wtorek, 16 maja 2017

Pan Kanciasty.

Jakiś czas temu szefowa sekty Pozytywni zniknęła w paszczy pomarańczowego potwora z mgły miasta Upierdliwość. Zostawiła dzieci - członków swojej sekty.
Jej miejsce szybko zajął Pan Kanciasty. I się zaczęło.
Co? Raj, piekło czy coś gorszego?


Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Pan Kanciasty - nowy szef sekty Pozytywni, Marek - chłopiec 12 lat, Karolina - dziewczynka lat 11.

Dialog 1.

Miejsce: Sala, z której została zabrana Ilona, dawna szefowa sekty Pozytywni. Duża przypominająca te znajdujące się w szkołach. Jej nijakie kolory i kształty stają się wyraziste z chwilą pojawienia się Pana Kanciastego. Biało-szare ściany i ławki szkolne z dawnych lat. Na każdej okrągłe miejsce na kałamarz z atramentem. Blat pochylony w stronę długiego siedzenia z oparciem. 

Nic nie zostało z poprzednich mebli. Jedynie kąt Marka wyróżnia się łóżkiem i wygodnym fotelem. I tylko jego strój jest nadal pomarańczowy. Pozostali członkowie sekty Pozytywni ubrani są na szaro. 

Nikt nie zauważa zmian. Żadne z dzieci, którymi kiedyś kierowała Ilona nie widzi nic nowego w swoich szarych ubraniach i swoim opiekunie.

Pan Kanciasty pojawił się tu wraz ze zniknięciem Ilony. Ten sam potwór jednocześnie połknął Ilonę i ze swojego drugiego tylnego otworu wyrzucił z siebie Pana Kanciastego.

 Marek od początku myśli o nim jak o kupie potwora. Upierdliwej i doskonale dopasowanej do miasta Upierdliwość.

Trwa lekcja. Pan Kanciasty uczy dzieci liczenia i rozwiązywania zadań tekstowych z matematyki i geometrii. Dzięki temu dzieci zdobywają niezbędną umiejętność myślenia logicznego. Jego zdaniem. Inne zdania tu nie istnieją z wyjątkiem zdania Marka.

Tyle, że ono się nie liczy. Pan Kanciasty nazywa go wariatem. Traktuje jak wariata. Inni też.

 Marek wierci się na łóżku. Bezskutecznie próbuje zasnąć. Lekcja Pana Kanciastego bardzo mu przeszkadza. Z góry pada na niego ostre sztuczne światło jarzeniówek. W głowie trzeszczą mu posuwające się po papierze cyfry w zeszytach dzieci. Kroki Pana Kanciastego dudnią mu w uszach niczym dzwony kościelne. I do tego pisk kredy kreślącej wzory na tablicy.

Marek: Oszaleję. Jeszcze trochę i stracę zmysły.
Karolina: Ciszej. Usłyszy cię.
Marek: Niech usłyszy. Ale, kim jesteś?
Karolina: Dziewczynką. Mam na imię Karolina
Marek:  Joachim. A gdzie jesteś?

Karolina: Siedzę w drugiej ławce.
Marek: Jak to siedzisz tam i tu ze mną rozmawiasz?
Karolina: Tak to. Potrafię gadać na odległość.
Marek: Nie słyszałem o czymś takim.
Karolina: O telepatii nie słyszałeś?
Marek: O telepatii tak, ale przecież ... 
Niemożliwe. Gadasz w mojej głowie tak głośno?
Karolina: Możliwe. Ty też gadaj do mnie w głowie, żeby on ciebie nie słyszał.

 Marek odnajduje w grupie dzieci dziewczynkę. Blondynka z włosami splecionymi w warkoczyki. Odwraca się na chwilę i patrzy na niego. Już wiadomo, że to ona, nikt inny, nawiązała z nim kontakt.

Karolina: Zlikwidujemy go.
Marek: Mówisz o Panu Kanciastym?
Karolina: Widzisz tu kogoś innego równie upierdliwego?!
Marek: Jak go chcesz zlikwidować? 
Karolina: Przepalę mu zwoje mózgowe wiedzą matematyczną.
Marek ( krzywi się ): Nie dasz rady. On ma jej zbyt dużo i jeszcze więcej wchłania.
Karolina: Przywołam potwora.
Marek: Jak?
Karolina: Pomyślę.

Cisza. Karolina myśli. Dźwięki w głowie Marka nabierają ostrości. Znów chciałby spać i nie może. Zazdrości dzieciom, które odkąd zniknęła ich dawna opiekunka Ilona doskonale obywają się bez snu. Liczą i liczą bez końca.

Dialog 2.

Miejsce: Łąka figur geometrycznych.

Szeroki pas zieleni między jedną ulicą a drugą i stojącymi przy nich szarymi budynkami. Na krótko ściętej trawie wysokie pręty: wygięte koła, trójkąty, kwadraty i inne figury geometryczne. Z daleka świecą ostrym żółtym światłem.

Dzieci biegają wokół nich, zatrzymując się na chwilę, by obliczyć to czy tamto wskazane przez Pana Kanciastego zadanie.

On jak zwykle ma na sobie starą miskę metalową, a na oczach dziwne okulary jakby wyjęte z czegoś duże okrągłe elementy. Nikt oprócz Marka nie zwraca na to szczególnej uwagi. Dla nich Pan Kanciasty wygląda jak każdy nauczyciel wuefu ubrany w dres szarego koloru.

Karolina: Zaraz go załatwię zobaczysz.
Marek: Jak?

Marek nie musi długo czekać. Nie wiadomo skąd na trawie pojawiają się cienie. Mają w rękach karabiny maszynowe. Strzelają do Pana Kanciastego. Wystrzałów nie słychać. Widać tylko śmigające w powietrzu różowe naboje.

Z Pana Kanciastego spada miska i okulary. Szary strój staje się różowy. Twarz nabiera czerwonych kolorów. 

Pan Kanciasty kurczy się i zwija. Po chwili zostaje z niego rozbity pomidor, który toczy się w stronę miski, aż wreszcie kładzie się na niej.

Pies-cień podbiega do miski. Zabiera ją razem z leżącym na niej pomidorem. Biegnie do pozostałych cieni. Razem z nimi powoli rozpływa się w powietrzu.

Karolina ( krzyczy ): Wolność. Możemy robić, co chcemy. Koniec dyktatury Pana Kanciastego.
Dzieci ( skandują ): Wolność, woolność.
Karolina ( ucisza ich ręką ): Kto was uwolnił? Ja was uwolniłam. Kto będzie tu rządził?
Dzieci: Ty będziesz rządzić.

Marek ( głośno myśli ): A więc to tak.
Karolina ( odpowiada w jego myślach ): Co myślałeś? Że ja z organizacji charytatywnej?! 
Joachim: Miałem nadzieję, że mnie uwolnisz.
Karolina: Jesteś wolny. Idź, gdzie chcesz. Pozwalam, ale jeśli tu zostaniesz, musisz mnie słuchać.
Marek: Sam nie wiem. Co chcesz tu zrobić?
Karolina: Najpierw wyrzucę wszystkich buntowników. Utworzę straż z cieni. Więzienie dla nieposłusznych, a potem się zobaczy, co dalej.

Marek czuje przerażenie. Pan Kanciasty był okropny, ale jaka będzie Karolina. Postanawia odejść.


