wtorek, 12 grudnia 2017

Trup w taksówce.

Jakiś czas temu w jednej z grup związanych z pisaniem na facebooku pojawiło się zadanie dla blogerów czyli między innymi dla mnie. Zadanie autorstwa Justyny Karolak.

O co chodziło? O napisanie felietonu na temat taksówkarzy. Jacy oni są w moim mieście? Jak ja ich widzę? A jak ich widziała moja babcia? 

Zdjęcie Dariusza Gdesza.

Dla mojej babci przejazd taksówką był jak lot rakietą na księżyc. Tak samo nadzwyczajny, niezwykły. Babcia zwykle mawiała: z taksówki korzysta się w ostateczności. Wtedy gdy musisz jechać gdzieś szybko na przykład do szpitala. Gonienie taksówką autobusu lub pociągu nigdy nie przyszło jej do głowy. Również jazda na spotkanie z koleżanką lub, nie daj boże, kochankiem. Zresztą w czasach babci nie istniało wiele możliwości korzystania z tego typu pojazdu. Nikt wtedy nie mógł zamówić sobie taksówki z dowolnego miejsca, posługując się komórką. Jedynie przez telefon stacjonarny. A babcia nie miała telefonu. Straszne, prawda? I jak trudno sobie teraz coś takiego wyobrazić. Życie bez telefonu. W dodatku życie prawie bez taksówki. Prawie, bo jednak się zdarzały wyjątki i jednocześnie taksówkowe przygody najpierw babci, a później moje.

Przygoda pierwsza.

Pierwsza, jaką pamiętam z udziałem babci. Jechałam razem z nią syreną albo warszawą. W każdym razie niezbyt nowym autem i jak się później okazało trochę się rozlatującym. Gdzie jechałyśmy? Dlaczego babcia złamała swoje zasady? Nie pamiętam. Byłam zbyt mała. Moja pamięć zbyt wybiórcza. Zupełnie jak wtedy, gdy wróciłam sama do domu spod sklepu ogrodnika w czasie wybierania przez babcię roślinek. Pamiętam, że wróciłam i że z tego powodu babcia bardzo się złościła, bo zostawiłam ją samą w tym sklepie. Ale zbaczam z tematu.
  
Początek lat 80. Siedzimy sobie z babcią na tylnym siedzeniu w taksówce. Kierowca markotny. Nie odzywa się. Jedziemy zadowolone z luksusu, jaki nas spotkał. Ja w każdym razie zadowolona, babcia chyba też trochę albo bardziej myśląca o miejscu i sprawie, którą musi załatwić. Dojeżdżamy i się zaczyna. Łapię za uchwyt służący do otwierania drzwi. ( Wybaczcie do dziś nie wiem jak się to cudactwo nazywało ). Uchwyt zostaje mi w ręce, ale drzwi nadal zamknięte. Pan kierowca jakby w tym momencie się nagle obudził. Zaczyna na nas bluzgać jadem. Każe babci płacić za szkodę, którą ja zrobiłam. Babcia się jakoś tłumaczy. W końcu dochodzą do kompromisu. Babcia coś mu daje znaczy się jakieś pieniądze, a może nic nie daje. Niestety końcówka też mi się gdzieś zgubiła.

- Psuj - nazwała taksówkarza babcia, gdy wreszcie wydostałyśmy się z taksówki.
- Dlaczego? - zapytałam ja, mała dziewczynka lat 5.
- Sam popsuł, a na ciebie winę zwala.
- Sam?
- Jak się tyle jeździ, to auto się psuje.
- Babciu, ale on przecież musi jeździć.
- Więc niech daje ten grat do przeglądu?
- Jaki grat? Jaki przegląd?
- Daj mi spokój. Od twoich pytań już mnie głowa boli.

Przygoda druga.

Tym razem świąteczna atmosfera. Sylwester. Po raz pierwszy jadę sama do koleżanki. Stoję w długaśnej kolejce. Końcówka lat 80. Owszem jest radio-taxi, ale nadal brak telefonu i nie każdy kierowca jedzie w określone miejsce. Taksówkarze nadal są panami nie ich klienci.

Myślę o tym, co mówiła babcia, żebym uważała i jechała zwyczajnie autobusem, ale żadnego nie widać na horyzoncie. Dlatego się skusiłam. Stoję z innymi na przystanku. Z innymi się niecierpliwię. Kiedy i kto podjedzie? Wreszcie pojawia się żółty fiat 126p. Wsiadam zadowolona. 

- Taka ładna i gdzie jedzie? - zagaja kierowca jakby adres mu nie wystarczył.
- Do koleżanki - odpowiadam.
- Nie boisz się sama? - ręka kierowcy zsuwa się na moje kolano, a ja zaczynam żałować, że usiadłam obok niego i w dodatku w zbyt krótkiej sukience.
- Nie bój się. Krzywdy ci nie zrobię - zapewnia kierowca.
- Chyba wolę jechać z tyłu - oświadczam, choć ręka wróciła na kierownicę.
- Po co? Z tyłu jest zimno.

W głosie słychać groźbę.
- Niech się pan zatrzyma - błagam. Na pewno nie zniosę po raz drugi jego ręki na kolanie.
- O co heca? Zaraz dojedziemy - śmieje się kierowca. Gdy ja tymczasem zgrzytam zębami prawie na granicy paniki. Przypominają mi się wszystkie opowieści babci o zgwałconych panienkach.
- Niech się pan zatrzyma - krzyczę.
- Dobra. Jak sobie chcesz histeryczko.

Kierowca zatrzymuje się. Ja wyskakuję w ciemność. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że nie mam torebki. Zostawiłam ją w taksówce. Dalszą drogę do koleżanki pokonuję na pieszo. Kierowcę nazywam natrętem.

Przygoda trzecia.

Znów jedziemy razem z babcią. Tym razem śpieszymy się na dworzec autobusowy. Przez całą drogę babcia marudzi, że się spóźnimy, bo za późno wstałam. Kierowca nic nie mówi. Jedzie. nie zwraca na nas uwagi. Skręca. Przed nami już widać budynek dworca. Stojące tu i tam autobusy. Wiem, że dalej za tym budynkiem są tory. Jeżdżą nimi pociągi. Jednak my musimy jechać autobusem do chorej cioci. Przy okazji babcia martwi się również o nią. Czy zdążymy ją zobaczyć przed śmiercią? Może zresztą akurat teraz o tym nie myśli. Tylko o autobusie. Wtedy się to dzieje. Kierowca nagle łapie się za serce. Zawał. Musimy wezwać pogotowie, a telefonu nigdzie nie widać, choć już lata 90. Na szczęście obok przejeżdża karetka. Jakby bóg zrzucił ją nam z nieba. Wszystko kończy się szczęśliwie. Wydaje się, że szczęśliwie, bo zdążyłyśmy na autobus. Co z kierowcą? Przeżył? Umarł? Nie wiemy. Jak go nazwać trupem, pechem, szczęściarzem, bo obok znalazła się karetka?

I tak dla babci kontakty z taksówkarzami były koniecznością. Czym jednak dla ostatniego taksówkarza okazał się kontakt z nami. Podróżą do nieba? Czy może jedynie pobytem w szpitalu? 


P. S. Podobało Wam się? Chcielibyście więcej takich tekstów?



  


 

wtorek, 5 grudnia 2017

Barwotonia.

Tym tekstem rozpoczynam nową serię opowiadań. O czym? O świecie alternatywnym. Trochę podobnym do naszego, ale tylko trochę. Najważniejsze miejsce zajmują w nim barwy i wiara w Wielką Barwę jakby odpowiednika naszego Boga. Jak uda Wam się doczytać do końca, podzielcie się Waszym spojrzeniem na przedstawiony świat. 


Prolog.

