wtorek, 17 października 2017

Czarodziej i wiedźma.

Bardzo dawno temu żył sobie na Ziemi pewien czarodziej i pewna wiedźma. Służyła im przestrzeń. Służył im czas. A jednak zaczęli się nudzić. Dlatego przenieśli się z własnej woli na drugą stronę rzeki istnienia do świata po śmierci. 
I tak się zaczęła ta historia.

Obraz Igora Morskiego

Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Aurelia - wiedźma, Bolelut - czarodziej, Roksan - android,

Dialog 1.

Miejsce: Dom czarodzieja Boleluta, jego gabinet.

Aurelia przekręca wytrych w dziurce od klucza. Wysokie drewniane drzwi otwierają się ze skrzypieniem. Wreszcie tajemniczy, zawsze zamknięty przed Aurelią pokój stoi otworem. Zaskakuje ją swoim ponurym czarno-białym wnętrzem. Nie widać niczego w ulubionych, jak sądziła, kolorach Boleluta. Psychodelicznych barwach wżerających się w oczy i umysł jak muchy w ciało nieboszczyka. Tutaj panuje spokój, cisza, nastrój sekretów. 

Aurelia ( myśli ): Na pewno gdzieś to tu jest, coś, co mnie wypuści z tego domu, ale gdzie? Boże, gdzie? Ja dłużej nie wytrzymam. Duszę się. Chcę wrócić do siebie.

Wygląd gabinetu Aurelię rozczarowuje. Zamiast oczekiwanych książek, w końcu Bolelut sprawiał wrażenie oczytanego, szafy. Na półkach obok różne aparaty telefoniczne jakby czarodziej specjalizował się w naprawach albo był zwariowanym kolekcjonerem. Duże biurko niestety zamknięte. Wytrych Aureli nie pasuje do żadnej szuflady. Gdy załamana osuwa się na dywan, z szafy wychodzi nagle kobieta z długimi jakby wylizanymi przez psa włosami. Bardzo wysoka i chuda. Patrzy na Aurelię pomalowanymi na czarno oczami. Krzywi w uśmiechu czarne usta. Biała sukienka sięgająca za biodra wisi na niej jak żagiel. Całość dopełniają czarne dżinsy i glany. 

Marta: Jesteś jego nową kochanką?
Aurelia: A ty?
Marta: Marta, stara kochanka. Zesłał mnie do szafy jak już mu się znudziłam.
Aurelia: Do szafy?
Marta: W zasadzie za szafę. Szafa to tylko przejście.
Aurelia: Dokąd?
Marta: Nie chciałbyś wiedzieć.
Aurelia: Jednak bym chciała.
Marta: Jak już mu się znudzisz, sama zobaczysz.
Aurelia: Próbowałaś stąd uciec?
Marta ( śmieje się ): Nie ma takiej opcji. 

- A może jest? - nowy głos odzywa się z szafy obok okna. Po chwili za głosem pojawia się piękność, oczywiście jeśli ktoś lubi kobiety w stylu Marilyn Monroe. Słodka blondynka w różowej sukience, różowym makijażu i z różową małą torebką. Podchodzi do Aurelii podaje jej rękę w długiej do łokcia białej rękawiczce.

Cecylia: Jestem Cecylia, pierwsza i ostatnia miłość Boleluta.
Marta: Akurat.
Cecylia: Nie słuchaj tej wiedźmy. Tutaj masz klucz do szuflady.

Cecylia podaje Aurelii mały złoty kluczyk. Marta wzdycha i się krzywi jakby zamiast kluczyka zobaczyła paskudną szmatę. Aurelia otwiera pierwszą szufladę biurka. Z środka wyciąga stare podarte gazety. Marta się śmieje.

Cecylia: Mówił, że kluczyk otwiera wszystkie szuflady.
Marta: Kto mówił? Twój kochany Bolelut? I kiedy mówił? Jak cię odstawiał do szafy?
Cecylia: Przestań. Nic nie rozumiesz.
Marta: A ty rozumiesz?
Aurelia: Mam.