P. S. Czy miasto Upierdliwość pozwoli odejść Markowi? I co się jeszcze wydarzy? Ciekawi?

 








 

 

wtorek, 9 maja 2017

Euforia

Wróciła ze szpitala jakiś czas temu. Przeżyła pięć miesięcy względnego spokoju. Jej druga osobowość jakby zasnęła, a może wreszcie sobie poszła. I teraz życie wreszcie się ułoży. Zwłaszcza, że spotkała swoją dawną miłość.
Naprawdę? Na pewno?


 Eugenia i Stanisława.

- Widziałam wczoraj Klementynę razem z Weroniką - pochwaliła się Stanisława.
- Też je widziałam.

Eugenia wzruszyła ramionami. To, że Weronika wróciła nie było żadną rewelacją, ale i tak zrobiło się jej przykro, że nie ona Stanisławie lecz Stanisława jej musiała o tym powiedzieć.

- Myślisz, że znów zamieszka z Klementyną? - zagadywała dalej Stanisława jakby nie widziała grymasu na twarzy Eugenii.
- Może. Po Klementynie wszystkiego można się spodziewać i po Weronice też.
- Ona już podobno zdrowa.
- Jeszcze się okaże. Dotąd nikogo nie zabiła, ale kto wie.

 Gniewna.

Siedziała uwięziona w ciele tej obcej ziemskiej istoty, którą nazywali Weroniką. Nie raz i nie dwa próbowała się uwolnić. Zawsze kończyło się tym samym, napadem gniewu, że nie może wyjść poza ograniczone ciało. Nawet komunikacja z innymi stała się niemożliwa. 

Starsi tak ją urządzili. Dla nich ważniejsze było poznanie Ziemi, planety, która mogłaby stać się ich nowym domem. Domem, do którego uciekną, gdy ich gwiazda zgaśnie. Co ich obchodziło jednostkowe życie? Co ich Gniewna obchodziła?

Wsadzili ją tu i już. Radź sobie sama, ale jak sobie radzić, gdy musisz oddychać jak ona i za każdym razem prosić się o prawo głosu.

W dodatku ta bariera między Gniewną a Weroniką. Już tak po prostu nie mogła przejmować nad nią kontroli. Musiała czekać na pozwolenie, a to wiadomo nigdy nie nadchodziło. Weronika też chciała rządzić.

Gniewna siedziała i myślała. Wiedziała, że w końcu znajdzie sposób. Wyrzuci Weronikę. Zawładnie ciałem i ... 

Co potem? Wróci do swoich? Nawiąże z nimi kontakt? Nieważne. Tak czy siak zmieni się na lepsze. Będzie wolna.

Weronika.

Zamieszkała z koleżanką, która jej nie znała. Wszystkie inne nie chciały. Bały się, że potraktuje je jak swoją ciotkę Klementynę. Złamała jej rękę. Biła ją. Krzyczała na nią. Co z tego, że nic nie pamięta, a naprawdę to nie ona lecz Gniewna skrzywdziła ciotkę.

O Gniewnej dowiedziała się w czasie regresji hipnotycznej.
Na pomysł przeprowadzenia regresji wpadła Florentyna sąsiadka jej ciotki. Nawet to opłaciła. Nie wiadomo dlaczego tak jak jej zależało na zdrowiu nieznanej jej przecież Weroniki.

W każdym razie po regresji zmieniło się tylko tyle, że mieszkająca w Weronice Gniewna, główna przyczyna dziur w pamięci Weroniki, nie mogła już tak po prostu przejmować kontroli nad Weroniką. Terapeuci-hipnotyzerzy stworzyli barierę między Weroniką i Gniewną.

Bariera się sprawdzała. Weronika znów była tylko Weroniką i jako spokojna pacjentka odzyskała wolność. Nie mogła jednak wrócić do matki z powodu nienawiści do ojczyma, ani do ciotki Klementyny, bo zrobiła jej to, co zrobiła.

Na szczęście pojawiła się Jagoda. Zadzwoniła do Weroniki w najbardziej odpowiednim momencie. Zapytała, czy chciałaby mieszkać z nią, bo ona sama się boi. Zawsze się bała. Zawsze miała jakąś współlokatorkę. 

Z Weroniką chodziła do tego samego liceum. Obie przyjechały z innego miasta. Może dlatego zaproponowała Weronice wspólne mieszkanie. A może z jakiegoś innego powodu? Nieważne. Weronika i tak się cieszyła. Dla niej zaczynało się nowe życie.

W dodatku spotkała Marka, z którym kiedyś przeżyła pierwszą miłość i pierwszy seks.

I nagle to się stało. 

Gniewna.

Wyłom w barierze pojawił się niespodziewanie. Weronika go nie poczuła, ale Gniewna owszem.

Szpara, która z czasem zmieniła się w dziurę wstrząsnęła nią. Pobudziła do myślenia. Wyrwała z letargu. Wiecznego snu, w jakim dotąd tkwiła w głębi Weroniki.

Gniewna się rozejrzała. Spojrzała przez dziurę oczami Weroniki. Po raz pierwszy od tak dawna czuła ziemską rzeczywistość.

Weronika kochała się ze swoim facetem. On pieścił dokładnie każdy kawałek ciała. Jej szyję, usta, piersi, brzuch, uda, waginę.
 
Nazwy automatycznie pojawiały się w części umysłu zajętej przez Gniewną. Razem z nimi uczucia.

Tutaj na granicy świadomości swojej i Weroniki, Gniewna mogła doświadczyć całej gamy wrażeń.

Weronice dużo nie brakowało do spełnienia, do rozkoszy. 

Facet, Marek wsuwał się w nią od przodu i od tyłu. Potem ona siedziała na nim. Kolejne pozycje sprawiały im coraz większą radość.

Gniewna obserwowała, a gdy Weronika i Marek zbliżyli się do szczytu podniecenia, przeżyła go z nimi. 

Przyjemność rozsadziła ją od środka, ale najważniejsze, że rozwaliła barierę. Oby raz na zawsze. 

Marek i Gniewna.

Jeszcze przed chwilą słodka Weronika stała się ostra. Drapała jego plecy. Ściskała ręce. Potem nogi. Chwyciła za szyję. Dusiła go.

Z trudem się wreszcie uwolnił. Musiał związać jej ręce. I teraz rzucała się na łóżku jak schwytana w sieć ryba.

- Dzwonię po pogotowie - oznajmił.

Odwrócił się w stronę telefonu. To był jego koniec.

Gniewna, która rządziła ciałem Weroniki, ściągnęła krępujące ją więzy. Skoczyła jak drapieżnik na Marka.

W ręku trzymała nóż. Przejechała nim po plecach Marka.

Krzyknął. Rzucił komórkę. Próbował ją obezwładnić.

Gniewna okazała się silniejsza. 

Związała go. Potem cięła kawałek po kawałku jego skórę. Zlizywała krew z noża. Próbowała też odcinanych po kolei części ciała.

Marek stracił przytomność. 

Może i lepiej dla niego. Nie widział. Nie czuł już: strzępów oddzielonej od kości skóry, włosów, palców, nosa. 

Krew sączyła się z tego, co po nim zostało.

Gniewna cieszyła się bez końca odkrytą zabawą w rozbieranie człowieka, poznawanie jego wnętrza, w dotykanie, w lizanie. 

