wtorek, 5 czerwca 2018

Trzeci.

Ach te moje bohaterki. Często wymykają się spod mojej kontroli. Panoszą się. Wywołują konfuzję. Czym i dlaczego? 


Eugenia i Stanisława.

Gdy żar leje się z nieba, obie uciekają z domu do swojego ulubionego miejsca. Na ławkę pod blokiem w cieniu rosnącego obok drzewa. Łapią oddechy świeżego powietrza, no powiedzmy w miarę świeżego, bo wiadomo jak jest w dużym mieście. Obserwują sąsiadów. I plotkują bez końca.

- Gorąc straszny - narzeka Stanisława.
- A widziałaś Karola? - uśmiecha się Eugenia.
- Nie, co  z nim? - ciekawi się Stanisława.
- Nic. Tylko chodzi w kurtce zapiętej pod samą szyję i z postawionym kołnierzem.
- W ten upał?!
- Tak. Zapytałam grzecznie, czy ma problemy z krążeniem, a on do mnie, żebym się odczepiła.
- Coś ty! Cham jeden!
- Chyba już mnie nie lubi - Eugenia wzdycha jakby zapomniała, że nie tak dawno Karol i jego lubienie bardzo jej przeszkadzało.
- E, tam. Widzę jak zerka na ciebie - protestuje Stanisława. - I z Klementyną nie chciał się umówić.
- Słyszałam. No, ale ona do kościoła go ciągnęła zamiast z nim iść...

Eugenia się waha, bo niby gdzie jeszcze można pójść z Karolem lub z Klementyną. Ona w  czarno-brązowym kostiumie wyglądającym i pachnącym jak szata pokutna. On w spranej dżinsowej kurtce jak robot bez czucia. Nawet do kościoła za bardzo się nie nadają.
- Masz rację - potakuje Stanisława, domyślając się, o co chodzi Eugenii. - Po tym jak Zygmunt naszą Klemcię zostawił,  strasznie się zaniedbała.
- Ciekawe, co z tym Zygmuntem.

Eugenia nie doczekuje się odpowiedzi, bo na horyzoncie pojawia się Radomiła, która wysiada z obcego samochodu. Czyjego samochodu? I kto jest za kierownicą? Facet nie wygląda jak Kazimierz ani jak Teo. Czy to nowy kochanek? Pytania piętrzą się w głowach obu kobiet, podczas gdy usta same im się otwierają z ciekawości.

Radomiła

Po wyjeździe Teo Radomiła czuła się jak rozbita szklanka. Próbowała skleić się w ramionach Kazimierza, ale jakoś bez skutku. Myśli o Teo wracały. Dlaczego tak się zdenerwował, gdy mu powiedziała, że musi się zastanowić nad jego propozycją ślubu? W końcu przecież nie wspomniała nic o Kazimierzu, z którym dzieliła mieszkanie i łóżko. Chciała jedynie ... Właśnie czego chciała? Odwlec w czasie rozmowę na poważny temat? Pokochać się z nim i potem odesłać do domu jak zabawkę? 

Radomiła wzdychała. - Nie tak, nie tak - myślała. - A jak? Żebym ja to wiedziała. Nikt mnie nie nauczył, co zrobić, gdy kocha się dwóch facetów na raz. Nawet nie pomyślałam, że zwyczajna przygoda z Teo nad morzem  zakończy się miłością. 

Na początku Teo nie był kimś szczególnym. Dopiero później nabrał znaczenia. Stanął jak kołek między nią a Kazimierzem. Może gdyby nie przyjechał, życie Radomiły potoczyłoby się innym torem. Równym bez dziur wahania z kim zostać. Kogo wybrać
gdy chciałoby się spędzać czas z jednym i drugim. Miesiąc z tym. Miesiąc z tamtym.

- Niemożliwe, niemożliwe - Radomiła mówiła sama do siebie.
- Co niemożliwe kochanie? - zapytał Kazimierz.
- E, nic takiego. Tylko moja koleżanka rozstała się z narzeczonym.
- I co nie możesz uwierzyć, że się rozstała?
- Jeszcze nie. Może jak pogadamy, uwierzę.

Trzeci.

Dwa dni później Radomiła wylądowała w łóżku trzeciego. Tak go nazwała w swoich myślach, żeby nie daj boże i on nie stał się kimś ważnym, żeby się nie przyzwyczaiła, żeby seks nie urósł i nie stał się miłością, jedynie chwilą przyjemności niczym więcej. Ekstazy, która wymaże wszelkie myśli o Teo i pozwoli wrócić do Kazimierza. Dlaczego z obcym, nie z Kazimierzem? Bo z Kazimierzem już się starała i nic z tego nie wyszło.

Trzeciego poznała w barze hotelu, w którym spotykała się z Teo. Poszła sobie posiedzieć. Jednak już gdy wchodziła, czuła, że na siedzeniu się nie skończy. Jakimś szóstym zmysłem dotykała bliskiej przyszłości najeżonej seksem. I jak zwykle się nie myliła.

Do jej stolika podszedł młody mężczyzna z czupryną jasnych kręconych włosów i piegami na zadartym do góry nosem. Postać jak z komiksu dla szybko zakochujących się nastolatek. W dodatku kolejny ładny facet, którego spotyka Radomiła.

- Mam na imię Patryk. Podobasz mi się - powiedział tonem zdobywcy.
- Ty mnie też - równie pewnie odparła Radomiła.
- To chodź. Szkoda czasu.