Cecylia i Marta już są przy niej. Wyrywają jej z rąk gruby zeszyt w brązowej oprawie. Wygląda jak książka. Każda z nich chce go pierwsza otworzyć. Każda myśli, że to pamiętnik czarodzieja, a tymczasem kartki w środku świecą bielą. Na jednej tylko dwa słowa: prawdziwy człowiek. 

Marta ( znów się śmieje ): Oszukał ciebie, nie, nas oszukał.
Cecylia: Niemożliwe. Pisał pewnie sympatycznym atramentem albo jakoś zaczarował całość.
Aurelia: Nieważne, i tak ucieknę albo w końcu go zabiję.

Dialog 2.

Miejsce:  Kawiarnia Pod mechaniczną pomarańczą.

Właścicielem jest android Stefan. Stworzył to miejsce z myślą o takich jak on, o smutnych, samotnych androidach. Kawiarnia znajduje się na parterze wielkiego wieżowca. Zewnątrz wydaje się mała. W środku tworzy labirynt kolorowych sal. Spotkasz tu wszystkie barwy z wyjątkiem białej, czarnej i szarej, których Stefan nie lubi. Uważa, że przynoszą pecha. Poza tym zgodnie z ziemską nauką nie są kolorami. A Stefan w dawnym życiu był człowiekiem, w dodatku uznanym fizykiem.

W ciemnym rogu pierwszej przy wejściu sali niebieskiej przy okrągłym stoliku też niebieskim siedzi Roksan z czarodziejem Bolelutem. Bolelut pije piwo. Roksan nic nie pije.

Bolelut: Ładnie tutaj.
Roksan: Po co właściwie chciał się pan ze mną spotkać?
Bolelut: Zacznijmy od tego, że mam na imię Bolelut. Możesz do mnie mówić Bolek, dobrze.

Roksan wzrusza ramionami.

Bolelut: Chcę udowodnić ludziom, że nie ma czegoś takiego jak prawdziwy człowiek, bo czym jest prawda? Wiesz czym?
Roksan: Czym?

Roksan żałuje coraz bardziej, że zgodził się spotkać z czarodziejem. Na jego niespodziewany telefon zareagował jak człowiek nie jak android. Uległ impulsowi, ciekawości i pragnieniu, żeby odzyskać szczęście, bogactwo, miłość, które czuł przez chwilę za sprawą Zaczarowanego Ołówka. Przez jedną krótką chwilę czuł się jak człowiek. Teraz znów jest tylko maszyną z ciałem człowieka. Roksan potrząsa głową jakby ten gest mógł odgonić złe myśli. Utwierdzić go na nowo w przekonaniu, że androidy były, są i będą lepsze niż ludzie.

Bolelut: Wiem co myślisz. Nic cię nie obchodzi moja teoria prawdy i mój projekt. Nieważne. Zrobię to nawet, jeśli się nie zgodzisz.
Roksan: Co? Na co mam się zgodzić?
Bolelut: Zacząłeś słuchać? Dobrze. Oddasz mi do dyspozycji swoje ciało, a ja w zamian spełnię twoje marzenia. 
Roksan: Co?! Jak oddam?!
Bolelut: Spokojnie. Zwyczajnie zgodzisz się na moje testy do projektu prawdziwy człowiek.
Roksan: Testy?! Nie, w żadnym wypadku. I dlaczego ja?
Bolelut:Nie będę ci tego teraz tłumaczył. Zgadzasz się czy nie?
Roksan: Nie.
Bolelut: Na pewno? Nie chcesz być bogaty, szczęśliwy?
Roksan: Nie.
Bolelut: Dobrze. Zrobimy to po mojemu.

Bolelut pochyla się nad Roksanem. Łapie go za rękę. Roksan już nie widzi czarodzieja, tylko wielkiego smoka, który wpatruje się w niego czerwonymi, hipnotyzującymi oczami.