Gniewna przeżywała rozkosz nieporównywalną do tej, jaką czuła wcześniej Weronika. Wolność i ekstaza bez końca.

Eugenia i Stanisława.

- A nie mówiłam - cieszyła się Eugenia. - Wiedziałam, że w końcu kogoś zabije i zabiła.
- Co? O czym ty gadasz? 

Stanisława nic jeszcze nie wiedziała. Eugenia znów pokonała ją swoją wiedzą. Znów okazała się szybsza w łapaniu najnowszych plotek i informacji.

- Weronika zabiła swojego kochasia.
- Jak to?
- Zwyczajnie. Dostała napadu agresji akurat przy nim.
- Dobrze, że nie przy Klementynie.
- Właśnie. A ty chciałaś, żeby mieszkały razem.
- Ja chciałam? Ja je tylko widziałam. Ale mów jak to się stało.

Stanisława nadstawiła uszy jak typowa ciekawska emerytka.

Gdzieś.

- Teraz to już przesadziłeś.
- E tam zwyczajna akcja. Co ty taki wrażliwy?

Znów ci dwaj przy planszy. Dwaj gracze.

 
P. S. I co dalej? I kim są gracze? Zobaczymy innym razem.





   

  

wtorek, 2 maja 2017

Pogoń za kobietą-cieniem.

Z życiem tego bohatera jest jak z wiosną. Niby jest, ale jej nie ma. On też z pozoru istnieje. Przebywa w rzeczywistości, ale jakby tylko jedną nogą, bo tą drugą stoi w innym świecie.

Jakim świecie? Dlaczego? Kim on jest?

  
 Ona

Po raz pierwszy pojawiła się, gdy po długiej śpiączce i pobycie w szpitalu wrócił do domu. Nie do swojego w dodatku. Do domu Łucji, która wyciągnęła go z letargu, ze stanu pomiędzy życiem, śmiercią i snem. Zakochał się w Łucji od pierwszego wejrzenia, a ona w nim. Jednak miłość nie wystarczyła. Owszem Tadeusz robił postępy w swojej rehabilitacji. Zaczął znów mówić i chodzić. Wszystko wydawało się na nowo układać.

Wydawało się, bo ona przyszła. Jak zwykle we śnie, bo sny w życiu Tadeusza pełniły zawsze ważną rolę i to przez nie znalazł się w śpiączce. Ubzdurał sobie wtedy, że musi wrócić do świata ze snu. Pięknego świata, z którego został wyrzucony. Skończyło się to wypadkiem. Później miłością do Łucji.

Dotarła więc do niego. Jakaś ona. Jej imienia nie poznał. Zobaczył za to dokładnie jej ciało. Piękne nagie. Przykryte białym szalem, a może firanką. Machała tym, patrząc w górę jakby widziała gdzieś wyżej Boga. Oczywiście tego przez duże B. Ważnego dla niej i dla Tadeusza, nawet jeśli nie wierzył w Boga.

Zbliżył się do niej. Cicho powoli jakby hałas mógł ją wystraszyć.  Jej postać falowała na wietrze razem z szalem. Niepokojąco znajoma. Serce na jej widok biło mocniej.

- Kim jesteś? - odważył się zapytać.

Odwróciła się. Uśmiechnęła. Odeszła. Nie tak po prostu, zwyczajnie. Inaczej i jak inaczej? Nie potrafił określić. Wiedział jedynie, że musi iść za nią.

Przeszedł przez ciasno zabudowane ulice, tłumy ludzi. Ona z każdą chwilą stawała się coraz bardziej ulotna, aż pozostał z niej cień. Czy to możliwe, że gonił cień kobiety?

Dotarł do otwartej przestrzeni. W głowie pojawiło się pytanie: gdzie morze? Z tej czy z tamtej strony? Rozejrzał się. Tamta strona po prawej wyłaniała się z mgły. Pełna budynków. Ta po lewej na razie pozostała pusta.

Skręcił w lewo. Wkrótce zobaczył rzekę. Piękna, namawiała do zanurzenia się w niej. Posłuchał, a rzeka pod nim stała się ciemna równie czarna jak cień, który został z kobiety.

Obudził się zlany potem. Zmęczony. Już od rana zniechęcony życiem, choć z kuchni dochodził trzask naczyń. Zwiastun śniadania, które zaraz poda mu Łucja.

Eugenia i Stanisława.

Obie wzdychają nad padającym deszczem. Nieważne, że jakiś czas temu wzdychały nad nagłym ciepłem. Teraz gdy ciepło znikło, mogą narzekać na brak pogody. Dwie nieustraszone emerytki-plotkary. Jak dwaj muszkieterzy obserwują teren za oknem. Może dziś znów kogoś wyniosą w kawałkach, a może coś innego się zdarzy równie ciekawego.

- Słyszałaś, Tadek wraca? - przerywa milczenie Eugenia.
- Tutaj? - jak zwykle dziwi się Stanisława.
- A niby gdzie?Jasne, że tutaj.
- Myślałam, że zamieszkał z tą kobietą, co go uratowała?
- Mieszkał, ale pewnie miała go dość i wyrzuciła darmozjada jednego.
- Co ty mówisz Gienia? Przecież to facet złota rączka.
- Już ja o nim słyszałam. Obiecuje wiele, a potem rzuca robotę i koniec. 
- A mnie ten zamek w drzwiach zreperował. Pamiętasz?

Eugenia fuknęła. Znów Stanisława zamiast ją poprzeć, poparła faceta i to jakiego, obiboka i pijaka.

Stanisława poczuła ukłucie w sercu. Czyżby jej koleżanka sąsiadka ukarała ją samym spojrzeniem. Niepotrzebnie o zamku mówiła. W końcu było, minęło.

- Lepiej już pójdę. Późno się zrobiło.

Stanisława podniosła się. Lepiej wyjść niż siedzieć ze skrzywioną Eugenią.

- Następnym razem ty u mnie - powiedziała, muskając powietrze wokół policzków Eugenii.

Natrętne myśli.

Najpierw w snach, teraz na jawie męczyła go tamta, nieuchwytna kobieta.

Co ci jest? - Wciąż pytała Łucja. Czuła, że coś przeszkadza Tadeuszowi. Jakieś myśli. - Ale o czym? Co zrobić,by mu pomóc? Wejść w sen tak jak wchodziła w stan śpiączki. To jedyny znany jej sposób, by zobaczyć, co się dzieje. Nigdy dotąd nie robiła czegoś takiego. Kiedyś musi być pierwszy raz. W każdym razie dłużej nie można czekać z założonymi rękami. Spróbuję - postanowiła.

Najpierw trochę seksu dla odprężenia. Łatwiej potem wejdziemy razem w sen. - Myślała. 

Jak tylko znaleźli się razem w łóżku, zaczęła go pieścić. Polizała go za uchem, po szyi i nie czując oporu zeszła na dół.

Tadeusz chciał i nie chciał kochać się z Łucją. Myślami znów wędrował po nieznanych ulicach w poszukiwaniu tamtej kobiety. Widział jej krągłe piersi. Poruszające się na wietrze długie czarne włosy. Kształtne pośladki i uda. Budziło się w nim pragnienie nieznajomej.

Zareagował jak chciała Łucja. Już po kilku pocałunkach jego męskość nabrzmiała w jej ustach. Ssała go, a on się wił pod nią z rozkoszy.