Dawno temu, kiedy jeszcze czas nie istniał, bo nic nie istniało, królowała w całej Barwotoni jedna barwa - Czarna. Dzięki niej nikt nic nie widział. Zresztą i tak nikogo nie było. Jedynie Czarna. Trochę się jej samej nudziło. Nawet nie trochę, ale bardzo. Dlatego jednego dnia, powiedzmy dnia, pomyślała stworzę sobie inne barwy, żeby się bawić, grać z nimi w gry, rozmawiać, uczyć się też przy okazji. Jak pomyślała tak zrobiła. A żeby było weselej, na samym początku powołała do życia barwę Białą. Z Białej wyłoniły się inne, a także: ziemia, woda, niebo, słońce, księżyc, gwiazdy,  rośliny, minerały, zwierzęta, ludzie itd. itp. Ci ostatni zaczęli wymyślać różne wersje początku i końca Barwotonii. Dlatego teraz ja, narrator nie wiem, czy podana przeze mnie powyżej historia jest prawdą. Może jedynie kolejnym kłamstwem.

Ciotka Gosława.

Mieszkała sama w jednym z wielu szarych wieżowców w dzielnicy Szarzyzna w mieście Szarość. Jednak sama nijak pasowała do szarości. W ogóle szarego nie lubiła. Dlatego sprowadzała z zagranicy kolorowe ubrania. Kolorowe czyli takie pozbawione szarego, czarnego i białego. Sąsiedzi kręcili nosem na jej dziwactwa. Stukali się w czoło za jej plecami. Wytykali palcami. I prawie zawsze głowili się nad tym skąd ona bierze pieniądze, bo jakoś nigdy nie widzieli jej, by szła do pracy albo wracała z pracy. Nie widzieli również jej bliskich. Czyżby dziwaczka nie posiadała rodziny? Liczne pytania bez odpowiedzi snuły się tu i tam. Gosława ich nie zauważała albo świetnie udawała, że nie zauważa.

Podobnie zachowywała się wobec rodziny odkąd skończyła 18 lat i mogła wyprowadzić się z domu, a mogła, bo dziadek przepisał jej cały majątek, a potem jeszcze jedna ciotka, wujek, babcia. Trochę się ich namnożyło. Dlatego część rodziny zaczęła się jej, Gosławy bać. Po kątach szeptano, że sprowadza śmierć. Wcześniej rzuca czar, który sprawia, że wszelkie dobra zmarłego przechodzą na nią. Dzięki temu nie musi pracować, przynajmniej w normalnym znaczeniu tego słowa czyli ciężko tyrać jak reszta jej krewnych. Gosława zwyczajnie sobie siedzi i pisze bajki dla dzieci. Głupie, niepoważne zajęcie zdaniem wielu poważnych, mądrych ludzi. Dziwaczka, wariatka, zła czarownica. 

A jednak... Pewnego dnia dostała zaproszenie na bardzo ważne rodzinne wydarzenie: jednię z Wielką Barwą ( komunia święta w naszym świecie ) swojego bratanka Barwomiła.

Barwomił.

Zadawał wiele niepotrzebnych pytań, wiecznych po co i dlaczego.
Z wiekiem mu ta głupota nie przechodziła. Dlatego ludzie raczej go nie lubili, rodzice też. Zbyt często jego pytania wykrzywiały im świat. Zbyt często się za niego wstydzili. 

- Dlaczego muszę iść do wielkiej jedni z Wielką Barwą? - wciąż powtarzał Barwomił.
- Och, dlaczego i dlaczego. Nie cieszysz się, że dostaniesz prezenty? - dziwiła się mama Barwomiła.
- Cieszyłbym się jakbym je dostał bez tej ceremonii. Prezenty z jej powodu nie są już takie zabawne.
- Lekcje odrobiłeś? - odzywał się jak zwykle tata.

W szkole Barwomił prześladował nauczycielkę religii. Podchodził do niej zwykle na przerwie i zadawał trudne pytania. Ze strachu przed nim, pani Bladolica chowała się za uczniami. Bez skutku i tak ją wypatrzył wcześniej lub później.

- Czy Wielka Barwa kocha nas bezwarunkowo? - zagadywał po raz kolejny.
- Oczywiście. Tyle już razy ci mówiłam - odpowiadała pani, szukając wzrokiem jakiegoś wybawienia od natrętnego Barwomiła.
- Nie - stwierdzał Barwomił. - Jakby kochała, nie kazałaby nam iść do jedni z Wielką Barwą.
- Już ci tłumaczyłam, że nie musisz i na religię też możesz nie chodzić.
- To niech pani jeszcze rodzicom wytłumaczy, dobrze?

Rodzicom nie dało się wytłumaczyć. Barwomił słusznie się domyślał, że dla nich jednia jest również okazją, by dostać kosztowne podarunki. Niby ich syn je dostaje, ale nie do końca. Oni jako rodzice, dorośli ludzie mogą zawsze je zabrać, schować, przerobić. Nie raz już ,,opiekowali się,, Barwomiła rzeczami. 
W efekcie ,,opieki,, dużo ich znikło. Gdzie na przykład podziała się forsa z okazji imienin, którą dostał od ciotki Gosławy? Czy dowie się tego kiedyś czy też nie?

Ostatniej nocy Barwomił podsłuchał rozmowę rodziców. Wreszcie się wydało, czego naprawdę po jego jedni oczekują. Oczywiście następnych pieniędzy ciotki Gosławy. 

Groźba nieznajomego.

Gosława wcale nie chciała iść na uroczystość. Nie wierzyła w jednię ani oblicze Wielkiej Barwy podane jak na tacy przez kościół barwny. ( Trzeba dodać, że barwny z nazwy, naprawdę straszył szarzyzną pomieszaną z trupią bielą ). Dla niej Wielka Barwa jeśli już istniała, przejawiała się w ukochanych przez Gosławę kolorach, tych samych, które raziły oczy sąsiadów i za które Gosława zyskała miano dziwaczki.

- Nie pójdę - postanowiła i podarła zaproszenie. ( Na szczęście koperty nie podarła, bo później miałaby problem ze znalezieniem adresu ).

Dlaczego Gosława zmieniła zdanie? Z powodu zgubionej chusty. Barwnego kawałka materiału, którym zwykle osłaniała swoją szyję przed nadmiernym mrozem lub upałem. Poza tym chusta przypominała jej dawną miłość, jednego z wielu byłych narzeczonych. Wielu, ponieważ  Gosława odznaczała się wyjątkową urodą i wciąż mimo swoich czterdziestu lat przyciągała wzrok mężczyzn. Niestety przy bliższym poznaniu powoli swój urok traciła jakby ciążyło na niej jakieś przekleństwo. Z żadnym z narzeczonych nie doczekała się ślubu. Zawsze coś im przeszkodziło, a to choroba w rodzinie przyszłego męża albo śmierć osoby bliskiej lub rzadziej zauroczenie inną kobietą.

Chustę dostała od najlepiej rokującego kandydata na męża. Bardzo ją lubiła. Zawsze starannie składała i chowała w szufladzie. Zawsze po otwarciu szuflady znajdowała ją leżącą na wierzchu. Jednak tego jednego dnia nie znalazła. Przeszukała szufladę, półki szafy, prawie wszystkie zakamarki mieszkania i nic. Chusta jakby wyparowała, a z nią dobry humor Gosławy. Przez cały dzień chodziła równie pochmurna jak pogoda za oknem, a po głowie krążyły jej myśli o chuście. Pytanie co się z chustą stało, wdarło się w Gosławę tak głęboko, że we śnie pojawiła się odpowiedź, choć niekoniecznie taka, jaką by chciała.

Przy łóżku wyrósł cień. Z niego po chwili wyłonił się mężczyzna. W mroku świeciła się jego blada twarz. Zamiast oczu wyzierały z niej dwie ciemne jamy. Patrzył nimi na Gosławę. Czuła wiszącą nad nim grozę. Powietrze gęstniało od strachu. Gosławę coś w środku sparaliżowało. 