Świat Roksana się zatrzymuje. Rozpada na dwie części. Jedna pozostaje z jego ciałem, druga ze świadomością ginie w paszczy smoka. Nikt tego nie widzi. Siedzący przy sąsiednich stolikach zajęci są swoimi sprawami. Zresztą smok jest jedynie iluzją, za którą kryje się czarodziej. On, nie smok, połyka świadomość androida. Później ktoś z pewnością zauważy nieruchome ciało androida. Odstawi je gdzieś, gdzie się oddaje bezużyteczne ciała.

Dialog 3.

Miejsce: Gabinet Boleluta.

Aurelia powtarza jak mantrę dwa słowa: zabiję go. Cecylia i Marta patrzą wciąż na litery zapisane w notesie jakby samym wzrokiem potrafiły odczarować dalszą treść, której nie widać. Ona zwyczajnie nie istnieje. Gadanie Aurelii i gapienie się Cecylii i Marty przerywa odgłos deszczu. Krople uderzają w małe okno po prawej stronie biurka. Wszystkie trzy jakby na rzuconą gdzieś w powietrzu komendę prostują się. Rozglądają z oczami pełnymi lęku.

Cecylia: On wraca.
Aurelia: Co? Kto?
Marta: Bolelut zaraz tu będzie. Lepiej, żeby cię nie zobaczył.
Cecylia: Ani nas.

Jedna i druga drepczą do swoich szaf. Skulone, wystraszone, pozbawione energii. Marta po drodze gubi rękę. Odpada jej całe ramię. Cecylia gubi nogę. Aurelia otwiera usta z przerażenia. 

Aurelia: O boże.
Cecylia: Nie gap się. Tylko stąd zmiataj.
Marta: Jak trafisz do szafy, też będziesz miała części ruchome.
Cecylia: Nie słuchaj jej. Ucieknij jak otworzy drzwi. Pamiętaj nie daj się pocałować.
Aurelia: Dlaczego?

Pytanie zawisa w powietrzu. Cecylia znika z nogą w jednej szafie, Marta z ręką w drugiej. W drzwiach domu Boleluta słychać zgrzyt klucza. Aurelia w ostatniej chwili wybiega z gabinetu. Na progu staje czarodziej.

Bolelut: Witaj skarbie. Nie nudziłaś się beze mnie?

Aurelia podchodzi bliżej. Wygląda to tak jakby chciała się przywitać, jednak ona myśli o drzwiach, przez które za chwilę wyjdzie. Wróci do siebie. Odszuka swojego androida. Od teraz wszystko się ułoży, bo Aurelia odzyska wolność zabraną jej przez czarodzieja. Już wyciąga rękę w stronę klamki, gdy Bolelut chwyta ją w objęcia.

Bolelut: Ale się za tobą stęskniłem. Kocham cię.

Słowo zaklęcie działa. Aurelia poddaje się uściskom Boleluta. Pozwala się pocałować. Na powrót traci swoją niezależność. Zapomina, że chciała odejść.


P. S.  Na razie jest jak jest, ale w każdej chwili sytuacja może się zmienić. Jesteście ciekawi w jakim kierunku? Czekacie na ciąg dalszy czy nie?

Komentarze mile widziane.


 



  


















 



wtorek, 10 października 2017

Pytania bez odpowiedzi.

Pytania. Taki tytuł nosiłby film, gdyby ktoś go o nim nakręcił. Ciągłe pytania, a najważniejsze: kim jestem? Jak żyć, gdy oni depczą ci po piętach? Jacy oni? Jaki on?



Eugenia i Stanisława.

Za oknem deszcz moczy chodnik, samochody, przechodzących ludzi. Eugenia i Stanisława siedzą u Eugenii. Jedzą zrobiony przez Eugenię jabłecznik. Piją herbatę. Jak zwykle usta im się nie zamykają.