Tadeusz przymknął oczy. Usta Łucji zmieniły się w usta tajemniczej kobiety. Jej namiętność łączyła się z jego namiętnością. Tak bardzo jej pożądał. I wreszcie czuł na sobie i w sobie jej ciało.

Łucja siedziała okrakiem na Tadeuszu. Rytmiczne poruszała udami. Ściskała go swoją waginą. Napełniała się falami rozkoszy. 

Kochał się z Kobietą - Cieniem. Z braku imienia sam ją tak nazwał. Jej słodka ciemność oszałamiała. Dawała więcej przyjemności niż ziemska zwyczajna kobieta.

- Kocham cię - szepnęła, a jej szept przerodził się w krzyk spazmu. Wylała się z niego cała rozkosz. Połączyła z jej orgazmem.

Tadeusz otworzył oczy. Z przerażeniem zobaczył nad sobą twarz Łucji. Ja jej nie kocham - zdał sobie sprawę. - Nadal chce tamtej. Ona jest kobietą mojego życia.

Łucja zobaczyła w oczach Tadeusza pustkę. - On mnie nie kocha. Coś mi go zabrało. Może na zawsze.

Padła na poduszkę obok. Łzy płynęły z jej oczu. Świadomość utraty miłości walnęła niczym pięść w jej serce. Zabrakło jej siły, by wejść w jego sen i ratować co pozostało.

Gdzieś.

 Dwóch graczy pochyla się nad planszą.
- A to po co? - pyta wyższy niższego.
- Żeby było ciekawie. Nie mów, że tych też ci żal. Zresztą oni jeszcze będą mieli szansę.



P. S. Wszystkiego dowiecie się w swoim czasie. Oczywiście, jeśli chcecie się dowiedzieć.






wtorek, 25 kwietnia 2017

Ostatni raz przed śmiercią.

Wiosna. Jednak zimno, brak słońca budzi mordercze instynkty.
U kogo? Dlaczego?


 Sen Florentyny

Rzadko zdarzały się jej tak wyraźne, rzeczywiste sny. W dodatku jak się później okazało prorocze.

We śnie znalazła się w dużym pokoju. Na przeciwko na tapczanie leżała kobieta, a obok dwóch mężczyzn. 

- Podobało ci się? - zapytał kobietę jeden z nich.
- Powtórzymy? - zaproponował drugi.

W tym momencie Florentyna poczuła nacisk rzeczywistości. Jakby ktoś chwycił ją za gardło, jakby odsunął podłogę, na której stała. Zachwiała się. Chciała krzyknąć: nie róbcie tego. Uciekajcie. Zaraz stanie się coś strasznego. Co? Nie wiedziała. Krzyknąć też nie mogła. Czuła, że zbliża się przeznaczenie. 

Kobieta całowała usta jednego. Ręką pieściła penis drugiego. Jeden świecił swoją czarną skórą. Drugi rudymi włosami. To ten rudy całował się z nią namiętnie. Rudy lizał jej piersi. Czarny podstawił pod jej usta swoją męskość. Ich podniecenie rosło, a strach Florentyny się powiększał. Strach przed tym, co za chwilę zobaczy. To coś groźnego się zbliżało.

Na razie trwali w uściskach. Czarny wsuwał nabrzmiałego członka do jej gardła. Ona go ssała z uwielbieniem. Rudy pieścił jej łechtaczkę. Przyjemność się zwiększała. 

W końcu obaj w nią weszli. Podniosła się z łóżka, by im to ułatwić. Rudy penetrował ją z przodu. Czarny z tyłu. Wszyscy jęczeli.

A Florentyna po raz pierwszy od dawna zaczęła obgryzać paznokcie. Ona jedna wiedziała, co za chwilę się wydarzy. Coś z każdym spazmem rozkoszy trójki kochanków stawało się coraz bardziej nieuniknione. Straszliwie bliskie.

Ostatnie chwile. Wytryski rozkoszy dwóch mężczyzn i orgazm jednej kobiety. 

Florentyna przestaje myśleć. Drzwi się otwierają. Nikt na to nie zwraca uwagi. Kochankowie nadal przeżywają swoje ekstazy. Do mieszkania wchodzi mężczyzna w płaszczu. 

Jeszcze nic nie widzi. Stoi w przedpokoju. Rozbiera się. Wiesza płaszcz. Zdejmuje buty. Zakłada kapcie. Otwiera kolejne drzwi. I już. Widzi. Kobieta, jego żona i dwóch kochanków.

Wszyscy mają przymknięte oczy. Nic nie przeczuwają. Ich dusze są zbyt daleko. W żadnym umyśle nie błyska intuicja. 

Mężczyzna szybko idzie do kuchni. Wyciąga najbardziej długi i ostry nóż. Przeciąga nim po szyi kobiety. Zaraz potem po szyjach dwóch mężczyzn. 

Jeśli krzyczą, krzyczeli Florentyna już tego nie słyszy. Widzi jedynie buchającą z ich ran krew. Jakby film zwolnił, bo krew spada bardzo wolno. Słychać muzykę z ,,Hanibala,, filmu, który Florentyna wczoraj oglądała. Już wie, że to zwolnienie akcji też z tego filmu.

Florentyna krzyczy: ale to nie film, nie film. Budzi się z sercem, które skacze przerażone.

To tylko sen. Pociesza się w myślach Florentyna. Zdecydowała. Nie będzie już oglądać tego koszmarnego serialu.

Eugenia i Stanisława.

Spotkały się u Stanisławy, bo wiosna nagle zrobiła się zimna i już nie da się wysiedzieć na ławce przed blokiem.

Obie patrzyły na wynoszone ciała zakryte prześcieradłem i na mężczyznę odprowadzanego w kajdankach do wozu policyjnego. Wcześniej słyszały hałas policyjnych syren, pisk szybko nadjeżdżających samochodów.

Pierwszy szok minął. Teraz wreszcie mają temat do rozmowy.

- Mój Boże, ten facet to mąż Justyny - zaczyna Stanisława.
- Czyli pozostali muszą być Justyną i jej kochankami - stwierdza Eugenia. - Doczekała się.
- Co ty. Niemożliwe. Justyna i jej kochankowie?!
- Niemożliwe? A kto tu się ciągle kręcił. Rudy i czarny, jej kochankowie. Wiedziałam, że prędzej czy później źle się to skończy.

- Nie mogę uwierzyć. 
- Zobaczysz. Napiszą w gazetach. Co myślisz, żeby jej męża bez powodu zabrali.
- Nie wiem, nie wiem.
- A te trzy ciała. Liczba się zgadza. Justyna i jej dwaj kochankowie.
- Że też musiała upaść tak nisko. Pomodlimy się za nich?
- Żartujesz. Będę się modlić za bezbożników. Dostali za swoje.
- Może i masz rację.

Stanisława przytakuje Eugenii, ale czuje się z tym źle. Jak wróci do domu, pomodli się za ich dusze. Modlitwa jeszcze nikomu nie zaszkodziła, a jej na pewno pomoże. Z uczuciem, jakie się w niej pojawiło nie da rady bez modlitwy, a Eugenia, cóż, nie musi o tym wiedzieć.

Florentyna

Z pewnym opóźnieniem dociera do niej, co się stało. Po źle przespanej nocy wstała dopiero o dwunastej. Rozbita. Jakby ktoś po niej przejechał czołgiem. 