- Jeśli, to sen, chcę się obudzić - pomyślała.

Nieznajomy się roześmiał.

- Nic z tego. Musisz mnie wysłuchać. Chcesz chyba odzyskać chustę, co?
- Tak - wyjąkała Gosława.
- Pójdziesz więc tam, gdzie iść nie chcesz.
- Czyli gdzie?
- Rusz głową.
- O, barwo, na jednię. Tylko nie to.
- Jak nie pójdziesz znikniesz. Zostaniesz wymazana razem z chustą.
- Co? Dlaczego?

Mężczyzna nie odpowiedział. Gosława obudziła się zlana potem strachu.

Przyjęcie.
  
W wyznaczonym dniu o wyznaczonej porze Gosława zjawiła się na przyjęciu. Tak na wszelki wypadek, bo przecież w żadne sny nie wierzyła.

Na początku nie działo się nic niezwykłego.Ludzie zgromadzeni w restauracji pochylali się nad talerzami. Jedli. Mówili z pełnymi ustami lub między jednym kęsem, a drugim.

Gosława po wręczeniu Barwomiłowi odpowiedniego prezentu usiadła obok dawno zapomnianej kuzynki. Miejsce przy sąsiednim stoliku zajęli rodzice Barwomiła. Od czasu do czasu uśmiechali się do Gosławy. Wiadomo, zadowoleni z pieniędzy, które Gosława teoretycznie dała bratankowi, praktycznie swojemu bratu i jego żonie.

Wokół wiało nudą i jednocześnie czymś nieodgadnionym, czymś, co za chwilę się wydarzy. Gosława czuła dziwne napięcie. Dziwne, bo nie wiadomo skąd i dlaczego. Ukradkiem spoglądała na zegarek. Kiedy to się skończy? Kiedy wreszcie wróci do domu?

Potem zobaczyła ono. Osobę, której płci nie potrafiła określić. Raz jej się wydawało kobietą, raz mężczyzną, a strój niczego nie mówił ani makijaż. Był niewidoczny. 

Ono stało przy ścianie obok drzwi do toalety. Ubrane w obowiązkowe w tym sezonie barwy czarno-białe patrzyło  na nią. W pewnym momencie wyciągnęło z czarnych spodni chustę, tę samą, która zginęła. Zaczęło nią wymachiwać przed oczami Gosławy.

Z dalszej części przyjęcia Gosława niewiele pamiętała jakby coś ją zamroczyło. Na pewno próbowała odebrać chustę. Ono jednak mocno ja trzymało. Gosława krzyczała, ale ono się nie wystraszyło. W dodatku nikt z gości nie ruszył się z miejsca. Jakby nikt niczego nie widział. Ono się śmiało. Powietrze zamigotało w oczach Gosławy. Upadła. Ogarnęła ją ciemność. Na chwilę trwającą wieczność objęła ją nicość. 

Gosława obudziła się w swoim łóżku. 


 P.S. Co się naprawdę stało z Gosławą na przyjęciu? Dlaczego znalazła się w łóżku? Czy to jej się śniło? Co z jej chustą? Dowiem się, jeśli chcecie, żebym się dowiedziała. Chcecie? Czy Was zainteresowała ta opowieść?








wtorek, 28 listopada 2017

Listopadowe sny.

Pamiętamy je zawsze, czasem, wcale niezależnie od miesiąca, pory roku. 
A może jednak zależność między jednym i drugim istnieje, ale my o tym nie wiemy, bo sny to obcy, nieznany obszar? W każdym razie już wiem, że ich zapisywanie, sprawia, że pojawiają się częściej. Zapamiętuje je i mogę zamienić na słowa. Jakie?


Leżę.
Nie mogę się poruszyć.
Jakbym zawisła między
górą i dołem
własnej wyobraźni.
Wokół tonie
cisza.
Ołów słów
niepotrzebnych,
zapomnianych,
niewymyślonych.
Wciąż próbuję
i nadal nie potrafię
uciec
gdzieś, gdzie ruch
istnieje.

Autor obrazu Vladimir Kush.
Wielka planeta
na niebie,
a może kometa.
Za chwilę zapali
wszystko wokół.
Spieszę
do windy.
Drzwi zamykam.
Uciekam.
Za mną inni.
Piętra
szybko migają.
Wysiadamy.
Tutaj panuje spokój.
Okrągły,
wytworny,
wysprzątany
błogostan gmachu.
Ludzie się spieszą.
Czasem przysiadają.
Widzę Nałkowską
jak zjeżdża windą na dół.
Gdzieś tam
zaczyna się wojna.
Czuję,
że nie odpocznę.
Zaraz wrócę
do końca świata.
Jednego z wielu
milionów kosmosów.

Obraz Rene Magritte.

Całujemy się
z zakrytymi głowami
jak skazańcy
przed śmiercią.
Znamy się?
Nie wiem
Może kiedyś
w poprzednim życiu?
Na próżno
próbuję
wytężyć pamięć.
Żaden obraz
do mnie nie dociera.
A teraz za późno,
żebyśmy się poznali.

Obraz Zdzisława Beksińskiego.

Wiem, że nie żyjesz.
A jednak przyszłaś
w odwiedziny.
Inni nieświadomi
patrzą na ciebie
serdecznym wzrokiem.
Ty za to
patrzysz na mnie.
Chcesz,
żebym powiedziała
ci prawdę.
Uwolniła od pajęczyny
strachu,
że życie mimo śmierci
trwa dalej.

Autor Josephine Wall.


Lecę.
Nikt mnie nie goni.
Jak ptak się unoszę.
Powietrze tętni
kolorem.
Motyle latają.
Ty obok pachniesz
latem.
Wszystko brzmi
lepiej niż na jawie.


Autorka Lubow Zubowa.

Czekam na ciebie
na granicy światów.
Niespokojna,
spragniona.
Wiem, że za chwilę
przyjdziesz.
Obejmiesz mnie.
Wejdziesz
w każdy szczegół
mojego ciała.
Razem wejdziemy
na górę
znanych nam
rozkoszy.
Szkoda, że się obudzę
zanim 
mnie pocałujesz.


 
P. S. Co sądzicie o moich słowach? Jakie są Wasze sny? Podzielcie się i słowami i snami lub słowami tylko lub snami tylko lub wrażeniami po lekturze.










wtorek, 21 listopada 2017

Ten, którego imienia nikt nie pamięta.

Żył sobie kiedyś na Ziemi pewien mędrzec. Niestety jego mądrość zaszkodziła jednej kobiecie. Dlatego w złości rzuciła na niego zaklęcie niepamięci. Od tej pory ludzie o nim szybko zapominali. On sam tylko dzięki magicznym jagodom sobie przypominał, ale nie wszystko. Jego imię nadal pozostało zakryte. Czy kiedyś się to zmieni?

Autor obrazu Leszek Kostuj

Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Ilona - szefowa sekty Pozytywni, Cierpisław - mędrzec, imię sobie sam wymyślił, ale trudne i ludzie wołają na niego Ten; Rysio - uczeń, lat 12; 
Ela - sąsiadka Ilony.

Dialog 1.

Miejsce: Góra jagodowa zwana też Górą Tego w Przestrzeni Obok.

Stoi jak wyrzut sumienia między szarymi blokami. Już nie raz próbowano ją zlikwidować i na jej miejscu postawić kolejne funkcjonalne domy wielorodzinne. Bez skutku. Ona zawsze odrastała. Zrzucała z siebie budowle i budowniczych. Wreszcie urząd miasta dał jej spokój. Pnie się wysoko, a na niej krzewy jagód magicznych. Niestety nie na każdego działają. Naprawdę działają jedynie na Cierpisława, inaczej Mędrca Tego. Dzięki nim wie, co i komu powiedzieć. Jednak jego mądre słowa bardzo przypominają zagadki słowne i nie do wszystkich dociera od razu ich mądrość.