- I jak? - pyta Eugenia.
- Dobry, dasz mi przepis? - chwali ciasto Stanisława.
- Przecież umiesz. Po co ci mój przepis? Powiedz lepiej co myślisz o tym nowym - ciekawi się Eugenia. Jak to Eugenia. Chciałaby wiedzieć wszystko, a nie zawsze tak można.

- Egzorcysta.
- Co ty gadasz?
- Tajemniczy w czarnym ubraniu. I wprowadził się do tego nawiedzonego mieszkania.
- I co z tego? Jak się wprowadził, to się szybko wyprowadzi jak wszyscy przed nim. Czemu zaraz egzorcysta?
- Bo taki czarny jakiś i powiedział, że lubi duchy.
- Jak lubi to nie egzorcysta.
- Ale może je przegoni?
- Akurat.

Stanisława nie wie, co powiedzieć. Skąd u niej to uczucie, dziwny niepokój, jaki wzbudza w niej nowy lokator? Eugenia też nie wie, co myśleć o sąsiedzie. Zazwyczaj do każdego człowieka potrafi dopisać treść. Jednak tym razem nic jej do głowy nie przychodzi. Kim może być facet w czarnym ubraniu? W dodatku w czarnych okularach i z białą laską? Niewidomym, nieszczęśliwym starcem? Bo przecież młody to on nie jest, ale taki stary też nie.

Eugenia wzrusza ramionami. Prędzej czy później szydło wyjdzie z worka, a może nie?

Duchy 

Wbrew przypuszczeniom Stanisławy Edward nie był egzorcystą. Nie po to wprowadził się do mieszkania z duchami, by je przeganiać, ale żeby przejść przez otwartą przez nie bramę. Drzwi do innego świata. Oby tego lepszego, bo ten tutaj dobrocią nie świecił. Może i by wytrzymał w obecnej rzeczywistości, gdyby nie oni. Oni zatruli mu życie. Przed nimi uciekał. Przenosił się z jednego miejsca na drugie. Zmieniał pracę i wygląd zewnętrzny. Tak dobrze udawał kogoś innego, że już sam nie wiedział, kim jest naprawdę. Po co w ogóle żyje? Dlaczego oni go prześladują? Jak na razie pytania bez odpowiedzi.

Pierwsza noc w nawiedzonym miejscu nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Duchy się nie pojawiły. Wzięły go chyba za egzorcystę podobnie jak ta stara plotkara, co ją spotkał pierwszego dnia przed blokiem. Od razu zaczęła pytać: pan do kogo; wie pan, że tu straszy; nie boi się pan. Chciał krzyknąć: najbardziej boję się głupich sąsiadek, ale przecież nie będzie sobie psuł reputacji kretyńskimi odzywkami. Musi zachować spokój. Dlatego na odczepnego powiedział coś w rodzaju: lubię takie miejsca z duchami. Widział jak na twarzy ciekawskiej baby pojawia się strach i zdumienie. No i dobrze. Może następnym razem ugryzie się w język, zanim coś do niego powie. Może, bo w końcu na takie baby trudno znaleźć lekarstwo. W każdym razie stara się odczepiła, a duchy co, siedzą i czekają? Wyobraził je sobie jako małe szczury albo rosnące za ścianą kulki kurzu z ryjkami. Na razie wąchają powietrze. Sprawdzają go. Szykują broń. Edward się roześmiał.

- Szykujcie sobie co, chcecie. Ja się was nie boję - krzyknął w stronę ściany.

Przyszły następnej nocy. Stare małżeństwo, które kiedyś się nim opiekowało. Dawno temu, gdy był małym chłopcem. Teresa wysoka chuda z małą głową w papilotach przypominała modliszkę. Zbyszek niski gruby z wyłupiastymi oczami i plamami wątrobowymi kojarzył się Edwardowi z ropuchą. Oni oboje jeszcze za życia potrafili go straszyć.