Wizja ze snu wraca przy śniadaniu. Odbiera apetyt. Florentyna odstawia dopiero co napoczętą kanapkę. Ubiera się. Może spacer jej pomoże pomoże dojść do siebie.

Niestety trafia na Eugenię. Stoi jakby na nią czekała.

- Wie pani sąsiadko, Justynę zabili.
- Naszą Justynę?
- Tak i jej dwóch kochanków.
- Kiedy? Kto?
- Jej mąż. Widziałam jak go wyprowadzali i ciała wynosili.

Po raz pierwszy od dawna nogi się uginają pod Florentyną. Robi się jej ciemno przed oczami. To nie może być prawda. Nie może. Coś krzyczy w jej świadomości.

Naprawdę krzyczy Eugenia.

- Ludzie ratunku, sąsiadka zemdlała.

Gdzieś

Dwóch graczy nad planszą.
- Po co to zrobiłeś? - pyta ten wyższy niższego.
- Żal ci pionków? - śmieje się niski.
- Nie, ale...
- Nie ma żadnego ale. To tylko gra. Nic więcej.


P. S. Gra trwa dalej. A co jeszcze się wydarzy? Zobaczycie.


    

  




wtorek, 18 kwietnia 2017

Jajo mądrości.

Już po świętach. Ile jajek zjedliście? Czy wykorzystaliście ten czas na odpoczynek? Czy może na siedzenie przy stole i patrzenie w telewizor lub w komputer?

A ja? Zjadłam trochę sernika i szybko wróciłam do pisania.
I co mi z tego wyszło? Sami zobaczcie i oceńcie.


Miejsce: Świat po śmierci.
Czas:  Nieokreślony.
Bohaterowie: Wiktor - wampir, Filip - dawniej zwykły facet, teraz też wampir, Pan Losu - podobno rządzi tym światem, Joanna - właścicielka Jaja Mądrości i również władczyni świata; Rudy, Łysy, Brunet - hotelowi goście.

Dialog 1.

Miejsce: Bar w hotelu Wieczna radość.

Wiktor siedzi w ciemnym rogu sali za słupem. Nie wie, że w innym kącie siedzi Filip jego niedawna ofiara, choć nawet nie udało mu się go porządnie ugryźć. Jedynie trochę go polizał. I proszę, to wystarczyło, by zamienić Filipa w prawie wampira. Prawie, bo do całości brakuje mu tylko ostrych długich zębów. Złapanych ludzi musi ciąć nożem. Z tego powodu szuka go policja, wampiry i dawna przyjaciółka Łucja.

Filip podobnie jak Wiktor nie wie, że w innym rogu sali siedzi ktoś znajomy. 

Wiktor podsłuchuje rozmowę przy sąsiednim stoliku. Rozmówcy z powodu słupa nie widzą Wiktora. Myślą, że nikt się nimi nie interesuje.

Piją piwo z dodatkiem ludzkiej krwi. Tylko tutaj, w tym barze dostępne dla wampirów, ponieważ bar i hotel zbudowano z myślą o wampirach.

Rudy facet z piegami na twarzy: Wiecie, co mi się ostatnio śniło?
Brunet z krzywym nosem: Twoja była?
Łysy: Pusta butelka?
Rudy: Jedno wam w głowie, baby i wódka.
Brunet: No, nie,jeszcze krew. Ognisto czerwona.

Brunet się oblizuje wyjątkowo długim językiem.

Rudy: Powiem wam, bo się nigdy nie domyślita. Śnił mi się Pan Losu.

Łysy ( śmieje się ): Bajdy.
Brunet ( krzyczy ):Cicho. Bajdy nie bajdy, ale ciekawe.

Zachęcony Rudy gada dalej.

Rudy: Miał na sobie taki elegancki czarny płaszcz, kapelusz, białą koszulę, krawat.
Łysy: Ty też taki masz. 
Rudy: Już nie. Odkąd mnie Grażyna zostawiła, nie ma mi kto wyprać.
Łysy ( śmieje się ): Załatw se służącą.
Brunet: Cicho. Co z tym Panem Losu? Mówił ci coś?
Rudy: Że jak dotrę do Jaja mądrości, wszystko będę wiedział.

Teraz śmieją się obaj i Brunet i Łysy.

Brunet: Nie ma jaja mądrości ani żadnego pana losu. 
Łysy: Ano, mówiłem, że nie ma. Mówiłem.

Rudy wstaje.

Brunet: Gdzie idziesz?
Rudy: Do siebie.
Łysy: A idź. Może znów ci się coś przyśni i nam opowiesz.

Z kąta wychodzi Filip. Idzie powoli za Rudym.

Wiktor ( myśli ): Znajoma twarz. Skąd ja go znam. Zaraz, zaraz. To przecież Filip. Niemożliwe. On siedzi w domu. Pilnują go. Facet bardzo do niego podobny i tyle.

Wiktor wzrusza ramionami.


Dialog 2.

Miejsce: Pokój Rudego. Czarno-biały tak jak inne pokoje. Wampiry bardzo lubią te dwa kolory. Czarny jak noc i biały jak niewinna piękna dziewczyna, już nie dziecko ale jeszcze nie kobieta. Jak smaczna jest jej krew. Jak bardzo czerwona.

Oprócz łóżka w kształcie trumny duża szafa i mały stolik. Nic więcej, bo prawdziwy wampir niczego nie potrzebuje. Tylko krwi i spokoju.

Rudy kładzie się na łóżku. Czuje zmęczenie w każdym kawałku swojego ciała. W głowie mu się kręci od nadmiaru alkoholu. Pragnie snu. Zanurzyć się w ciemną otchłań i po chwili znów zobaczyć krainę zieleni, kwiatów. Krainę Pana Losu i Jajo mądrości. Pewnie stworzone przez niego jak wszystko tutaj i tylko takie barany jak jego kumple o tym nie wiedzą.

Rudy ( myśli ): Spać. Zapomnieć o baranach. 

I Rudy zasypia. Na swoje własne nieszczęście.

Drzwi do pokoju otwierają się. Wchodzi Filip. Zbliża się do łóżka. Rudy nadal śpi. Po chwili słychać jego chrapanie.

Filip ( myśli ): Cudowny zapach wampirzej krwi. Jeszcze jej nie próbowałem. Na pewno doda mi sił i wiedzy jak dotrzeć do Pana Losu.

Filip nie słyszał rozmowy. Siedział zbyt daleko. Nawet nie wie jak blisko jest do odpowiedzi: gdzie jest Pan Losu. Nie wie, że za chwilę wszystko zmarnuje. Odpowiedź zniknie. Odejdzie razem z wampirem.

Filip wyjmuje nóż z plecaka, który razem z nożem ukradł pewnemu turyście. Zresztą nie tylko to. Zabrał mu również krew. Całą, bo Filip nie zostawia resztek.

Swoim zwyczajem tnie szyję. Rudy jedynie gwałtownie macha rękami i jęczy. Szybko jednak się uspakaja. Z każdą chwilą coraz mniej w nim krwi. Za to w Filipie coraz więcej i więcej.

Filip się dławi. Dusi. Wymiotuje krwią zabraną Rudemu.

Filip ( mówi do siebie dość głośno ): Jaka ona gorzka. Jaka wstrętna. Nigdy więcej nie będę pić krwi wampira.