Do góry zbliża się Ilona dawniej szefowa sekty Pozytywni, dziś zagubiona kobieta. Od sąsiadki dowiedziała się o mędrcu Ten. Może on jej pomoże się odnaleźć. Umówiła się z nim przy Górze jagodowej, jego ulubionym miejscu. Przy okazji Ilona chce zjeść trochę podobno magicznych jagód. Zresztą nie ona pierwsza, nie ostatnia. Po górze wędrują inni miłośnicy jagód: dzieci, babcie, mamy, żony swoich mężów, którzy czekają na nie w domu, samotni mężczyźni. Gdzieś wśród nich kręci się również mędrzec. Niski, niepozorny mężczyzna. Jedynie jego broda sięga swoją długością dalej niż inne brody. Ilona o tym wie i w grupie ludzi wypatruje siwej brody.

Mędrzec Ten: Witaj. 

Mędrzec podchodzi do Ilony z tyłu. Ona z zaskoczenia aż podskakuje. Patrzy na mędrca z ogłupiałym wyrazem twarzy i wytrzeszczonymi oczami.

Mędrzec Ten: Jak masz na imię?
Ilona ( po dłuższej chwili gapienia się ): Ilona.
Mędrzec Ten: Masz problem. Opowiedz mi o nim.
Ilona: Czuję, wiem, że nie należę do tego świata. Pamiętam jakieś głosy, które coś mi mówiły, ale co, nie wiem. I jeszcze jakieś cienie ludzi. Może z tego właściwego świata, w którym byłam.
Mędrzec Ten: Niedobrze.
Ilona: Nic nie da się zrobić.
Mędrzec Ten: Zawsze coś się da. Co dokładnie zobaczymy. Poczęstuj się proszę.

Mędrzec Ten częstuje Ilonę jagodami, które zebrał wcześniej do torebki foliowej z napisem Feluś market.

Ilona: Dziękuję.
Mędrzec Ten: Jagody ześlą sen. Co ci się przyśni jutro mi powiesz.
Ilona: I to wszystko?
Mędrzec Ten: Na razie tak. Chyba, że chcesz ze mną pospacerować wokół tej góry.
Ilona: Nie, muszę wracać do domu i obiad robić. Czy dzisiaj coś płacę?
Mędrzec Ten: Nie zbieram opłat za swoje rady. Nie wolno mi.
Ilona: W takim razie do widzenia.
Mędrzec Ten: Do widzenia.

Dialog 2. 

Miejsce: Szkoła podstawowa imienia Kleofasa Bystrzaka w Przestrzeni Obok.

Po zjedzeniu codziennej porcji jagód mędrzec Ten przypomina sobie o pełnionej w szkole funkcji woźnego. W pobliskich krzakach zdziera z siebie brodę i jasnoblond perukę z długich, prawie naturalnych włosów. Przebiera się w strój roboczy czyli uniform woźnego: jasnoniebieską marynarkę i koszulę oraz spodnie z bawełny również w tym samym kolorze. Dyrektor wymyślił ten strój dla swoich najniższych podwładnych. Nauczyciele noszą żółty, a uczniowie w zależności od klasy różne odcienie pomarańczowego. Sekretarka zielony. Inni pracownicy zależnie od dnia tygodnia: różowy, czarny, szary, brązowy, fioletowy. W podanej kolejności.

Woźny Cierpisław, tylko w szkole znany pod tym imieniem, wchodzi w ostatniej chwili przed dzwonkiem na lekcję. W samą porę, by zakończyć panujący hałas odpowiednim przyciskiem. Cierpisław dociera do miejsca z brzęczykiem i naciska go. W korytarzu na parterze i tym na piętrze rozlega się ostry gwizd dzwonka. Koniec przerwy. Początek czterdziestopięciominutowej ciszy.  Uczniowie rozbiegają się do klas. Cierpisław siada przy stoliku naprzeciwko drzwi wejściowych. W czajniku elektrycznym gotuje wodę na herbatę. Z torby na ramię, która podobnie jak strój czekała na niego w krzakach, wyjmuje kanapkę z szynką. Już chce ją ugryźć, gdy drzwi szkoły się otwierają i staje w nich spóźnialski uczeń Rysio. Mimo spóźnienia chłopiec człapie noga za nogą. Pierwsze kroki zamiast do szatni kieruje do woźnego.

Cierpisław: Czego chcesz?
Rysio: Nic. Tylko trochę odpocząć tu przy panu.
Cierpisław: Ciągle odpoczywasz. Może ty chory?
Rysio: Zdrowy, ale w naszej klasie bez odpoczynku nie da się rady.
Cierpisław: Dlaczego?
Rysio: Bo mamy lekcje z panią Wiedzącą i panią Wrażliwską.
Cierpisław: A, one.
Rysio: Słyszał pan jak krzyczy pani Wrażliwska? A ile zadań z matematyki zadaje pani Wiedząca?
Cierpisław: Coś tam mi się o uszy obiło, no ale spóźnianie się nie załatwi problemu.
Rysio: Nic pan nie rozumie. Ja chcę być punktualny. Tylko, że jak mam pierwszą lekcję z Wrażliwską, a drugą z Wiedzącą, zwyczajnie się nie wyrabiam.
Cierpisław ( nie chce wcale tak długo rozmawiać z Rysiem, jednak rozmowa wciąga go coraz bardziej ): Jak to się nie wyrabiasz?
Rysio: Zwyczajnie. Najpierw nie mogę wstać. Potem nie mogę umyć się, ani jeść.
Cierpisław: Jak nie możesz?
Rysio: Pyta pan jak, a czy ja wiem jak? W szkole nie mówią nam jak coś się dzieje i dlaczego. Za to musimy powtarzać reguły, teorie, zasady, historie i takie tam.
Cierpisław: Ćwiczysz pamięć. Z dobrą pamięcią daleko zajdziesz.
Rysio: Mój wujek miał dobrą, a teraz choruje na tego tam alzhenora.
Cierpisław: Alzheimera.
Rysio: Nieważne. Gorzej, że nikt już się z nim nie dogada.
Cierpisław: Zdarza się. To jednak nie powód, żeby się nie uczyć.
Rysio: Taa, a był pan kiedyś na lekcji z panią Wiedzącą albo z panią Wrażliwską?
Cierpisław: Za stary jestem, ale w młodości się uczyłem.
Rysio: To czemu pan jest woźnym, nie dyrektorem.
Cierpisław ( wzdycha ): Jakby ci powiedzieć...
Rysio: Lepiej niech mi pan powie jak dotrzeć do mędrca Tego.
Cierpisław: Co? Co?

W jednej chwili budzi się w Cierpisławie złość. Niezrozumiała ani dla niego, ani dla Rysia. Uderza chłopca w plecy i popycha w stronę schodów na górę.

Cierpisław: Zmiataj do klasy gówniarzu, ale już.

Rysio biegnie po schodach, choć lekcje ma na dole. Na szczęście woźny tego nie wie.

Dialog 3.

Miejsce: Market Feluś.

Olbrzymie wnętrze w kształcie labiryntu. Oświetlone jarzeniowym światłem. Półki z produktami spożywczymi, ubraniami, sprzętem elektronicznym i te sezonowe obecnie zajęte przez choinki i ozdoby gwiazdkowe. W całym sklepie dominuje reklama świąt, choć one same pojawią się w świecie dopiero za miesiąc.

Ilona przegląda półki z mrożonkami. Chce kupić coś, z czego zrobi szybko obiad. Dzięki temu zastanowi się nad słowami mędrca Ten. Znienacka podchodzi do niej sąsiadka Ela, ta sama, która poleciła jej mędrca.