- Straciłeś wzrok? - zainteresowała się Teresa.
- A ty co trwałą sobie robisz? - próbował żartować Edward. 
- Synu ty widzisz. Tylko udajesz - zauważył Zbyszek.
- Was wolałbym nie widzieć - przyznał Edward. 
- Zrobię placki.

Teresa poszła do kuchni. Edward westchnął. Dobrze znał z dzieciństwa jej placki, zapach spalonego ciasta, smak drewna i gumy z opon samochodowych. Nie dało się tego jeść, ale Teresa lubiła je robić, a chyba jeszcze bardziej wmuszać swoje jedzenie w małego Edwarda.

- Daruj sobie. Nie jestem głodny - Edward spróbował zaprotestować.
- Synu musisz jeść. Jesteś za chudy - Zbyszek podszedł bliżej. Jak dawniej pociągnął go za rękaw, żeby mu pokazać jak bardzo jest chudy.
- Nie jestem twoim synem - Edward go odepchnął.
Dziwne, w dotyku duch wydawał się taki rzeczywisty.
- Pamiętasz, co się stało jak nie chciałeś jeść? - zapytał Zbyszek.
Pamiętał, a teraz za chwilę sobie znów przypomni.

Scena jak powtórka z dzieciństwa. Edward odwraca się od jedzenia. Teresa i Zbyszek zamykają go w łazience, a tu budzą się nowe duchy.Wychodzą z wanny jako dwa szczury. Ruszają długimi wąsami. Badają otoczenie. Szczerzą zęby. Podchodzą bliżej, a Edward się cofa tak daleko jak jest to możliwe. I trafia na nich. Dwóch typów, jakby wyszli ze ściany. Stoją za nim. Obaj jak bohaterowie Matrixa. Czarne długie płaszcze i zakrywające oczy okulary. Tylko kolory się nie zgadzają: seledynowe i turkusowe. Śmieją się. 

- I co myślałeś, że uciekniesz? - mówi ten w seledynowych okularach.
- On nie chciał uciekać. On chciał iść z nami - odzywa się ten drugi.
- No, to pójdzie.

Znów się śmieją. Edward aż się kurczy od piskliwych dźwięków, jakie wydają. Zamyka oczy. Zaciska pięści. Jednak dawny sposób na obcych nie działa. Nie znikają. Chwytają go za ramiona i wciągają do dziury w ścianie za sobą. Z niej wyszli i do niej wchodzą. Tyle, że nie sami, ale ze zdobyczą. 

- Ratunku - krzyczy Edward, lecz nikt go nie słyszy, a jeśli nawet ktoś by słyszał i tak by mu nie pomógł. 
  

Eugenia i Stanisława.

Przez okna swoich mieszkań obserwują podjeżdżającą pod blok karetkę. Po kogo przyjechała? Kto zasłabł? Kogo wyniosą? Obie są ciekawe. Oczekiwana odpowiedź pojawia się po jakimś czasie, zbyt długim, zdaniem plotkarek. Dwóch rosłych sanitariuszy wynosi ciało Edwarda. Jeszcze żyje, bo głowy mu nie przykryli, ale co mu się stało? Duchy go zabiły?

Gdzieś.

Edward i jego towarzysze idą ciągnącym się w nieskończoność korytarzem. W końcu dochodzą do szeregu wind oznaczonych różnymi kolorami. Mężczyźni zatrzymują się przy szarej. Naciskają guzik. Słychać zgrzyt zbliżającego się dźwigu. Po chwili do dźwięku dołącza zapach spalonego ciasta. 

- Placki Teresy - domyśla się Edward. 

Winda zjeżdża. Drzwi się otwierają. W środku czekają już na Edwarda Teresa i Zbyszek. Chce się cofnąć, uciec, ale turkusowy i seledynowy, jak ich nazwał od barwy okularów, mocno trzymają. Wypychają do środka. Sami jednak zostają na zewnątrz.