Zaprowadził ją na górę do jednego z wielu anonimowych pokoi. Wcześniej całował ją w windzie. Palcami badał wnętrze jej waginy, aż stała się całkiem mokra. Może dlatego, że nigdy dotąd nie uprawiała seksu z nieznajomym.

Uczucia jak ruchy ciała zalewały ją falami. Ciemność, jasność, ciemność. Dotyk śliskiego prześcieradła. Trochę później szorstkiej ściany, do której przyciskały ją uda Patryka. Żar jakby wokół paliły się atomy. Nigdy czegoś takiego nie czuła. Pulsowanie obejmujące całe ciało. Ból i rozkosz. Przerwa. Patryk wpycha się w jej odbyt jednocześnie masując łechtaczkę. Radomiła krzyczy z ekstazy. On dalej się w nią wpycha. 

Android, młody bóg czy bohater Marvela? Jak inaczej wytłumaczyć siłę, z którą prze wciąż do przodu? Całkiem nie czuje zmęczenia. Gdy w końcu eksploduje, Radomile wydaje się, że pęka niebo. Nadchodzi upragniona pustka. Wreszcie żadna myśl o Teo się nie przebija.

Uprawiają seks jeszcze i jeszcze. Radomiła traci poczucie czasu. Za każdym razem pustka się powiększa. Ciało odżywa. Serce pozbywa się ciężaru.

Radomiła wraca do domu szczęśliwa. Tyle, że... Szczegół. Trzeci zapisał się na jej komórce, a ona na jego.

- Jakbyś jeszcze chciała - powiedział - trochę seksu bez zobowiązań.


P.S. Niestety albo stety, wybór do Was należy, to mój ostatni tekst przed wakacjami. Pojawię we wrześniu. Wcześniej będę pisać na fb. na stronie Lubisłowa oraz w grupie U Lubisłowy.
Poczekacie? Nie zapomnicie o mnie?


 

 

wtorek, 29 maja 2018

Letnia wiosna.

Panuje już od kwietnia. Słońce mocno grzeje i wydaje się, że tuż za rogiem czają się wakacje. Współczuję wszystkim, którzy muszą siedzieć w murach szkolnych i uczyć się wszystkiego bez względu na to, czy naprawdę się przyda, czy nie. Poza tym zanurzam umysł w zieleni i patrzę na myśli letnio-wiosenne.


Twarze

Niewidoczne, ale obecne.
Patrzą surowym wzrokiem
na obcych.
Nocą z drzew wychodzą.
Śpiewają pieśń o świecie nie jedynym
i jego korzeniach licznych,
gałęziach sięgających nieba.
Mroczne jego podziemie.
Kręcone piwniczne schody.
Studnie-źródła olbrzymie.
Każdej coś strzeże.
I smok, który świat chce zniszczyć.
Nadstawiam ucha,
a wtedy twarze milkną.
Rano mgła je rozwiewa. 




 Pan Rower

Na progu jawy
Pan Rower pali fajkę,
a w sercu budzik czas odmierza.
Powieki zbyt ciężkie,
bym mogła zobaczyć coś jeszcze.
Młynek do kawy rzeczywistość nakręca.
Sen zmięty jak sukienka.
Pan Rower jej pilnuje.
Biurko pod nim stęka
z nadmiaru słów z podręcznika wyjętych.
Oddycham.
Skupiam się, żeby wyjść z sennego majaczenia.
Rzecz, co powinna być martwa 
morduje mnie swoim dymem.


Na dłoni

Dla ciebie trzymam całe osiedle.
Może to docenisz.
Kilka razy powiesz mi kocham.
Potem rozbierzesz.
Przytulisz nagie ciało.
Ogrzejesz.
Do głowy mi wsuniesz pełne żaru wspomnienie.
Serce nakręcisz na miłość.
Odjedziesz z osiedlem w kieszeni.


Zielony i czerwony.

Na granicy łąki i lasu
między ciałem, a duszą
poznali się,
pokochali,
pokłócili,
rozstali.
Dwa kolory rozpaczy
zazieleniły się,
poczerwieniały,
stworzyły jedno ciało tęsknoty, bólu.


Klucz

Odkryłeś klucz do wszystkich stanów 
mojej świadomości.
Chodzisz dumny,
radosny.
Co chwila kręcisz w zamku.
Zamykasz, otwierasz.
Wprowadzasz zamęt,
własne chaotyczne myśli.
Szukam obrońcy,
kogoś, kto przerobi tę dziurę w mojej głowie.
Zajrzysz i zobaczysz pustkę.
Przeze mnie zwariujesz.



 Kiedyś w przyszłości.

Gdy wyczerpie się nadmiar mądrości,
Gdy nauka zastąpi wiedzę,
już się nie pocałujemy.
Nie usiądziemy w parku przy drzewie.
Nie pójdziemy do lasu.
Zapomnimy o wszystkim w śnie
wirtualnym z przeszłości.




P. S. I tak wyrzuciłam z worka umysłu wszystkie swoje myśli. Teraz czekam na Wasze myśli i wrażenia.




 


 








 

wtorek, 22 maja 2018

Ścieżki pająków.

Śledziła wzrokiem kroczącego po lustrze pająka. Skąd on się tam wziął? Wleciał przez okno naprzeciwko? Niezauważony pokonał cały pokój aż do lustra? Jakimi ścieżkami szedł i gdzie sobie poszedł, gdy nagle zniknął?


Eugenia i Stanisława.

Pogoda nagle się zepsuła i obie panie z ławki przed blokiem musiały się przenieść do domu. Tutaj jak zwykle jedna drugą częstowała herbatą, ciastem lub wyciągniętymi z szuflady ciastkami. Może nie pierwszej świeżości, ale przy gorących tematach nabierały niepowtarzalnego smaku.