Biedak nie wie, że dzięki tej krwi, którą przed chwilą zwymiotował, dotarłby do Pana Losu. Stracił szansę. Kiedy pojawi się następna i czy z niej skorzysta? Nie wiadomo.

Dialog 3.

Miejsce: Nadal pokój Rudego.

Wiktor wchodzi przez otwarte drzwi. Gdyby nie był odporny na widoki trupów, już pewnie by wrzeszczał. Tyle tu krwi. Posiekana szyja Rudego i jego oczy. W chwili śmierci same się otworzyły i jakby wbiły spojrzeniem w kogoś, kto stał na przeciwko, w mordercę.

Wiktor szybko się wycofuje. Nie chce zostawić żadnych śladów. Klamkę wyciera swoją chusteczką.

Wiktor ( myśli ): Kurcze, ten facet to jednak musiał być Filip. Tylko on zabija, bo nie umie gryźć i ssać po wampirzemu. A wszystko przeze mnie. Ja go zamieniłem w to coś, czym jest. Trzeba się stąd wynosić zanim przyjedzie policja. Z drugiej strony jak teraz wyjadę w pośpiechu stanę się podejrzanym. Nie, zostaję. Nie, jadę. Przecież spowolni to moje poszukiwania Jaja Mądrości.

Dialog 4.

Miejsce: Jajo mądrości.

Pan Losu stoi i obserwuje przez okrągłe okno wydarzenia w hotelu Wieczna Radość. 

Joanna: I jak tam?
Pan Losu: Po co się pytasz? Dobrze wiesz jak tam. Twoje sztuczki się udały.
Joanna ( śmieje się ): Nie mów, że jesteś zły. Dobrze się bawiłeś razem ze mną.

Pan Losu: Mogło być inaczej. 
Joanna: Jak? Chciałeś, żeby Klemens ( Rudy ) tu przyszedł? A może Filip albo Wiktor?
Pan Losu: Nie, ale od razu morderstwo.
Joanna: Odkąd to się przejmujesz śmiercią zwykłych śmiertelników?

Pan Losu: Nie zapominaj, że nie jesteśmy nikim więcej jedynie graczami. Grę ustawia ktoś inny.
Joanna: E, tam. Zawsze te twoje filozofie. Jajo należy do mnie i ja, pamiętaj, nikt inny niczego nie ustala.

Pan Losu uśmiecha się. Odchodzi od okna. Obejmuje Joannę. Całuję ją. Razem idą do wielkiego łoża, by oddać się namiętnej zmysłowej miłości.

Gdzieś za nimi cień, prawdziwego władcy, a za jego cieniem następny cień i następny. Do końca nie wiadomo kto jest tym ostatnim. Wszystkim się wydaje, że oni są jedyni.

 
P. S. I znów koniec w najmniej oczekiwanym momencie. Co dalej?
Zobaczymy, jeśli chcecie.




 




 



  

wtorek, 11 kwietnia 2017

Przestrzeń Obok.

Nie należy ani do świata śmierci, ani do świata życia. Jest trochę ze snu i wyobraźni. Reszta pozostaje nieznana, nieodkryta. Trafiają tu osoby pożarte przez potwory z mgły miasta Upierdliwość. Tu przeniosła się Ilona, szefowa sekty Pozytywni.

I co było dalej?


Miejsce: Świat przestrzeni Obok.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Ilona - szefowa sekty Pozytywni, Franciszka - babcia Ilony, 
Andrzej - jej mąż, Basia - najlepsza koleżanka Ilony.

Dialog 1.

Miejsce: Przestrzeń Obok, która przypomina podwórko przed blokiem, w jakim kiedyś mieszkała Ilona ze swoimi rodzicami. Trzepak, piaskownica prawie bez piasku, asfalt zamiast trawy, kolorowe drabinki, dwie skrzypiące huśtawki.

Siedmioletnia Basia wychodzi z bloku po obiedzie. Przez chwilę się rozgląda. Dostrzega siedmioletnią Ilonę i macha do niej ręką. Tą wolną. W drugiej ma sok pomidorowy.

Basia: Mam coś dla ciebie.

Ilona jakimś cudem wie co. Sok pomidorowy z dodatkiem soli i pieprzu. Basia zrobiła, żeby zobaczyć jej reakcję. Dokładnie skrzywioną minę. Może przy tym padną niecenzuralne, wulgarne słowa. Basi nie wolno ich mówić w domu ani na podwórku, ani w szkole, bo jak by się ojciec dowiedział, to by jej zdarł skórę z tyłka. Tak jej kiedyś powiedział. Basia nie chce zostać bez skóry na tyłku, więc słów nie mówi, ale za to prowokuje. Stara się z całej siły, by inni przy niej te słowa krzyczeli. Oczywiście z wyjątkiem ojca, bo on jakby w szał wpadł, nie wiadomo, co by się działo.

Ilona podchodzi bierze z rąk Basi kubek i wylewa jej na głowę jego zawartość. Basia krzyczy samymi wulgarnymi słowami.

Rzeczywistość przed oczami Ilony ciemnieje i znika. W oddali słychać oklaski.

Głos z ciemności 1: Brawo.
Głos z ciemności 2: Dobra robota. Nadajesz się.
Ilona: Do czego?
Głos 1: Jak do czego? Żeby tu być z nami.
Ilona: Czyli gdzie?
Głos 2 ( śmieje się ): Stary, ona nie wie, gdzie jest?
Głos 1: Jak każdy. I tak trzymać. Dowiesz się później.
Ilona: Kiedy?
Głos 1: Dość dyskusji. Test numer dwa.

Dialog 2.

Miejsce: Mieszkanie Ilony i jej rodziców oraz babci. Duży pokój. Stół przykryty białym obrusem. Brązowy segment, a w nim na pierwszym miejscu stary, czarno-biały telewizor. Wszystko inne też brązowe z wyjątkiem niebieskich ścian. Wnętrze dobrze oddaje rzeczywistość komunistycznego kraju.

Z kuchni wychodzi babcia z talerzem pełnym placków.

Babcia: Obiad na stole.

Czternastoletnia Ilona wychodzi ze swojego pokoju, jednego z dwóch mniejszych, do którego wchodzi się z małego korytarzyka przy dużym pokoju. Drzwi na przeciwko prowadzą do pokoju babci. Do dużego wchodzi się prosto z korytarza-przedpokoju.

Ilona wie, że placki babci są twarde, przypalone, niesmaczne.

Ilona: Dziękuję, ale nie jestem głodna.
Babcia: I znowu. Nie wiem już co mam robić, żebyś zjadła. 
Ilona: Najlepiej nic nie rób. Gotowanie nie jest twoją mocną stroną.
Babcia ( uderza ją ścierką w plecy ): Zobaczysz jeszcze upragniesz.
Ilona: Babciu mówi się zapragniesz.
Babcia ( uderza ją mocniej ): I jeszcze pyskuje, gówniara jedna.

Ilonie puszczają nerwy. Wyrywa babci ścierkę i uderza ją w twarz. Babcia płacze. Obraz ciemnieje i znika. Głosy z ciemności się znów cieszą.