- Teraz my się tobą zajmiemy - szczebiocze Teresa jak wtedy, gdy był małym dzieckiem.
- Nie - krzyczy Edward. - Ratunku.

Nikt go nie słyszy. Turkusowy i seledynowy zacierają ręce z zadowolenia.

- Poszło lepiej niż myślałem - stwierdza turkusowy.
- Oby z tą małą tak się udało - mówi seledynowy.
- I na nią znajdziemy haka prędzej czy później. To tylko kwestia czasu.



P. S. Na kogo znajdą haka? O kim mówią moi bohaterowie? I co dalej z Edwardem? Na razie zostały pytania bez odpowiedzi również dla mnie. 

Miło by było, gdybyście po lekturze tego opowiadania jak również innych zostawili komentarz, jakiś ślad, że czytaliście, chcecie lub nie chcecie czytać.

 





 

wtorek, 3 października 2017

W dzielnicy ślepców nie sprzedaje się luster.

Zaciekawiło mnie to tureckie przysłowie. Pomyślałam sobie może coś o tym napisać. Co? Jakieś opowiadanie.

Kim jest bohater? Po co mu lustro? Skąd się wziął w tej dziwnej dzielnicy?

Obraz Rene Magritte,a

Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Filip - obecnie wampir, kiedyś mężczyzna koło 40; Wiktor - wampir, Izydor - duch guzika, Antoni - ślepiec, sprzedawca luster

Dialog 1.

Miejsce: Więzienie Filipa czyli wnętrze magicznego guzika.

Filip śpi na żółto-pomarańczowej  kanapie z dużą ilością poduszek jaskrawo zielonych i kocem również zielonym, chociaż już nie tak rzucającym się w oczy. Widać jak pod powiekami szybko poruszają się oczy Filipa. Filip śni jeden z wielu snów, które swoim więźniom opowiada duch guzika Izydor. 

W sennej rzeczywistości Filip stoi na rynku pełnym różnych straganów, zapachów, smaków, przedmiotów, ludzi i innych istot.

Nagle dostrzega pustą, mroczną przestrzeń. Czuje mocne bicie serca. Powietrze wokół gęstnieje. Coś złego się wydarzy, a jednak Filip musi przekroczyć granicę światła. Musi wejść do środka. Coś chce, żeby wszedł. Coś pcha go do przodu.

Przechodzi linię mroku i znajduje się w dużej piwnicy. Wokół półki drewniane z książkami i lustrami. Wnętrze oświetlone nagą żarówką z sufitu. 

W jednym z luster Filip dostrzega odbicie stojącego za nim mężczyzny. Rzadkie rude włosy spływają mu do ramion. Na łysym czubku głowy podobnie jak na twarzy wiele piegów. Pomarszczona szyja i twarz. Nieznajomy kojarzy się Filipowi z jaszczurką. W prawej ręce trzyma białą laskę. Oczy zasłaniają mu duże czarne okulary. Filip domyśla się, że to ślepiec.

Antoni: Witaj Filipie.
Filip ( zdziwiony i przestraszony ): Pan mnie zna?
Antoni: Znam wszystkich, którzy tu przychodzą. Lustra mi zawsze o nich opowiadają.
Filip: Opowiadają?
Antoni: Musisz wiedzieć, że nie są zwyczajne. Wiele z nich pozwala przejść do innych światów. Niektóre pokazują prawdę. Inne kłamią. Mówią coś prawie cały czas. Trzeba tylko umieć słuchać.

Antoni przechodzi przed swoimi lustrami. Zatrzymuje się przy dużym stojącym pod wiszącym na ścianie okrągłym zegarem w drewnianej oprawie. Wskazówki zegara pokazują godzinę piątą. Filip nie wie jednak czy jest to piąta rano czy po południu.

Antoni ( pokazuje lustro pod zegarem ): Spójrz.

