadały już prawie całą okolicę. Na szczęście przed blok podjeżdża taksówka. Z klatki wychodzi z dwiema dużymi walizkami Radomiła, a za nią jej matka Zdzisia, ciotka Leokadia i babka Czesia. 

- A ta gdzie się wybiera? - zastanawia się Stanisława.
- Wyprowadza się do kochanka - odpowiada Eugenia.
- Widziałaś go? 
- Nie. 
- To skąd wiesz?

Eugenia mierzy Stanisławę zimnym spojrzeniem. Dlaczego ona taka ciekawska - myśli jakby sama pozbawiona była wszelkiej ciekawości.

- Słyszałam kiedyś jej rozmowę. Stąd wiem.
- Aha.

Radomiła.

Mimo telefonu od Teo, Radomiła nie zrezygnowała z przeprowadzki do Kazimierza, co nie znaczy, że zrezygnowała z Teo. Chce się z nim spotkać. Zobaczyć jak na nią działa. Jednak przede wszystkim powiedzieć mu, że to koniec, przeniosła się do swojej dawnej miłości. Chce pożegnać się z nim w sposób kulturalny, nie taki byle jaki przez telefon. Czy jednak naprawdę zdaje sobie sprawę z burzy w swoim sercu, przecież tego i tamtego kocha? Każdego inaczej, na swój własny sposób. Dlatego decyzja o wybraniu jednego z nich jawi się jej jak katastrofa. Potop, porażenie prądem, porwanie, gwałt, a jednocześnie coś większego, groźniejszego, nienazwanego.

Pod wycieraczką znalazła zostawiony tam dla niej klucz i weszła do domu Kazimierza. Dużego, przestronnego podobnie jak dom Teo. Ich oboje łączą pieniądze, możliwości i wielka przestrzeń.

Radomiła zostawiła swoje rzeczy w przedpokoju jakby za chwilę czekała ją następna przeprowadzka do Teo. W taksówce już do niego zadzwoniła, że tak, że się z nim spotka. Teraz, gdy Kazimierza jeszcze nie ma z powodu jego pracy, pojedzie do tego drugiego.

Eugenia i Stanisława

- Wyjdę na klatkę. Zaproszę je do nas. Co ty na to?

Ciekawość Stanisławy przekracza wszelkie możliwe granice. Po tym jak ich młoda sąsiadka wsiadła do taksówki, pędzi do jej bliskich, żeby tylko coś z nich wyciągnąć. Oczywiście więcej informacji na temat tajemniczego odjazdu ich krewnej.

Oburzające - myśli Eugenia, ale nie powstrzymuje Stanisławy. Tłumaczy sobie, że przecież nie jest u siebie w domu. Nie może się tu szarogęsić. Naprawdę sama też chętnie posłucha opowieści sąsiadek.

Radomiła

Od razu bez zbędnych słów lądują na wąskim łóżku hotelowym.

- Ale się za tobą stęskniłem - wyznaje Teo - kocham cię.
- Ja ciebie też - mówi Radomiła i wcale nie kłamie. Teraz kocha tylko jego.

W błyskawicznym tempie zrzucają z siebie ubrania. 

Teo podkłada pod jej pośladki poduszkę i koc. Pochyla się nad jej spragnionym pieszczot ciałem. Przesuwa językiem po jej udach i dociera do jej łechtaczki. Liże ją tak intensywnie, że Radomile aż kręci się w głowie z rozkoszy. Łapie go za włosy. Jęczy. Wygina się do tyłu. Och, wydaje się jakby nigdy dotąd nie czuła tak intensywnej przyjemności.

Od czasu ich ostatniego seksu Teo zmienił się na lepsze. 

Wchodzi w nią dopiero wtedy, gdy ona szczytuje. Swoimi ruchami w niej zwiększa jej ekstazę. Radomiła ściska go mocno nogami i waginą. Jest w niej i na niej, a potem ona na nim.

Oboje wznoszą się w górę swojego podniecenia. Jeszcze mocniej, jeszcze bardziej. Radomiłę przeszywa dreszcz jeden za drugim. Teo wylewa w nią strumienie własnej przyjemności.

Zmęczeni padają na łóżko.

Eugenia i Stanisława.

Rodzina Radomiły nie dała się wciągnąć przez Stanisławę do mieszkania. Może i napiłyby się herbaty, zjadły ciastka, ale na pewno nie w towarzystwie dwóch największych plotkar w bloku.

- Ale ten czas leci. Muszę iść.

Eugenia z trudem ukrywa swoje rozczarowanie i złość na Stanisławę. Że też musiała zaraz zaczepiać sąsiadki. Nie mogła z tym trochę poczekać - myśli Eugenia, układając usta w dzióbek i muskając wargami powietrze przy policzkach Stanisławy.

- Dziękuję za herbatę i ciastka. Następnym razem ja cię zaproszę - mówi, jednocześnie życząc sobie w duchu, żeby nie było następnego razu.

Stanisława też zła na reakcję bliskich Radomiły z ulgą zamyka drzwi za koleżanką.

Radomiła.

Do domu Kazimierza wróciła wieczorem. Teo obiecała, że przyjedzie do niego, gdy ułoży sobie wszystkie sprawy. Naprawdę nie wiedziała, czy to nastąpi. Tam z nim wydawało się, że tak.

Teraz nie miała już tej pewności. Zamęt w głowie zwiększał się, gdy próbowała podjąć decyzję. Teo czy Kazimierz? Nowa miłość czy stara? 


I dlaczego w ogóle spotkała się z Teo, a nawet jeśli już to zrobiła, dlaczego nie powiedziała mu, że jest ktoś jeszcze. Dlaczego?

Czuła, że pytania zaciskają się na jej szyi. Konieczność odpowiedzi i wyboru ją paraliżowała.

A może by przenieść się na jakiś czas do Róży? Najlepszej przyjaciółki jeszcze z czasów dzieciństwa.

Radomiła wiedziała, że Róża ostatnio przeprowadziła się do nowego większego mieszkania, więc może znajdzie się w nim jakiś wolny kąt dla niej. 

Tak właśnie zrobi, jeśli Róża się zgodzi.

Zgodziła się.


P. S.  Co z tego wynikło? Jak zareagował Kazimierz? I czy w końcu Radomiła zdecyduje się z kim chce być? Odpowiedzi na pewno się pojawią w kolejnym odcinku.