Ela: I jak?
Ilona ( wzdryga się ): Dobrze.
Ela: Rozmawiała pani z nim?
Ilona: Z kim?
Ela: No, przecież z mędrcem.
Ilona: Tak.
Ela: Co powiedział?
Ilona ( wzdycha nad ciekawością sąsiadki ): Wyjdę z tego. 
Ela: A nie mówiłam. Mnie postawił na nogi, to panią nie postawi. I niech pani tych mrożonek nie kupuje. Zapraszam do siebie na placki jagodowe.

Ostatnie dwa słowa sąsiadki wywołują w głowie Ilony obraz. Jakaś starsza kobieta z talerzem pełnym placków pochyla się nad małą dziewczynką.

Ilona ( myśli ): Kim ona jest? I kim jest dziewczynka?

Zaraz potem obraz znika. Oczy Ilony przenika ostre światło marketu. 

Ela: Dobrze się pani czuje?
Ilona ( chce odpowiedzieć ): W porządku.

Jednak jarzeniówki nie pozwalają jej wykrztusić ani jednego słowa. Wdzierają się do mózgu, a razem z nimi głosy.

Głos 1: Myślisz, że on ci coś powie.
Głos 2: ( śmieje się ): Zatkało ją.
Głos 1: Zaraz cię zabiorą do wariatkowa.
Głos 2: Posiedzisz sobie tam dopóki nie zrozumiesz.

Ilona ( krzyczy ): Czego? Co mam zrozumieć?

Wystraszona sąsiadka Ela dzwoni na pogotowie.

Dialog 4.

Miejsce: Szkoła podstawowa imienia Kleofasa Bystrzaka.

Gniew Cierpisława powoli opada. Woźny wraca do swojej kanapki i herbaty, a raczej chce wrócić, bo gdy tylko rozwija papier w drzwiach pojawiają się nowi uczniowie albo mocno spóźnieni albo nazbyt punktualni. Grubas i chuda ruda dziewczyna. Oboje w czarnych nieprzepisowych strojach. Powoli podchodzą do woźnego.

Cierpisław ( myśli ): Terroryści.
Grubas: Masz rację.
Dziewczyna: Ostatnie twoje życzenie?
Cierpisław: Co takiego?
Dziewczyna: Masz trzy minuty.

Cierpisławowi nic do głowy nie przychodzi. Czuje jedynie pot spływający po plecach. Narastający za oczami ból głowy. Głucha cisza. Wskazówki zegara na ścianie powoli przesuwają się do przodu.

Grubas ( się śmieje ): Żart. Przyznaj się posikałeś się stary dziadu. Zsikałeś się ze strachu.
Dziewczyna ( patrzy na zegar ): Dwa, jeden zero.
Grubas ( nadal się śmieje ): Iza przestań, bo sam się zsikam.

Dziewczyna grzebie w kieszeni. Po chwili wybuch rozrywa szkołę i ciała wszystkich, którzy w niej przebywają.

Cierpisław w ostatniej sekundzie przed końcem widzi swoje imię, które i tak szybko ginie razem z nim.


P. S. Nie martwcie się. To tylko chwilowy zamęt. Ciąg dalszy nastąpi i może będzie lepszy.
Podzielcie się wrażeniami z lektury.
Linki do poprzednich dialogów, w których opowiadam o Ilonie znajdziecie w kolejności: pierwszydrugitrzeci.






 
 






 

wtorek, 14 listopada 2017

Zablokowana namiętność.

Zanurzył ją w głębi mroku. Uśpił i chociaż się obudziła jednak inna. Nieswoja. Obca. Nie umie już tak jak kiedyś cieszyć się życiem. Razem z radością straciła namiętność. Dlaczego? Czy można ją uratować?

Obraz Mateusza Dolatowskiego

Sny i urojenia.

Od czasu tajemniczego mężczyzny, podobno gracza, cokolwiek to słowo znaczy, świat Radomiły przewrócił się na drugą stronę, tę niewłaściwą. Sny mieszają się z jawą. Jawa staje się snem. Nie łatwo żyć z czymś takim. Jednak Radomiła żyje. Udaje sama przed sobą, że nic złego się nie dzieje. Nic się nie zmieniło. Udaje przed Kazimierzem, ukochanym mężczyzną, z którym mieszka. Nie chce znaleźć się znów w szpitalu jak kiedyś, gdy powaliła ją depresja.

We śnie i na jawie rozmawia z nim. Kazał się nazywać Elek. Imię wymyślił dla niej, bo naprawdę tam, skąd pochodzi imiona nie istnieją. Jak oni się porozumiewają bez nazw? Nie powiedział.

Jeden z pierwszych snów po tym jak Kazimierz obudził ją śpiącą na fotelu, zabrał jej namiętność. Rozpadła się na tym fotelu, który we śnie nabrał koloru czerwonego wina. Elek siedział na nim, a ona przywierała do niego całą powierzchnią swojego nagiego ciała. Po raz ostatni czuła przeszywający ją żar chwili. Podniecenie rosnące szybko. Pragnienie, by rozkosz trwała wiecznie. Poruszała biodrami na jego udach. Ściskała mokrą waginą jego twardą męskość. Spijała jego pocałunki. Dochodziła do samego szczytu i wtedy nagle on ją zrzucił z siebie. Powiedział: dość. 

- Nie poczujesz więcej radości z seksu ani ze mną, ani z nikim.
Słowa zawisły nad nią jak klątwa. W końcu tym właśnie były.
Za zielonej zasłony okiennej wyszły one, jego partnerki, przyjaciółki, kumpelki? Nie wiedziała. Czuła jedynie przenikliwy chłód. Trochę później ból. One ubrane w zielone sukienki krótkie i przylegające do ciała zaczęły powoli obcinać jej palce, najpierw u rąk, potem u stóp. Krzyczała. Jak skończyły, palce odrosły i wtedy zaczęły na nowo. Wyła. Elek się śmiał.

- Na razie koniec. Idźcie sobie, a ty wracaj do swojej płytkiej wody - rozkazał.
Obudziła się w środku w nocy z bijącym nierówno sercem, z pulsującym bólem w rękach i nogach. Nie zasnęła już do samego rana.

Eugenia i Stanisława.

- Smaczne to ciasto zrobiłaś - pochwała Eugenii nie brzmi w uszach Stanisławy przekonująco.
- Kupiłam. Nie robiłam, bo jakoś źle się czuję - usprawiedliwia się Stanisława i zaraz zerka przez okno. Ważniejsze od jej keksu jest coś innego, raczej ktoś inny. Radomiła idąca noga za nogą.

- A tej co się stało? - zastanawia się Eugenia.
- Chyba ją rzucił ten jej gach - stwierdza Stanisława.
- Akurat. Przecież idzie do niego.
- A może do koleżanki.
- Tej, co ją pobiła?
- Nie ona, tylko narzeczony.

Eugenia wzdycha. Ma już dość gadania Stanisławy. Jej mądrości. Co za dużo to niezdrowo. Z jakiej racji Stanisława wie tyle, a ona prawie nic.

- Na mnie już czas - mówi Eugenia z wyraźną pretensją w głosie.
- Już? Dopiero przyszłaś? Ciasto niedobre? - Stanisława jak zwykle nic nie rozumie. Co ona takiego powiedziała, że Eugenia nagle zapragnęła wrócić do domu. Pewnie się tego nigdy nie dowie.

Niespodziewany ratunek.

Radomiła naprawdę idzie bardzo wolno. Tak jakby nie zależało jej na powrocie do domu Kazimierza, bo nie zależy. Wydaje jej się, że cała jej miłość do niego wyparowała z chwilą, gdy pojawił się Elek. Minęła razem z jego śmiechem, z komentarzami pełnymi jadu, z rozkazami jego i tych kobiet, przyjaciółek, kumpelek? Nieważne. 