Głos 1: Wiedziałem, wiedziałem. Nadaje się.
Głos 2: Ostatnia próba? Czy jeszcze się pobawimy?
Głos 1: Zobaczymy.
Ilona: Kim wy jesteście? Kim ja jestem? Co to za testy? Proszę powiedzcie mi.
Głos 1: Wszystko w swoim czasie.
Ilona: Proszę, teraz. 
Głos 2: Dość.

Ciemność przerzedza się. Wyłania się z niej kolejny obraz, kolejny test.

Dialog 3

Miejsce - mieszkanie Ilony i Andrzeja, jej męża. Długi przedpokój i drzwi: wyjściowe, do łazienki, do kuchni, do dużego pokoju, do małego pokoju.

Ilona wchodzi do mieszkania z ciężką walizką na kółkach. Jeszcze się cieszy z niespodzianki, jaką zrobi mężowi swoim pojawieniem się. Wróciła z wyjazdu służbowego wcześniej niż myślała.

Dźwięki dobiegające z dużego pokoju sprawiają, że drętwieje. Powstrzymuje oddech. Niemożliwe - myśli. A jednak możliwe. Znów je słychać: westchnienia i jęki. W dodatku dwa męskie głosy. Ilona stoi bezradnie. Powoli ogarnia ją złość.

Otwiera drzwi do pokoju. Na ich dużym małżeńskim łóżku oni: jej mąż i jego kochanek. Leżą na sobie. Kochanek na mężu. Właśnie wsuwa swój penis do jego odbytu. Obaj krzyczą z rozkoszy.

Ilona rzuca się w ich kierunku. Uderza pięściami kochanka po plecach aż on gwałtownie odskakuje. Teraz jeden i drugi patrzą na nią wielkim z zaskoczenia oczami.

Ilona ( krzyczy ): Świnie. Wynoście się z mojego mieszkania zanim was zabije.
Andrzej: Może porozmawiamy na spokojnie. Wszystko ci wytłumaczę.
Ilona ( nadal wściekła rzuca w niego swoim kapciem ): Wypieprzaj stąd ale już.
Andrzej: Ok, ok.

Młody kochanek, teraz widać, że może mieć 20 lat, podczas, gdy Ilona skończyła 30, a Andrzej zbliża się już do 40, szybko wciąga na siebie swoje czarne ubranie, z wyjątkiem białej koszulki. Wygląda na takiego, co jeździ szybkim motorem. Może zresztą ten wypasiony motor przed blokiem należy do niego.

Ilona dostrzega go kątem oka. Całą uwagę skupia na mężu. Czuje jak złość się w niej kotłuje. Jeśli on się szybko stąd nie zabierze, zabije go. Jednak on nie rozumie. Nie przeczuwa niebezpieczeństwa. Jeszcze stara się ją zagadać. Gra na czas. Źle. Bardzo źle.

Ilona biegnie do kuchni. Bierze największy nóż i wsadza mu go w serce. Na szczęście kochanek już wybiegł. Nie widział. Nikt nie widział.

Ilona nabiera dziwnej siły. Jakby stres zwiększał jej możliwości. Jakby stres pomagał jej usunąć ciało. 

Ilona wkłada swojego już byłego męża do worka po ziemniakach. Znosi na dół do bagażnika ich wspólnej skody combi. Zamyka. Wsiada za kierownicę. I koniec. Obraz ciemnieje i znika.

Głos 2: Jestem pod wrażeniem. Gratuluję. Zdałaś.
Głos 1: To już się nie bawimy?
Głos 2: Już mi się znudziło.
Ilona: O co chodzi? Powiedzcie.
Głos 1: A mówiliśmy, że powiemy?
Głos 2 ( śmieje się ): Ok. Powiemy ci. Jesteś z nami w przestrzeni Obok i będziesz tu tak długo dopóki nie zrozumiesz swoich błędów.
Ilona: Jakich błędów? Przecież nic nie zrobiłam. Nie rozumiem.
Głos 1: Może kiedyś zrozumiesz, a dopóki nie, siedzisz tu z nami.

Dialog 4

Miejsce: Centrum miasta. Bloki, śmietniki, sklepy, ludzie, samochody i hałas.

Ilona nie rozumie dlaczego tu jest i kim jest? Kim była? W pamięci majaczą jej cienie: babci, Basi, Andrzeja i jego kochanka i jakieś Głosy. Ludzie albo inne istoty. Te, które ją tu wsadziły. Kazały coś zrozumieć, ale co? Nie pamięta. 


P. S. Czy Ilona kiedyś zrozumie, co zrobiła źle? Czy to naprawi? Czy wróci do Upierdliwości i swojej pomarańczowej sekty Pozytywni? Zobaczymy. A chcecie zobaczyć? 

 


 

wtorek, 4 kwietnia 2017

Narzeczony przyjaciółki.

Jeśli ktoś czyta mnie regularnie i w dodatku od początku do końca, może się już domyślił o czym za chwilę napiszę. Jeżeli nie, nic nie szkodzi. W końcu to nie żadna konkursowa zagadka. Może taką wymyślę, ale jeszcze nie teraz.
Kto więc dziś znajdzie się w centrum mojej uwagi? 

 Myśli

Radomiła sądziła, że w mieszkaniu Róży uda się jej poukładać myśli w głowie. Podjąć wreszcie decyzję. Z kim chce być, z Kazimierzem aktualnie wolnym, bo żona odeszła, czy z Teo też obecnie bez przydziału? Obaj byli atrakcyjnymi mężczyznami. Każdy z osobna wiele mógł jej z siebie dać: czułości, miłości, zrozumienia. Czy jednak na pewno tyle, ile by chciała?

Obaj zaproponowali wspólne życie. Do Kazimierza już jechała, gdy odezwał się Teo. I tak zamiast z Kazimierzem przez chwilę była z Teo, a w końcu wylądowała w mieszkaniu Róży. Do mieszkania dzielonego z matką, ciotką i babką nie chciała wrócić.

Na początku dzwonił Kazimierz. Nie odbierała. Nie wiedziała, co mu powiedzieć. Niby dlaczego zrezygnowała z przeprowadzki do jego domu? Przecież nie powie mu o Teo. 

Później, gdy już sobie wymyśliła słowa, Kazimierz przestał się odzywać. Gorzej, teraz on nie odbierał jej telefonów. Jego milczenie podziało na nią jak zimna woda. Dotarł do niej ból i pragnienie. Dlaczego - pytała się w myślach - nie zostałam u niego? - Zawiodłam go. Znajdzie sobie inną.

W tych i podobnych myślach Radomiła się pogrążała z dnia na dzień coraz bardziej. I w narzekaniach Róży: znów nie posprzątałaś, nie zrobiłaś obiadu, pracy szukałaś czy tylko siedzisz i gapisz się w sufit.

Może jednak powinnam wrócić do swoich bliskich - zastanawiała się Radomiła.

Róża na odległości zyskiwała. Im większa, tym ona lepsza. Bliskość dodawała jej ciągle nowych wad. 

Już prawie się zdecydowała. Nie w sprawie Kazimierza i Teo, ale powrotu do domu, gdy pojawił się on.

Eugenia i Stanisława.

Zrobiło się ciepło, więc znów siedziały na ławce przed blokiem. Swoim zwyczajem narzekały na pogodę.
- Najpierw zimno, zimno, a potem nagle gorąco - wzdychała Eugenia.
- Atmosferę nam popsuli tymi wszystkimi wyprawami w kosmos - Stanisława też wzdychała.
- I jeszcze te paski na niebie. Dziwne takie. Trucizny nad nami rozpylają.
- Pewnie. Inaczej niebo byłoby normalne. Człowiek nie wie, kiedy i na co umrze. Trują nas z każdej strony.