W lustrze pojawia się jajo mądrości, dom Joanny i czasem Pana Losu. Stoi na polu pełnym fioletowych kwiatów. W środku na piętrze siedzą oni: Pan Losu i Joanna. Filip nie wie, kim są, ale czuje, że są ważni.

Antoni ( uśmiecha się ): Nie mylisz się. Oni są ważni. 
Filip ( z przerażeniem ): Kim oni są, a pan, kim pan jest?
Antoni: Wybacz, jeszcze się nie przedstawiłem. Mam na imię Antoni i jak widzisz jestem ślepcem, a te lustra są moimi dziećmi. Tworzę je i sprzedaję takim jak ty.
Filip: A oni i to miejsce?
Antoni: Jajo mądrości. Dom Joanny i Pana Losu. Szukasz go, prawda? Lustro cię do niego zaprowadzi.
Filip: Skąd pan wie?
Antoni: Inaczej byś tu nie przyszedł. Poza tym potrafisz widzieć.
Filip: Widzieć?
Antoni: Tak. Gdybyś tylko patrzył, nie dotarłbyś tutaj. Chcesz, sprzedam ci to lustro.
Filip: Nie wiem, czy mnie stać.
Antoni: Na pewno. Masz coś, czego potrzebuję.
Filip: Co?

Ślepiec otwiera usta. Już ma odpowiedzieć, gdy na ścianie zaczynają skakać cienie chudych istot. 

Antoni ( krzyczy ): Oni tu są.
Filip: Jacy oni?

Antoni ucieka schodami na górę. Filip podchodzi do lustra. Próbuje je chwycić, zabrać i odejść. Dotyk zimnego szkła sprawia, że się budzi. Zeskakuje z kanapy. Rzuca się do drzwi. Szarpie za klamkę. Biegnie do okna.

Filip ( krzyczy ): Chcę stąd wyjść. Niech mnie ktoś wypuści.
Izydor: Uspokój się. Twój czas nie nadszedł. 
Filip: Dłużej tutaj nie wytrzymam. Wypuść mnie.
Izydor:Wytrzymasz. Wypuszczę cię jak przyjdzie mój następny gość.
Filip: Gość? Jestem więźniem, nie gościem.
Izydor: Jak zwał tak zwał. I tak musisz czekać na swój czas.

Dialog 2.

Miejsce: Las w okolicy Zielonej Pustyni. 

Pod czarnym namiotem na czarnym materacu śpi wampir Wiktor. Namiot ukradł turyście, którego spotkał po drodze z hotelu  Wieczna radość. Pożywił się jego krwią, a potem zabrał namiot.

Teraz śni. W jego śnie podobnie jak we śnie Filipa pulsują kolory i hałas rynku. Obok jedno pozbawione ludzi i straganów miejsce. Nogi Wiktora same kierują się ku mrocznej pustce. Wiktor lubi ciemność. Nie boi się jej. 

Przekracza próg nieznanej przestrzeni i tak jak Filip wcześniej, a może później, czas tu płata różne figle, znajduje się w piwnicy ślepca Antoniego. 

Zza rogu wychodzi rudy ślepiec.

Antoni: W dzielnicy ślepców nie sprzedaje się luster.
Wiktor ( wzdryga się ): Co takiego?
Antoni: Przyszedłeś tutaj z dzielnicy ślepców, ale ślepcem nie jesteś. Ja też nie, choć pozory mylą, prawda?

Antoni uderza laską nogę wampira. Wiktor w odpowiedzi szczerzy kły.

Wiktor: Wiesz, kim jestem?
Antoni ( śmieje się ): Głupim wampirem.
Wiktor ( syczy ze złości ): Uważaj starcze.
Antoni: Jak mnie zabijesz, nie pokażę ci tego lustra i nie sprzedam, a chciałbyś je mieć.
Wiktor ( nadal zły ) Chciałbym?