Dziś Eugenia żaliła się na swój nieprzemyślany zakup.

- Mówię ci tak mi w głowie zakręcili na tym pokazie, że sama nie wiem kiedy i jak te garnki kupiłam.
- Solidne są. Przydadzą ci się.
- Tyle garnków na co?
- No, w jednym ugotujesz zupę, w drugim kapustę, w trzecim ziemniaki, w czwartym...
- I zastawię sobie całą kuchnię?!
- Ale będziesz miała obiad.
- Na cały tydzień?!

Rozmowa zmierzała donikąd. Stanisława wzdychała. Eugenia rzucała na nią pełne złości spojrzenia. Ciastka jednej i drugiej z trudem przechodziły przez gardło. Atmosfera stawała się coraz bardziej gęsta.

- Nie możesz ich oddać? -  przerwała ciężką ciszę Stanisława.
- Mogę - mruknęła Eugenia. - Tyle, że muszę je zawieźć z powrotem do sklepu.
- Pojadę z tobą.
- Byłabyś taka dobra? - ucieszyła się Eugenia, a Stanisławie kamień spadł z serca.

Florentyna.

Od czasu kolejnego zniknięcia Zygmunta walczyła z mnożącymi się w głowie pytaniami. Jak i gdzie się podział? Dlaczego? Co się stało? A może Zygmunta nigdy tu nie było? Może jej się przyśnił? Może siedzi u siebie albo u Klementyny? Może, może bez końca.

Floretyna próbowała czytać, spać, jeść, chodzić po osiedlu, oglądać książki w księgarni, ale żadne z zajęć nie pochłonęło pytań. Myśli o Zygmuncie wciąż się czaiły w zakamarkach głowy. Wyskakiwały znienacka. Nie pozwalały na niczym się skupić, nawet na ukochanych książkach.

Zdarzało się, że wzrok nagle zaczynał wędrować w dziwne miejsca, przeważnie do lustra. Jakby tu właśnie zaginął Zygmunt jak bohaterka powieści, którą pisała Florentyna. Pisała, czas przeszły, bo teraz nic już nie potrafi napisać. Nawet nie może spojrzeć w stronę laptopa, żeby sobie nie przypomnieć jak wystukiwała swoją opowieść, gdy tymczasem... Właśnie, co tymczasem? Co się stało z Zygmuntem?

Oczy Florentyny zatrzymały się na maszerującym po lustrze pająku. Ogarnęło ją dziwne przeczucie, że śledząc ruch pająka dotrze do odpowiedzi na wszystkie pytania. Dlatego patrzyła uważnie, raczej starała się. Jednak w pewnym momencie, coś musiało ją oderwać od obserwacji, bo jak wytłumaczyć, że pająk znikł jakby rozwiał się w powietrzu. A może ( znów może ) był jedynie złudzeniem jak Zygmunt.

-  Dość, dość - Florentyna chwyciła stojącą na stole szklankę i pewnie by ją rzuciła w lustro, gdyby nie napis, który pojawił się znikąd.

Szukaj Pawuka - przeczytała Florentyna. - Ale kim on jest? I gdzie?

Ścieżki pająków.

Zwyczajni ludzie ich nie znają. Nie wiedzą, że wśród pająków istnieją takie, które przechodzą przez różne światy i w dodatku przenoszą ludzi w inne miejsca i w inne ciała.  

Jeden z nich właśnie przeszedł przez lustro na oczach Florentyny. Gdyby wzięła go w rękę, przeprowadziłby ją. Zobaczyłaby pokój podobny do tego, w którym stała i patrzyła na pająka.

Trzydziestoletni mężczyzna siedzi przy stole i pije piwo. Ręce mu się trzęsą jakby często spędzał czas z piwem w ręku. Naprawdę rzadko mu się to zdarza. Przeważnie goni dzień i noc, pracując w firmie z meblami. Rzadkie wolne chwile spędza na siłowni, przed telewizorem lub z narzeczoną Alicją.

- Alicja - myśli mężczyzna - dlaczego jej imię zgrzyta mi w zębach, zwłaszcza od ostatnich kilku dni? Czyżbym poznał kogoś w czasie podróży służbowej? Dlaczego tego nie pamiętam? Nic nie pamiętam. Wyjechałem. Wróciłem, ale skąd, dokąd? Kogo spotkałem? Kobietę, która chętnie rozchyla nogi w przeciwieństwie do na wskroś katolickiej i tradycyjnej Alicji? I dlaczego sam sobie wydaje się obcy?

Z głębi lustra odzywa się głos:

- Efekt przejścia Mariuszu-Zygmuncie.

Do pogrążonego w smutku Mariusza nic nie dociera.

Eugenia i Stanisława.

Minęło kilka dni od ich ostatniego spotkania i wspólnej podróży do sklepu z garnkami. 

- Wydaje mi się, że widziałam syna Zygmunta - oznajmia Eugenia Stanisławie. 
- Syn Zygmunta? Ciekawe, pewnie zniknął z jego powodu. A mówiłaś Florentynie?
- Nawet mi o niej nie wspominaj. Uważa, że jestem moherową wariatką.
- Powiedziała ci tak?
- Nie. Wystarczyło mi jej spojrzenie, żeby się domyślić, co chce powiedzieć.
- Ona teraz na wszystkich patrzy spode łba. Jakbyś jej go pokazała...
- Jeszcze czego. Nic jej nie będę pokazywać. Sama kiedyś zobaczy. W ogóle nie będę się do niej odzywać ani na nią patrzeć.