W sprawie trucizn i złego świata Eugenia i Stanisława świetnie się dogadywały.

- A wiesz widziałam wczoraj córkę naszej Zdzisi, tą jak jej tam, Miłkę - powiedziała Eugenia.
- I co? - ciekawiła się Stanisława.
- Robiła zakupy w tym nowym markecie na górce. Nie sama. Z koleżanką.
- To jednak Zdzisia prawdę mówiła, że się przeniosła do koleżanki.
- Albo jej z tym facetem nie wyszło.
- Tu na miejscu ma młodego fajnego, to nie. Szuka gdzieś nie wiadomo czego.

Dzięki plotkom o Radomile rozmowa Eugenii ze Stanisławą nabrała nowych świeżych kolorów.

- Może on ją wyrzucił, bo sprzątać nie chciała - stwierdziła Eugenia.
- W domu nie sprzątała? - zdziwiła się Stanisława, która każdą wolną chwilę poświęcała na sprzątanie.
- Zdzisia nie raz się na nią skarżyła, że nic nie robi.
- Tak ją wychowała, a teraz proszę ma rezultat.
- Swoją drogą ta dzisiejsza młodzież...

Nikodem

Na początku Radomiła się cieszyła. Wreszcie znalazł się ktoś, kto zawrócił w głowie Róży. Dzięki temu już nie patrzyła tyle na Radomiłę, kiedy i co robi lub nie robi.

Dopiero później wyszła na jaw prawda o nowym chłopaku Róży.

Lubił kobiety i choć poprosił Różę o rękę, nie miał zamiaru z nich rezygnować. Róża oczywiście niczego się nie domyślała. Dlatego nie zauważyła spojrzeń, jakimi mierzył ciało Radomiły.

Radomiła już znała te spojrzenia i czuła, co się szykuje. Zaczęła więc wychodzić, gdy on przychodził.

Jednak raz się nie udało. Może dlatego, że chciała po drodze zejść do piwnicy. Zanieść tam kilka pustych słoików po dżemach robionych własnoręcznie przez Różę. Niepotrzebnie za nie się zabrała .

Nikodem od razu się wtrącił.
- Sama nie będziesz znosiła takiego pudełka - wskazał na jej pakunek, który próbowała najpierw umieścić w dużej reklamówce, a potem wziąć pod wolne ramię. 
- Dam radę - zapewniała.
Niestety bezskutecznie, bo zaraz wtrąciła się Róża.
- Jak chce ci pomóc, niech pomaga.

Czy ona naprawdę nie widziała rąk Nikodema błąkających się blisko pupy Radomiły? Nie widziała.

Dobrze, że wzięła jeszcze nóż. Schowała go w kieszeni spodni. Mały, ale poręczny. Do końca nie wiedziała, co z nim zrobi. Po co chowa go w kieszeni? 

Jedynie czuła. Niepokój gęstniał coraz bardziej od momentu, gdy wyszli z domu: ona i on. Powoli schodzili po schodach. Nikodem trzymał pudełko. Dopóki je trzymał, Radomiła mogła być bezpieczna. Mimo to strach zjeżył jej włoski na skórze. Myśli uciekły. Zastąpiła je pustka i męczące przeczucie. Za chwilę coś się zdarzy. Nie da się przed tym uciec. Musi to przeżyć.

I stało się. Zaraz za drzwiami piwnicy. Nikodem chwycił Radomiłę za jej długie jasne włosy. Krzyknęła.

- Cicho - rozkazał, wykręcając jej rękę do tyłu. - Jak będziesz grzeczna, przeżyjesz.
- Dobrze - zgodziła się.

Postanowiła, że przez chwilę będzie udawać potulną panienkę. 
- Co mam zrobić?
- Zdejmij spodnie i majtki. Odwróć się do tyłu.

Zrobiła, co kazał. 

Da mu, a potem go zabije - pomyślała.

Pochylił ją do przodu. Głową dotykała ściany. Wszedł w nią gwałtownie. Przy każdym ruchu sapał jakby odwalał ciężką robotę. Po raz pierwszy Radomiła nie czuła przyjemności. Jedynie swoje walące serce.

- Lubisz to tak? - krzyczał.
- Tak - odpowiedziała.
- Głośniej.
- Tak, tak, tak.

Uderzał rękami w jej pośladki.

- Dziwka, suka - powtarzał jedno wulgarne słowo za drugim. Jakby go to podniecało.

Dupek jeden. Już ja ci pokażę - Radomiła zaciskała zęby. W głowie pojawił się pewien pomysł. Dziwne, że jeszcze mogła myśleć.

- Chcesz, to cię poliżę - zaproponowała.
- Dobra. Tylko dokładnie.

Na szczęście zgodził się. 

Radomiła uklękła przed nim wzięła do ust jego penisa. Ssała go intensywnie, aż zamknął oczy z napływającej rozkoszy. Wtedy sięgnęła po nóż ukryty w spodniach. Bez wahania przejechała ostrzem po penisie. 

Wył z cierpienia. Sięgnął znów po jej włosy. Przewidziała ten ruch i pocięła mu ręce.

- Ty kurwo, zabiję cię.

Pomimo bólu rzucił się na nią. Próbował zabrać jej nóż. Uderzył jej głową o ścianę. Czas się skurczył. Radomiła zachwiała się. Upadła. Świat zamigotał i zniknął.

Eugenia i Stanisława.

Pogoda wciąż im sprzyjała, więc siedziały na ławce.

- Miłka w szpitalu - powiedziała Eugenia.
- Co jej się stało? - zainteresowała się Stanisława.
- Narzeczony przyjaciółki chciał ją zabić.
- O rety.
- Na szczęście sąsiad ją uratował.
- Jak? Gdzie?

To dopiero był news. Wiadomość jakich mało. Wreszcie mogły i miały o czym gadać.

- W piwnicy - oznajmiła Eugenia - poszedł tam za nią. Podobno próbował zgwałcić. Broniła się. Zbił ją strasznie.
- Co na to Zdzisia?
- Nic. Płacze. Ja wszystkiego dowiedziałam się od Czesi.
- Ona nie płacze?
- Wiesz, po obozie w Niemczech ma stalowe nerwy.
- Też bym tak chciała.
- Być w obozie? Czy zostać zgwałconą?

Eugenia spojrzała na Stanisławę. Stanisława na Eugenię. Obie westchnęły.

- Późno się zrobiło. Pójdę już - odezwała się wreszcie Stanisława.

Wizyta.

Radomiła leżała. Patrzyła w sufit i starała się nie myśleć. Jednak myśli wciąż ją atakowały. Pod powiekami nadal pojawiał się obraz gwałcącego ją Nikodema. Jego wyzwiska. Niechciany seks. Wszystko wracało jak żywe.

- Dzień dobry kochanie. Jak się czujesz?

W otwartych drzwiach pojawił się Kazimierz z bukietem czerwonych róż.

- Teraz już się chyba do mnie przeprowadzisz, prawda?


P.S. Zobaczymy. Na razie jednak cieszcie się dobrym zakończeniem.