W domu Kazimierza źle się czuje. Nie może oddychać. Jedynie w dawnym mieszkaniu dzielonym z matką, babką i ciotką jest dobrze. Nie słyszy. Nie widzi swojego prześladowcy Elka.

- Co zrobić, żeby się go pozbyć - myśli, gdy potrąca ją Aleksandra.
- Przepraszam, nie chciałam - tłumaczy się dziewczyna.
- Nic się nie stało... - Radomiła urywa, bo coś do niej dociera. - Czy to nie ty pomogłaś tej babce z lustrem?
- Pani Magdzie?
Aleksandra się zatrzymuje. Patrzy uważnie na Radomiłę. Chyba już wie o co chodzi.
- Mogę przyjść do pani. Ja też ich nie lubię.
Teraz Radomiła przygląda się Aleksandrze.
- Mogłabyś - pyta. - Zapłacę ci.
- Nie, zrobię to za darmo.

Jakiś czas później.

Radomiła powoli zdejmowała kolejne warstwy ubrania przed wpatrującym się w nią Kazimierzem. Siedział na brzegu ich wspólnego łóżka. Już parę razy próbował ją dotknąć, ale Radomiła mu nie pozwalała.

- Nie, ja sama.
- Dobrze, dobrze.

Nie aż tak dobrze. Spodnie robiły się ciasne. Rozpierało je podniecenie. Jednocześnie gdzieś z tyłu głowy czuł obawę, że znów będzie jak ostatnio. Pokocha się trochę z robotem, w jakiego z nieznanych przyczyn zamieniła się Radomiła.

Ona też czuła tę obawę. Gorzej, strach przed Elkiem.
- A jeśli on się pojawi. Aleksandra mówiła, że to niemożliwe, a jeśli... -  myślała Radomiła. 

Nie pojawił się. Może ją widział, a może nie. Aleksandra założyła blokadę. Jak mocną? 

Radomiła przylgnęła do Kazimierza nagim ciałem. Drżącymi z pragnienia rękami rozpinała mu koszulę, potem spodnie. Wreszcie dotarła do twardej męskości. Objęła ustami. Polizała z dołu do góry i z góry na dół. Z każdym ruchem jej strach przed Elkiem słabł, znikał. Gdy Kazimierz podniósł głowę Radomiły i ją całą przesunął wyżej, lęk wyparował. Prawie. Jeszcze jakby wisiał jej nad głową, nad udami, którymi ujeżdżała Kazimierza jak narowistego konia. Po raz pierwszy od dłuższego czasu Elek im nie przeszkadzał. Radomiła nie słyszała jego śmiechu, jedynie własny przyśpieszony oddech i westchnienia rozkoszy Kazimierza. Oboje powoli się wspinali na szczyt. Wilgotni i nabrzmiali jak chmury, które za chwilę zderzą się ładunkami. Wagina Radomiły już pulsowała. Sutki twardniały. Ciało wyginało się w łuk. Kazimierz doganiał ją swoim podnieceniem. 
- Kocham Cię - wyznał i przytulił ją mocniej do siebie.
Potem świat eksplodował w ekstazie. Wreszcie namiętność wróciła do Radomiły.

Gdzieś.

Elek próbował zobaczyć. Bezskutecznie.
- Znów ta mała cholera - krzyczał.
- Załatwimy ją - odważyła się powiedzieć jedna z dziewczyn stojących obok.
- Zamknij się, bo ja ciebie zaraz załatwię.
W spojrzeniu Elka kryła się chęć rzucenia jakiegoś strasznego zaklęcia. Dziewczyny na wszelki wypadek się schowały w szczelinie między ścianą, a lustrem.


P.S. Chwilowy hapy end. Co dalej? Okaże się.
       Podzielcie się wrażeniami z lektury. 

 


wtorek, 7 listopada 2017

Pomarańczowa zgraja.

Tak je nazwała Eugenia, gdy po raz pierwszy je zobaczyła. Stanisława potwierdziła i jeszcze dodała: nieokrzesana. Ale dlaczego? I kim one są?

Obraz Andrzeja Wrońskiego.
 Nowe sąsiadki.

Zjawiły się o szóstej rano. Eugenia wie, bo spojrzała na zegarek. Za okna dolatywał pisk opon i głośna muzyka techno. Wyjrzała. Zobaczyła jak wysiadają równie pomarańczowe jak ich garbus, którego zaparkowały na chodniku przed klatką. 

- Gdyby mogły, pewnie by nim na schody wjechały - pomyślała Eugenia. Stanisława jedynie westchnęła. Nieznajome wybiły ją z resztek snu, jakie całą noc próbowała złapać bez skutku. Dopiero tuż przed szóstą ją zmorzyły. Może by nawet usnęła, pospała jeszcze choć do ósmej, ale nowe sąsiadki wszystko zburzyły.

Obie, i Eugenia i Stanisława patrzyły na kobiety uważnie. Na ich rzucające się w oczy pomarańczowe długie włosy, małe pomarańczowe torebki, pomarańczowe części ubrania, spódnicę, spodnie, bluzki, czarne piegi na bladych twarzach i okulary każde w innym kolorze. Różowe, turkusowe i seledynowe. Nie przeciwsłoneczne, zwykłe jakie noszą ludzie z wadą wzroku.

- Ciekawe, skąd wzięły takie dziwne oprawki - zastanawiała się Stanisława ze swojego punktu obserwacyjnego przy oknie. Eugenia też o tym myślała. Po chwili jedna i druga przeniosły się do drzwi. Przyłożyły na zmianę ucho i oko do dziurki od klucza. Niedobrze. Jeszcze nie wiedziały jak bardzo niedobrze.

Kobiety zrobiły w powietrzu dziwne gesty jakby malowały rękami litery. Piszczały przy tym jak nastolatki. Piszczały i chichotały.

Eugenię złapał ból głowy. Stanisławę serce kłóć zaczęło. Dwie plotkarki emerytki porzuciły obserwację.

Kobiety się śmiały.

- Mamy je z głowy - stwierdziła ta w różowych okularach, nazwana przez pozostałe Klaudią numer 1.
- Jedna jeszcze, a potem weźmiemy się za nią - zatarła ręce Klaudia w turkusowych okularach, numer 2 w ich hierarchii. 

Ostatnia w seledynowych Klaudia numer 3 wcale się nie odezwała. Dlatego, że była ostatnia i z powodu swoich wątpliwości, których Klaudia numer 1 nie znosiła. 

Florentyna

Zasnęła w ramionach odzyskanego niedawno Zygmunta. Hałas za oknem jej nie obudził. Zygmunta też nie. Po wspaniałym seksie nic nie mogło wyprowadzić ich z równowagi. Jednak nie do końca w przypadku Florentyny.

Nad morzem, o którym śniła, pojawiły się obce, pomarańczowe kobiety, a razem z nimi lęk. Pewność, że za chwilę stanie się coś złego. One zrobią coś nieodwracalnego. Zrobią Florentynie krzywdę.

- Chcę się obudzić - myślała. 

Sen trwał dalej. Morze zmieniło się w  tory kolejowe. Szerokie, ale z jednej strony zawalone złomem. Jakby starymi rozłożonymi na części pociągami. Florentyna leżała po środku tych używanych. Wiedziała, że pociąg zaraz przyjedzie.

- Przejedzie cię. Nigdy już nie będziesz taka jak byłaś - zasyczał gdzieś z boku kobiecy głos.
- Odwrócimy cię na drugą stronę. Nikomu już nie pomożesz - potwierdził inny, choć również kobiecy głos.
- Kim jesteście? - zapytała Florentyna.
- Po co ci ta wiedza przed śmiercią - zaśmiała się ta pierwsza.