Eugenia omal nie wylała herbaty ze złości na Florentynę. Widząc to Stanisława skurczyła się w sobie. Bardzo chciała wiedzieć gdzie Eugenia spotkała syna Zygmunta i jak ten syn wygląda, ale bała się odezwać. 

Florentyna.

Po co jej to powiedziała. Paskudne babsko. Wścibska, stara plotkara. Zaczepiła Florentynę, gdy ta wracała ze swojego zwykłego spaceru po osiedlu.

- Czy pani wie, że widziałam syna Zygmunta?
- ...
- Od razu go poznałam. Bardzo podobny do ojca. Chciałam podejść, ale on się odwrócił i uciekł jakby też mnie rozpoznał i nie chciał ze mną rozmawiać. Chociaż, nie rozumiem, przecież nigdy wcześniej mnie nie widział, ani ja jego...
- Właśnie, pomyliła się pani. Nie pierwszy raz zresztą.

Florentyna odwróciła się szybko, zbyt szybko, bo jednak powinna jeszcze zapytać, gdzie się ów syn objawił. Gdzie ujrzała go Eugenia? Jak wyglądał? Co robił? Tyle zmarnowanych pytań. Pytań, których pewnie nigdy już nie zada, bo sąsiadka odeszła obrażona. Mogłaby oczywiście z powrotem wkupić się w jej łaski. Upiec ciasto zaprosić Eugenię razem z koleżanką, ale...

Florentyna czuła, że nie ma na to wszystko siły. Bezwolnie opadła na łóżko. Odpocznie chwilę. Poukłada myśli. Później zabierze się za obiad. Poczyta. Zapomni.

Zakryła głowę kołdrą. Nie widziała patrzącego na nią przez lustro mężczyzny z siwą brodą.



P.S. Co to za facet? Kim jest Pawuk? Czy Zygmunt wróci do Florentyny? Na razie pytania bez odpowiedzi. 



     







 

wtorek, 15 maja 2018

Cień dziadka.

W ostatniej opowieści o mnie i Lubisłowie pojawił się buntownik. On lub ona albo jedno i drugie przeciwny zagładzie świata, w którym się znalazłyśmy. Zagładzie, w której brałyśmy udział. Wyciągnął z kieszeni pistolet i mierząc w moje czoło nacisnął spust. Co się potem stało?

Wcześniej.

Dawno, dawno temu, zanim ja i Lubisłowa pojawiłyśmy się na świecie, żyli sobie babcia i dziadek. Rodzice mojej mamy i cioci. Bardzo się kochali. Nigdy nie narzekali. W ogóle cud, miód i puder. Szkoda tylko, że ich szczęście nie trwało wiecznie. Dzień się skończył. Nastała pięcioletnia noc. Czas panowania złego czarodzieja, który swą zachłannością objął cały świat. Ludzi zamienił w wilko-roboty. Bezduszne istoty znacznie gorsze od prawdziwych wilków i późniejszych robotów.

Dziadek jak wszyscy inni młodzi mężczyźni wyruszył na wojnę z czarodziejem. Jednak zanim dotarł na miejsce czyli tam gdzie czekali na niego koledzy żołnierze, ktoś coś pomieszał i dziadek się zawieruszył. 

Najpierw nikt nic nie wiedział albo myślał, jeśli nie ma go tu, jest gdzie indziej, wyjaśni się po walce z wrogiem, gdy wygramy i nastanie pokój.

Tyle, że nic nigdy się nie wyjaśniło. Dziadek zaginął razem ze swoim ciałem oraz cieniem. 

Nigdy go nie poznałyśmy ani ja ani Lubisłowa. Patrzyłyśmy tylko czasem na jego stare zdjęcie. Wzdychałyśmy jak za każdą bliską osobą, w dodatku nieznaną, tajemniczą, pewnie lepszą niż znajoma, zwyczajna babcia. Gdzie on się podział? I dlaczego? I jak? I po co?

Cień.

Wreszcie doczekałyśmy się odpowiedzi. Wreszcie się pojawił, ale zacznijmy od początku, od wystrzału.

Zamknęłam oczy. Chwyciłam rękę Lubisłowy jak koło ratunkowe. Czekałam. Pistolet chyba nie wypalił, bo nic się nie działo. Żadnego huku, bólu rozrywanego ciała i... Sama nie wiem czego jeszcze, co towarzyszy umierającym. 

Porażająca uszy cisza. Powoli otwieram oczy, oczekując pośmiertnych efektów specjalnych. Bez skutku. Jedynie cień między mną, Lubisłową i dziwakiem z pistoletem. W zasadzie już bez pistoletu. Pistolet leży parę metrów dalej. On go rzucił? Wiatr mu zabrał czy coś innego? Chyba coś innego, coś w co wpatruje się nasz niedoszły zabójca, coś wyłaniające się z cienia.

Młody wysoki mężczyzna w garniturze jak od ślubu, który odbył się dwadzieścia lat temu. Pachnie naftaliną. Poza tym wokół przybysza znikąd unosi się ciężka jak kamień woń wody toaletowej.

- Uciekajmy - szepcze Lubisłowa. - On jest niebezpieczny.
- Dlaczego? - chcę zapytać, ale nagle facet wyciąga broń i zabija buntownika.

Stoję jak zamurowana. Lubisłowa podobnie, a morderca jak gdyby nigdy nic z uśmiechem odwraca się w naszą stronę. Widok jego twarzy jeszcze bardziej mnie paraliżuje. 