Florentynę poraziły kolejne fale lęku. Nie wiedziała, skąd bierze się jej pewność, że usłyszała pierwszą. I skąd w jej myślach pojawił się obraz pierwszej. Ubrana w pomarańczową spódnicę i bluzkę nosiła okulary w różowych oprawkach. Obok niej stanęła druga w pomarańczowych spodniach i bluzce dla odmiany białej. Tą wyróżniały okulary turkusowe. Jedynie trzecia pozostała w cieniu. Jakby nie chciała się ujawnić zbyt wcześnie albo zwyczajnie też się bała. Może brakowało jej pewności siebie. Nie na tyle by się w końcu nie odezwać.

- Wiem jak to boli. 
- Co? - zapytała Florentyna.
- Lęk przez nie rzucony. Mnie też torturowały.

Dziwne, gdy mówiła, Florentyna czuła spokój. Wracały jej siły. Czyżby trzecia jej pomagała?

- Nie mogę - odpowiedziała ona jakby czytała w myślach Florentyny. - Za zdradę są tutaj okropne kary.
- Tutaj? Gdzie?

Zamilkła. Tamte ją usłyszały? Florentyna wymacała w mroku klucz. Błyszczał bielą w ciągnącej się ciemności. Rozjaśnił niebo. Florentyna zobaczyła zbliżające się do niej czarne chmury burzowe. Czuła, że jeśli pociąg jej nie zabije, piorun strzeli w nią. Tak czy inaczej one ją załatwią. Zlikwidują, bo stoi im na drodze. Biały klucz. Tylko on mógł jej pomóc. Rzuciła go przed siebie na tory, krzycząc: chce wrócić do swojego świata, wynoście się.

Wszystko zniknęło. Florentyna się obudziła. Ani śladu po lęku. Obok śpi jej mężczyzna. Florentynę przepełnia moc, siła do działania.

Aleksandra

Ona też spała mocno, gdy przyjechały. Zbyt zmęczona siedzeniem do późna w internecie i niekończącymi się bzdurami szkolnymi. Na szczęście następny dzień to sobota. Czas wolny od szkoły, od wiecznego ględzenia nauczycieli, głupawych, śmiejących się z byle czego dziewczyn i jeszcze głupszych chłopaków chodzących za nią i krzyczących: ruda paskuda. Nareszcie spokój i nieważne, że potrwa jedynie dwa dni.

W jej spokojny sen o lataniu wdarły się one. Wszystkie trzy ubrane na pomarańczowo z pomarańczowymi włosami. Zaczęły obok niej fruwać jak ptaki z horroru Hitchcocka. Jeszcze trochę i wydrą jej serce. Zmuszą do czegoś, do czego nie mogli zmusić poprzedni dręczyciele.

- Masz rację. Z nami nie masz szans - odezwała się pierwsza w okularach z różowymi oprawkami.
- Ani trochę - zaśmiała się druga o oczach zasłoniętych okularami turkusowymi.

Trzecia się nie odezwała. Wysłała jedynie myśl.

- Mnie też załatwiły.
- Jak to? Kim one są ? - odpowiedziała jej w myślach Aleksandra.
- Wszystkie jesteśmy czarownicami.
- Pomożesz mi?
- Nie mogę. Tylko ty możesz.
- Ale co, co mogę?

Goniły ją po wąskich ulicach między wielkimi szarymi domami. Już prawie ją dopadły, gdy skręciła w ślepy zaułek. Wtedy zobaczyła biały klucz. Porzucony przy ścianie zamykającej ulicę. Pochyliła się. Wzięła do ręki. Poczuła ciepło. Nie wiadomo dlaczego pomyślała o Florentynie. Może klucz należał do niej. Nieważne. Aleksandra odwróciła się. Już wiedziała, co zrobi. Rzuciła kluczem w pomarańczowe kobiety tuż za nią. Krzyknęła: wracajcie do siebie, nic tu po was.

Aleksandra się obudziła z zaciśniętą w pięść ręką. Miała wrażenie, że śniło jej się coś złego, ale to minęło. Teraz wszystko się ułoży.

Gdzieś.

- Nie popisałyście się ani trochę - Mistrz gry zmarszczył czoło. Nie znaczyło to nic dobrego.
- Ale przecież... - próbowała się tłumaczyć pierwsza.
- Nie ma żadnego ale. Zrozumiano? - zadudnił głos Mistrza. 

Eugenia i Stanisława.

Siedzą u Eugenii przy stole z herbatnikami.
- Niezbyt świeże, ale ujdą - myśli Stanisława.
- Dobrze, że  je znalazłam - cieszy się Eugenia. - Nie wiem, czy miałbym siłę, żeby coś zrobić.

Obie zerkają na okno.

- Sądzisz, że pojechały? - wyraża swój niepokój Stanisława.
- Chodzi ci o pomarańczowe?
- A o kogo by innego?
- Pojechały. I mam nadzieję nie wrócą, bo tak hałasowały, że mnie głowa od tego rozbolała.
- A mnie serce. Chyba wreszcie się wybiorę do kardiologa.
- Myślisz, że ci pomoże. Ja byłam z głową u neurologa i co? Nic. Powiedział, że wyniki dobre. Wszystko w porządku. A boleć jak bolało tak boli.
- Teraz też ?! - Stanisława łapie się za serce. Jakby ją od tego gadania znów rozbolało.
- Nie. Jeśli tylko one nie wrócą i nie przyjadą inne równie hałaśliwe.
- Oby. Może chodźmy się pomodlić w  tej intencji?

Eugenia krzywi się na tę propozycję. Spogląda na zegar, co Stanisława odbiera po swojemu.
- Późno, muszę iść. Jak będziesz chciała, wpadnij do mnie w niedzielę.

Obie muskają powietrze przy policzku tej drugiej na pożegnanie.


P. S. Może wrócą, a może nie. Może zamiast nich pojawi się ktoś inny, a jeśli tak czy mu się uda porwać Aleksandrę? Zobaczymy.
Podzielcie się w komentarzach wrażeniami z lektury.

 
 

wtorek, 31 października 2017

Misiek.

Już dawno chciał, żebym o nim napisała, bo jest ważny. Trzeba o nim pisać. Należy się nad nim litować. Musiał zostawić swoje mieszkanie. Wyjść na ulicę bez niczego i szukać nowego lokum.

O kim mowa? Czy naprawdę to takie słodkie niewiniątko?


Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Miś - pluszowa zabawka, Cytrus - pies pluszowy, Łucja - kiedyś bezdomna, teraz właścicielka zbyt dużego mieszkania; Kaczor Donald - w zasadzie kopia kaczora, zabawka i terrorysta; Czarka - czarna żmija pluszowa i koleżanka kaczora

Dialog 1.

Miejsce: Zakład fryzjerski w dzielnicy Zabawkowo miasta Sensbezsens przy ulicy Plasteliny 3.

Miś, do niedawna współlokator Filipa, niebieski pluszak popycha czarne drzwi z napisem ludziom wstęp wzbroniony. I o to chodzi. Dlatego jest tutaj. Dlatego wchodzi do środka. Jak na razie nie chce widzieć żadnego człowieka, a przede wszystkim Filipa i kobiety z mocą, którą Filip sprowadził do ich, Misia i Filipa wspólnego domu.

U fryzjera zgodnie z obietnicą nie ma ludzi. W części pierwszej od drzwi siedzą na krzesłach przy lustrze i trochę dalej: pluszowy pies Cytrus, figurka Kena kopia 324, miś trochę podobny do Misia, ale rudy, nie niebieski oraz krokodyl Miętus też pluszak. Za niskim murkiem w części drugiej pluszowe, szmaciane i plastikowe lalki. Suszą włosy, rozmawiają, czekają na swoją kolei mniej lub bardziej cierpliwie. Można powiedzieć, że tamta część jest żeńska, a ta tutaj męska.

Miś siada na wolnym krześle koloru malinowego jak fartuch fryzjera dużego psa podobnego do Ferdynanda Wspaniałego zrobionego z klocków lego. Sąsiednie krzesło zajmuje Cytrus.