- Niemożliwe - mówię do Lubisłowy - taki sam jak na zdjęciu, więc ..
- Dziadek - krzyczy radośnie Lubisłowa i biegnie do nieznajomego.

On jednak nie podziela jej entuzjazmu, wręcz przeciwnie. Marszczy czoło. Patrzy na nas jak na idiotki. 

- Czy ja wyglądam na dziadka, co? - pyta lodowatym głosem.
- Teraz nie, ale kiedyś... - próbuje tłumaczyć Lubisłowa.
- A może teraz odstrzelę ci głowę?

Kimkolwiek jest, był, będzie, nie żartuje. Przykłada broń do oka. Ja i Lubisłowa znów zamykamy oczy. Chwila ciągnie się w nieskończoność, dopóki on jej nie przerywa wybuchem śmiechu.

- Dobra, najpierw pójdziemy na wzgórze, potem sie zobaczy. No, baby ruszać się żywo.

Idziemy więc: ja, Lubisłowa i dziadek-niedziadek na majaczące w oddali wzgórze. Jeszcze zielone, ale wiem, że jak dojdziemy stanie się brązowe. Rozpadną się ostatnie elementy tego świata. Ponury cień dziadka kroczy tuż za nami.



P. S. Wybaczcie, jakoś krótko mi wyszło i nic się nie wyjaśniło, a jeszcze bardziej zagmatwało. Czyżby dziadek nie chciał, żebym o nim pisała? A może to wcale nie jest dziadek?

Część poprzednia - Zagłada.














wtorek, 8 maja 2018

Całość i połowa.

Dziś wracam do opowieści o Marianie.
Nagle się pojawił i nagle zniknął, a z nim mój spokój. Całość, w której istniałam. Pozostała połowa albo jeszcze mniejsza część. Życie straciło smak. Sama siebie próbuję przekonać, że nie warto myśleć o Marianie. Jednak nie potrafię. Pytania wciąż wracają. Co z nim? Czy kiedyś dokończy swoją opowieść?

 
Wąż.

Polana w lesie. Leżę i prażę się w słońcu. Tonę w błogości chwili. Przepełnia mnie pewność, że stanowię ważną część całości. Wszystko wokół razem ze mną znajduje się we właściwym czasie i miejscu. Zło nie istnieje. Cienie nigdzie się nie tworzą. Raj, najlepsza z najlepszych krain. Jeszcze trochę, a zobaczę Adama i Ewę i... Nie chcę kończyć myśli, ale ona kończy się sama.

Słyszę szmer. Szelest gniecionej trawy. Coś powoli się zbliża. Pełznie w trawie. Wiem, że gdy się pojawi, całość się rozpadnie. Zginie wraz z uczuciem pełni. Nic już nie będzie takie samo. Kurtyna ciemności zasłoni szczęście.

Chcę uciec, ale nie mogę. Patrzę więc na wyłaniającego się z zieleni tęczowego węża. Próbuje krzyknąć lecz głos tak jak ruch utknął gdzieś w moim ciele. Wąż pełznie dalej. Wspina się  po nogach, biodrach, piersiach do szyi. Wokół niej się zakręca. Dusi mnie swoim splotem.

Budzę się zlana potem. Z trudem łapię powietrze. Zegar pokazuje czwartą rano. Mimo to wstaję, bo wiem, że już nie zasnę.

Spotkanie.

Zobaczyłam ją w autobusie, gdy wracałam z pracy do domu. Jedno spojrzenie mi wystarczyło, żeby się domyślić kim jest. Kobietą, która się przyśniła Marianowi, która próbowała mu pomóc.

Stoi kilka kroków dalej. Patrzy na mnie kamienną twarzą. Tylko oczy się jej poruszają. Szare ze światłem nie wiadomo skąd i dlaczego. Gapiąc się w nie, gubię rzeczywistość. Przejeżdżam swój przystanek. Chcę do niej podejść, zagadać. Powiedzieć cokolwiek. Gdy się zbliżam ona się oddala. Wysiada, a ja za nią. Idzie szybko przed siebie. Bezskutecznie próbuję ją dogonić.

W pewnym momencie skręca w bramę kamienicy. Też skręcam, chociaż nie lubię kamienic, starych rozpadających się domów, zwłaszcza wieczorem. Robią się wówczas mroczne i głębokie jak studnie, do których wejdziesz, ale czy wyjdziesz?

Podwórko oświetla blask płynący z pomalowanego na pomarańczowo pubu. Ona do niego wchodzi, ja za nią.

- Czemu mnie śledzisz? - mówi, gdy siadam obok niej przy barze.
- Znasz Mariana? - pytam.
- Jakiego Mariana?
- Nie udawaj wiesz jakiego.
- A kim ty jesteś, żeby pytać o niego?
- A ty kim?
- Lepiej, żebyś sobie poszła, bo jak nie...

Odwraca się. Palcem pokazuje mi obraz wiszący na ścianie naprzeciwko. Niemożliwe, przedstawia polanę z mojego snu, mnie i węża, który mnie dusił.

- Jak to? -dziwię się.
- Oni cię załatwią - nieznajoma wskazuje palcem siedzących przy stolikach. 
Ubrani na czarno starsi mężczyźni grają. Przed sobą mają jakieś kolorowe plansze i pionki.

- Ty mnie obronisz - stwierdzam.
- Nie łudź się. Jeszcze teraz możesz wyjść, ale za chwilę będzie już za późno. Dobrze ci radzę.
- Nie ruszę się póki mi nie powiesz, gdzie jest Marian?

Brak odpowiedzi. Nagle zapada cisza. Kroki zbliżającego się mężczyzny brzmią w niej jak głuche uderzenia. 


 

P. S. I co dalej? Nie wiem. Nieznajomy zatkał mi usta i zakrył oczy. Kiedy je odzyskam, napiszę na pewno. Póki co nadal jestem połową, nie całością.




 




wtorek, 1 maja 2018

Pani Majowa Kupa.

Nie jedna z Was i nie jeden zdziwi się tym tytułem. Co takiego? O co chodzi? Dobrze przeczytałam/em? 
Dobrze. A chodzi o... Inaczej. Tytuł wymyśliłam, patrząc na stertę swoich książek. Kiedy ja tę kupę przeczytam? I co potem z tym zrobię? Rozdam ludziom podobnie jak rozdaję myśli, które ciągle zbierają się w mojej głowie. Tych myśli jest naprawdę wielka kupa. A jaka, piękna czy brzydka albo nijaka lub w sam raz? Sami oceńcie


W maju
myśli we mnie rozkwitają
roztrzepane,
dzikie,
oswojone,
uczesane.
Jedna drugą popycha kolorem.
Krzyczy, że ona niepowtarzalna,
ważna, godna zapisania.
Zatykam uszy.
Oczy zamykam.
Żadna nie ustępuje.
Wreszcie je upycham
stertą do szafy.
Dogorywają 
w mozaikowej kupie.

Autor: Yung Cheng Lin.

Podarowaną przez ciebie
różą przecięłam szyję.
Gdy mnie odwiedzisz
krwią cię poczęstuję.
Będziesz mógł wtedy powiedzieć,
jesteś moja.
Ja tymczasem schowam się w szafie.
Zabierzesz krew, różę, szyję.
Iluzję posiadania.

Autor: Yung Cheng Lin.

Pochłonięta
przez zieleń
rękami badam przestrzeń.
- Spójrz.
- Tutaj jestem.
- Chwyć mnie za ręce.
- Wyciągnij - krzyczę.
Nie słyszysz.
Odchodzisz.
W samotności staję się kupą chwastów.

Autor: Yung Cheng Lin.

Ramy
narysowałam sobie na plecach.
Wiem już, co mogę, a czego nie mogę
otworzyć.
Jak mówić, żeby nic nie powiedzieć.
Jak patrzeć, żeby usłyszeć.
Jak słyszeć, żeby zobaczyć.
Wyglądam przez ramy
jak przez okno.
Inaczej czuję.
Tylko chmury na niebie płyną tak samo.
One nie znają ograniczeń.

Zdjęcie z filmu Fraglesy.
Pani Majowa Kupa
budzi się w maju o świcie
w stroju zrobionym z grillowanych śmieci.
Przez różowe okulary
krzywi się,
patrząc na ludzi
jak pchają do brzuchów wciąż nowe
i większe kawały tłustych świńskich zadów.
Wokół roznosi się aromat czadu.

Autor Yung Cheng Lin.

 Małe serce
wymienię na duże.
Pierś martwą na żywą.
Myśli blade na jaskrawe.
Nie chcesz?
Więc serce małe zabiję.


P. S. A na zewnątrz lato. Może żar sprawia, że myślę tak, nie inaczej. Ciekawa jestem jakie są Wasze sterty myśli?








wtorek, 24 kwietnia 2018

Różowy wytrych.

Leży przy drzwiach w pokoju-więzieniu Filipa. Czy to kolejna iluzja magicznego guzika? Filip patrzy i nie wie, wierzyć, nie wierzyć, spać dalej, a może podejść bliżej? Wziąć do ręki, poczuć ciężar metalu? Przekręcić w zamku? 


Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Filip - nie do końca wampir, Wiktor - na pewno wampir, Zenona - kobieta z piękną twarzą i brudną duszą, Bezimienny - bratosiostra Zenony lub siostrobrat zależy z jakiej patrzysz strony. 

Dialog 1.

Miejsce: Magiczny guzik i jego okolice.

Przez umysł Filipa przepływają myśli. Słyszymy je jak pogłos studni. Chociaż równie dobrze mogą docierać z innego pustego miejsca.

Filip: Nie wierzę. Już nie. Po domu Pana Losu mam prawo nie wierzyć. Nie chcę. Zobaczę tylko jaki jest w dotyku. Potrzymam przez chwilę. W końcu to do niczego nie zobowiązuje, a jeśli tak? Jeśli będę musiał zaraz potem coś zrobić? Coś konkretnego. Czy uda mi się uciec z powrotem do łóżka? Uciec w sen? Ech, ciągle śpię. I po co? Tracę tu jedynie czas. Nawet, jeśli dotyk tego czegoś zmusi mnie do działania, warto. Z samej ciekawości. Nawet dla kolejnej iluzji. Dzięki niej zadzieje się coś innego. A może? Może jednak się wyrwę? Może tym razem ktoś naprawdę podrzucił mi wytrych? Ktoś z bardzo dziwnym gustem. Kobieta? Chyba tak. Tylko one lubią różowy kolor. I jeszcze geje. Więc, kto, kobieta czy gej? 

Myśli Filipa przerywa dochodzący za drzwi szum. Jakby wiatr przesłał mu wiadomość przez szczelinę. Ciekawe, czy Guzik wie, że w jego domu istnieją szczeliny. W każdym razie obok różowego wytrychu pojawia się złożona na pół kartka. Wiadomość? Ciekawość popycha Filipa, by sprawdzić.