Cytrus: Pan też się farbuje?
Miś: Hmm.
Cytrus: Nie traktują nas poważnie z tymi kretyńskimi kolorami.
Miś; Hmm.
Cytrus: Rozumiem nie chce pan ze mną rozmawiać, bo jeszcze się nie przedstawiłem. Cytrus jestem. Kretyńskie imię. Zmienię je jak już będę czarny.
Miś ( z pogardą ): Teraz wszyscy farbują się na czarno.
Cytrus: Pan też?
Miś: Chciałem, ale się rozmyśliłem.
Cytrus: Więc na jaki kolor?
Misiek: Może brązowy.
Cytrus: Brązowy? Taki sobie.
Miś: Czarny gorszy. Pójdziesz do knajpy i cię wyproszą. Powiedzą, że czarnym wstęp wzbroniony.
Cytrus ( śmieje się ): Ta, akurat, przecież ja nie człowiek i nie pójdę do knajpy dla ludzi.
Miś: Wśród zabawek też zdarzają się rasiści.
Cytrus ( nadal się śmieje ): I pewnie jeszcze terroryści, co?

Jak na zawołanie do fryzjera wkracza terrorysta Kaczor Donald kopia 1098. Za nim pełznie żmija Czarka. Oboje są zabawkami. Kaczor pluszowy, żmija też. Wchodzą. Kaczor zawija sobie dziób czarną chustą. Żmija niczego nie zawija, bo brakuje jej rąk i może stąd jej złość. Nikt na nich nie zwraca uwagi, dopóki Donald nie wyjmuje z plecaka karabinu maszynowego. Strzela nim w stronę sufitu. Zabawki krzyczą i chowają się pod krzesłami i stołem z czasopismami. Fryzjer zamiera w bezruchu.

Kaczor Donald: Dawać forsę, ale już.
Fryzjer ( z płaczem ): Ale my niewiele mamy. Z czego żyć będziemy jak nam pan zabierze?
Kaczor Donald: Cisza.

Strzela do fryzjera. W rezultacie jedna z nóg odpada. Klocki rozsypują się po podłodze.

Miś ( cicho ): To bez sensu zamiast na bank napadać na fryzjera.
Kaczor Donald ( jednak usłyszał ): Właśnie bez sensu, bo nic nie ma sensu i ja wam to teraz udowodnię. Wszystkich zabiję. Tylko ciebie niebieski zostawię za to, co powiedziałeś.

Żmija podchodzi bliżej Misia jakby chciała go pocałować. Nawet muska jego policzek swoim długim czarnym językiem. Potem niestety gryzie go w nogę. Miś traci przytomność.

Dialog 2.

Miejsce: Plac cudów w dzielnicy Cukiernica.

Pole zielonej trawy, mimo jesiennej pory panującej w innych dzielnicach. Na polu kolorowe krowy i te zwykłe czarno-białe lub brązowe. Wśród nich różowa krowa. Obok siedzi Łucja.

Łucja: Pewnie nie muszę ci mówić, dlaczego przyszłam?
Krowa: Nie, ale powiedz. Poczujesz się lepiej jak mi powiesz.
Łucja: Czy ja wiem, czy lepiej? No, dobrze. Filipa nie ma i Misia też. Mieszkam sama. Czuję się taka samotna, zostawiona, opuszczona i chyba mieszkanie jakoś odbiera mój smutek. Zaczęło się zmniejszać i tracić kolory.
Krowa: Tak. Jest pewne rozwiązanie.
Łucja: Jakie? 
Krowa: Poczekasz cierpliwie na Filipa, który wróci. Miś raczej nie wróci. Albo weźmiesz do domu Kordelię.
Łucja: Kordelię? Kto to?
Krowa: Jedna z moich podopiecznych. Mieszka jak ty kiedyś na ulicy.
Łucja: Dobrze. Wezmę.
Krowa: Zastanów się. Kordelia bywa nieznośna.
Łucja: Ja też taka jestem czasami.
Krowa: Tak jak ona na pewno nie.
Łucja: Zaryzykuję. Wezmę ją.
Krowa: Ok. Tylko potem nie mów, że cię nie ostrzegałam.

Dialog 3.

Miejsce: U fryzjera.

Miś się budzi. Niestety już nie jest Misiem, ale Miśkiem. Niewielka różnica? Misiek potrafi wstać z energią, jakiej pewnie brakowałoby Misiowi. Misiek pamięta, że ludziom, konkretnie pewnej czarownicy zawdzięcza przemianę z człowieka w zabawkę. Wszedł jej w drogę. Pojawił się tam gdzie nie trzeba i w czasie najmniej odpowiednim. Powiedział tez coś nieodpowiedniego, co czarownicę wkurzyło i.... Kiedyś jeszcze do tego wrócimy, na pewno.

Na razie Misiek wstaje. Podchodzi do Kaczora. Klepie go po plecach.

Misiek: Dobra robota.
Kaczor Donald: Bierz broń z plecaka i zabijaj.

Misiek bez wahania wykonuje  polecenie. Tym właśnie Misiek różni się od Misia. Czarnym charakterem, którego w żaden sposób nie da się wybielić nawet trochę.

Misiek ( krzyczy ): W imię bezsensu, jedynej prawdziwej wartości gińcie wszyscy.

Strzela po kolei do każdej zabawki, również do Cytrusa. Krew nie leci, bo to zabawki. Zamiast niej do sufitu wzbijają się trociny, kawałki plastiku, materiałów, z których zrobiono lalki, misia, psa, krokodyla, fryzjera, fryzjerkę, Kena. Na chwilę zapanowały hałas i bałagan. Kaczor klepie Miśka z uznaniem.

Kaczor Donald: Przynosisz mi dumę synu.
Żmija Czarka: I mnie też.

Zabierają pieniądze z kasy. Naprawdę  niewiele i wychodzą.

Dialog 4.

Miejsce: Zaułek Biedy.

Gdyby Mickiewicz tu zawędrował, powiedziałby pewnie: wszędzie szarość, co to będzie, co to będzie.

Krowa ( krzyczy ): Kordelia. Gdzie jesteś? Kordelia.
Kordelia: Tu se siedze.

Siedzi szara jak wszytko wokół na worku jakby od ziemniaków. Obok w pudełku kartonowym i na wózku dziecinnym szmaty, opakowania po zjedzonych jogurtach, masłach, chlebie, puszkach. Czyżby jej ubranie i dobytek?

Na twarz Kordelii spływają pukle tłustych mysich włosów. Całe jej ciało cuchnie brudem, ponieważ Kordelia nie chodzi do pobliskiej darmowej łaźni. Nie chodzi, bo nie lubi myć się, nie lubi też ludzi w łaźni i poza nią. Łucja niedługo się o tym przekona. Na razie czuje zapach Kordelii i słyszy jej mowę.

Krowa: Poznaj Kordelio Łucję, moją przyjaciółkę. Ona cię zabierze do siebie.
Kordelia: Cześć stara.
Łucja ( niezbyt jej się podoba powitanie, jednak stara się uśmiechnąć ): Cześć. Idziemy.
Krowa: Zaczekajcie.
Kordelia: No?
Krowa: Pobłogosławię was na dobry początek.

Krowa rusza głową w jedną i drugą stronę jakby chciała nakreślić znak krzyża w powietrzu albo znak nieskończoności. Potem podchodzi bliżej do Łucji.

Krowa: Pamiętaj. Jakby co dzwoń do mnie albo przyjedź.
Łucja: Dobrze.

Łucja i Kordelia odchodzą. Krowa wzdycha.

Krowa: Oby się udało.



P. S. Czy się uda napiszę w innym odcinku. O Miśku też. A Wy podzielcie się ze mną wrażeniami po lekturze.

Jeszcze raz powtórzę, bo tego nie za dużo:
Wszystkie komentarze mile widziane.