Kartka okazuje się listem-informacją od nieznanej Zenony. Filip czyta na głos: ,,Kochany, ty mnie nie znasz, ale ja ciebie doskonale. Obserwuję odkąd stałeś się więźniem tego paskudnego czarodzieja. Myślę o tobie. Szukam sposobów jak cię stamtąd wydostać. Wreszcie dzisiaj zrobiłam ten wytrych. Przekręć go w drzwiach. Wyjdź do mnie. Czekam z niecierpliwością, Zenona,,.

Filip ( znów myśli ): Coś takiego. Kim ona jest? Pewnie jakąś paskudną czarownicą. Kolejną, która zabierze mnie nie wiadomo, gdzie i po co. Zostać? Zignorować? Wyrzucić wytrych do kosza? Czy jednak zaryzykować i przejść?

Szybko wygrywa druga opcja. Filip pochyla się. Bierze wytrych, kawałek różowego drutu. Przekręca w drzwiach. Wychodzi na wolność. 

Pierwsze wrażenie: oślepiające światło. Drugie: pole zieleni i kwiaty. Forsycje uderzające swoją żółtą barwą równie mocno jak słońce. Tulipany czerwone, żółte i niebieskie. Wielkie zielone paprocie i jakieś inne nieznane błyszczące turkusem rośliny.

Dopiero po chwili, gdy oczy Filipa przyzwyczajają się do światła, dostrzega stojącą między paprociami młodą kobietę. Wygląda jak jeszcze jeden kwiat, chociaż jej włosy i sukienka wcale nie są kolorowe. Proste, zwyczajne, popielate i biała letnia suknia.

Filip ( mówi do siebie ): Piękna fatamorgana.
Zenona ( oburza się ): Nie jestem złudzeniem.
Filip ( znów do siebie ): Jeśli to ty Guziku, to ci się udało. 

Zenona uderza Filipa w twarz. 

Filip: Ałł, dlaczego? Wcale nie musisz być taka doskonała?
Zenona: Nadal nie wierzysz, że istnieję?
Filip ( osłania się przed kolejnym ewentualnym ciosem ): Wierzę. Naprawdę. Nie musisz mnie bić.
Zenona: Chodź ze mną.
Filip: Gdzie?
Zenona: Zobaczysz.

Zenona się odwraca i idzie. Filip chwilę się waha, zanim zaczyna iść za nią.

Dialog 2.

Miejsce: Nadal okolice guzikowego więzienia, ale z innej strony i o innej porze.

Noc. Na niebie świeci okrągły księżyc i gwiazdy. W powietrzu rozchodzi się woń kwitnących kwiatów: werbeny, kocimiętki, maciejki i jeszcze czegoś, co sprawia, że Wiktor zaczyna się oblizywać. Gdzieś w pobliżu polała się świeża, smaczna krew, której dawno już nie smakował. Krew-wspomnienie z dzieciństwa, czasów wspaniałych posiłków. Tutaj nigdy dotąd nie trafił na woń, smak, który przyprawiałby całe ciało o dreszcze.

Z krzaków naprzeciwko wyłania się człowiek w zielonym kapeluszu, wąskich zielonych spodniach, długiej koszuli w tym samym kolorze i butach martensach. Wiktor od razu zauważa, że nieznajomy nie pachnie. Trudno rozpoznać jego płeć. Równie dobrze może być kobietą jak i mężczyzną.


Gdy podchodzi bliżej, Wiktor widzi, że jedną stronę twarzy pokrywa męski zarost, a z drugiej patrzy na niego gładka kobieca skóra i pomalowane na czarno oko.

Bezimienny ( głos dobywa się z żeńskiej części twarzy ): Wiktor?
Wiktor ( zaskoczony ): Tak.
Bezimienny: Idziemy. 
Wiktor ( nie rusza się ): Zaraz, zaraz, gdzie?
Bezimienny: Za zapachem.
Wiktor ( nadal nie ufa obcemu ): Nie znam cię.
Bezimienny ( głos od strony męskiej ): A chcesz poznać?
Wiktor ( boi się po raz pierwszy od dawna ): Nie.
Bezimienny ( nadal męską stroną ): To się ruszaj.

Przechodzą przez fioletowe krzaki na długą, wąską ścieżkę. W tle słychać myśli Wiktora.

Wiktor: Kim on jest? On czy ona? Czego ode mnie chce? Ten zapach. Nie mogę się skupić. Już nie wiem, kim jestem? Po co żyję? Dlaczego chodzę z tą dziwną istotą po lesie? Kogoś szukam, ale kogo? 

Im ścieżka staje się szersza, im mniej drzew, a więcej trawy, słowa w głowie Wiktora rozkładają się na części. Tracą znaczenie i dla nas i dla niego.

Dialog 3.

Miejsce: Dom Zenony i Bezimiennego na Zielonej Pustyni.

Z zewnątrz wygląda jak nora kreta. Gdyby nie Zenona, Filip niczego by nie zauważył. Ot, jeszcze jedna dziura w ziemi. Dopiero z bliskiej odległości widać, że nie taka zwykła. Nie malutki otworek, przez który przechodzi małe stworzonko. Nie, to olbrzymi lej w ziemi. Kręta ścieżka prowadząca nie wiadomo jak głęboko. Powiększa się wraz z malejącym dystansem.

Filip się zatrzymuje. Nie chce iść dalej.

Zenona: Co z tobą? Boisz się?
Filip: Nie lubię studni.
Zenona: A czy to wygląda jak studnia?
Filip: Tak.
Zenona: W takim razie zamknij oczy.
Filip: Nie.
Zenona: Dobrze. Zrobimy inaczej.

Podchodzi do Filipa i dotyka palcem jego skroni jakby chciała go zabić niewidzialnym pistoletem. Przez ciało Filipa przechodzi prąd. Zabija w nim niezależność. Niszczy połączenie z mózgiem. 

Zenona ( zadowolona ): Teraz naprawdę jesteś mój.
Filip ( chciałby coś powiedzieć, ale żadne słowa nie wychodzą na powierzchnię bez pozwolenia Zenony, tylko myśli ): Zabiję cię.

Z innej strony i w innym czasie do leja zbliżają się Bezimienny i Wiktor. W przeciwieństwie do Filipa Wiktor się nie zatrzymuje. Nie potrafi oprzeć się ponętnej woni świeżej, smacznej krwi. Wydaje się, że tam na dole czeka na niego śnieżnobiała dziewica. Mityczne upragnione trofeum.

Podziemnym tunelem docierają wreszcie do wysokiej budowli podobnej do bloku mieszkalnego. 

Autor: Jacek Yerka.


Wiktor: Tutaj mieszkasz?

Bezimienny ( śmieje się i odzywa dwugłosem damsko-męskim ): I tysiące śnieżnobiałych dziewic.
Wiktor ( nic nie mówi, ale myśli ): Zabiję cię.

Przed wejściem do budynku wita ich żółto-czerwona papuga siedząca w powieszonej na lampie klatce.

Papuga ( patrzy na Bezimiennego ): Cześć Aldo, cześć Fina, cześć nieznajomy.
Wiktor ( do Bezimiennego ): Jesteś Aldo i Fina?
Bezimienny ( złym męskim głosem ): Nie.
Papuga: Ono nazywa siebie Bezimiennym.
Bezimienny ( uderza w klatkę ): Zamknij się.
Papuga: Bo co? Zrobisz ze mnie rosół zamiast z kury? I tak odżyję. Tu nic nie umiera.
Bezimienny ( znów uderz w klatkę ): Najpierw ci wszystkie pióra wyrwę.

Papuga chce jeszcze coś powiedzieć, ale Bezimienny nie czeka.  Wchodzi do budynku. Wiktora popycha do przodu unoszący się nadal w powietrzu zapach krwi.

Wnętrze przypomina zwyczajną klatkę schodową w wieżowcu. Bezimienny naciska guzik windy. Po chwili drzwi się otwierają. Wiktor i Beziminny wchodzą do środka. Gaśnie światło. Winda wznosi się do góry.

Dialog 4.

Miejsce: Przestrzeń łącząca umysły.

Widzimy jedynie ciemność.

Filip: Gdzie jestem?
Wiktor: Znajomy głos. Kim jesteś?
Filip: A kto pyta?
Wiktor: Wiktor.
Filip: Znałem kiedyś takiego jednego. Polizał mnie, gdy spałem i zostałem wampirem.
Wiktor: To ja.
Filip ( zdziwiony ): Ty?
Wiktor: Ja ciebie zrobiłem wampirem, ale jak, jeśli nie zdążyłem ugryźć?
Filip: Gdzie my jesteśmy? Dlaczego nic nie widzę?
Wiktor: Ja też nic nie widzę.
Filip: Szedłeś za mną? Po co?
Wiktor: Teraz nie za tobą. Tylko za zapachem.
Filip: Jakim zapachem?
Wiktor: Nie czujesz?
Filip: Nie.
Wiktor: I taki z ciebie wampir.
Filip: Jaki?
Wiktor: Niedorobiony.
Filip: Masz szczęście, że cię nie widzę.
Wiktor: Zabiłbyś mnie, ale to niemożliwe.
Filip: Wiem. Jednak warto by było spróbować.
Wiktor: Uważaj. Ja też mogę spróbować.
Filip: Spróbuj.

Wiktor chce podejść bliżej Filipa. Chce go złapać. Pokazać mu, gdzie raki zimują. Filip czuje jego pragnienie równie dobrze jak słyszy myśli. Wyczuwa jeszcze coś. Gdzieś zaczyna brzęczeć żarówka. Zaraz zapali się światło. Nastąpi koniec. Zniknie przestrzeń łącząca jego umysł z umysłem Wiktora. Pojawi się Zenona i winda, którą unoszą się do góry gdzieś do miejsca kaźni.

Wiktor: Ciebie zabiją, a ja się najem. Zaraz, przecież twoja krew jest niesmaczna.
Filip: Skąd wiesz? Nie próbowałeś.
Wiktor: Ja nie. Ktoś próbował i dlatego wiem.
Filip: Nie rozumiem.
Wiktor: Coś mi tu nie pasuje. Jak się zapali światło, zaatakuj.
Filip: Nie mogę. Zenona odebrała mi kontrolę nad ciałem.
Wiktor ( cicho ): No, tak. Mogłem się domyślić.
Filip: Co?
Wiktor: Sam zaatakuję.
Filip: Zapach ci nie przeszkodzi?
Wiktor: Nie.

Światło się zapala. Przestrzeń łącząca umysły ustępuje miejsca szarej windzie. Wiktor zaciska nos palcem, by nie czuć zapachu. Chwilę później zagłębia zęby w szyi Bezimiennego.


P.S. Krwi jest tak dużo, że mnie zaślepia. Krzyk Bezimiennego ogłusza. Dlatego pozwólcie, że na razie się oddalę, a wrócę w bardziej stosownej chwili.
Komentarze z wrażeniami po lekturze mile widziane.

Część poprzednia: Wejście-wyjście-wejście
Wcześniejsza: W dzielnicy ślepców nie sprzedaje się luster.