Antoni wskazuje laską lustro. W lustrze Wiktor widzi jajo mądrości i siedzących w nim: Pana Losu i Joannę. Po chwili obraz się zmienia. Pojawia się Filip śpiący na żółto-pomarańczowej kanapie.

Antoni: To jak kupisz moje lustro?
Wiktor: Ile chcesz?
Antoni ( cicho ): Zabijesz cienie.
Wiktor: Jakie cienie?
Antoni ( rozgląda się ): Nie mów tak głośno.
Wiktor: Bo co? Przyjdą i mnie zjedzą?
Antoni ( nadal szeptem ): Gorzej, pozbawią cię duszy. 
Wiktor ( śmieje się ): Duszy, dobre sobie, przecież jestem wampirem, a wampiry nie mają duszy. Nie wiesz o tym głupku.
Antoni: Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Oni już idą. Usłyszeli cię i teraz zrobią z tobą porządek.

Antoni ucieka na górę. Wiktor zostaje sam. 

Wiktor ( myśli ): Idiota, ale dobrze, że sobie poszedł. Zabiorę lustro i też sobie pójdę.

Jednak w tym momencie piwnica zaczyna się trząść. Z półek spadają lustra. Pękają. Tłuką się. Razem z nimi to najcenniejsze dla Wiktora. Odłamki szkła kaleczą ręce wampira. 

Na ścianach skaczą cienie. Ich szaleństwa burzą piwnicę.

Wiktor budzi się. Ze zdziwieniem odkrywa, że cudowne lustro jedynie mu się śniło. Tylko dlaczego z jego rąk płynie krew?

Wiktor chciałby wrócić do sennej rzeczywistości. Zabrać choć kawałek magicznego szkła. Niestety bezskutecznie. Do namiotu wdziera się zimno nocy. Czas działania wampirów, nie spania. Chcąc nie chcąc Wiktor wstaje. Zwija namiot. Idzie dalej.


P. S. Czy dotrze do Filipa, a jeśli tak czy nie dostanie się w szpony ducha guzika Izydora? O tym i dalszych przygodach moich bohaterów napiszę innym razem, oczywiście jeśli Was ten temat interesuje.








 









wtorek, 26 września 2017

Pożeracz pająków.

Na długo zniknął z mojego pola widzenia i z oczu Florentyny. Gdzie był? Co robił? I najważniejsze, kim on w ogóle jest?


Nieznajomy.

Zobaczył go dzień przed zmianą i choć jeszcze wtedy jej nie czuł, już wiedział, że coś się zacznie, coś się zaczyna albo zaczęło.

Niebieski kapelusz, długa siwa broda i do tego sweter. Kto zakłada sweter, gdy z nieba leje się żar? Dziwak? Wariat? I jeszcze to spojrzenie jakby go znał.

- Wracasz Zygmunt - powiedział, mijając go na schodach.
- Pomylił mnie pan z kimś. Jestem Mariusz, nie Zygmunt.

Dlaczego mu się tłumaczył? Dlaczego w ogóle się odzywał? Gdyby przeszedł obok, udając, że nie słyszy, może byłoby inaczej, a tak, nieznajomy się zatrzymał, a z jego swetra  wyszedł pająk. Zwykły malutki pająk. Mężczyzna od razu go zauważył. Chwycił palcami. Wrzucił do ust. Połknął, a Mariuszowi zawartość żołądka podeszła do gardła. Prawie by ją wyrzucił na swoje wypastowane buty i klatkę schodową w bloku, w którym wynajmował mieszkanie.

- Wrażliwy jesteś - roześmiał się nieznajomy.

Mariusz nie chciał go słuchać, ani z nim rozmawiać, chociaż ciekawość kim jest już go zaczęła powoli zjadać od środka.

W pełni poczuł ją w nocy razem z lękiem. 

-  Skąd to uczucie? Dlaczego? - myślał przewracając się z boku na bok. - Czy wstać? Iść do apteki po coś na sen?

Znany dotąd z szybkich, dobrych decyzji Mariusz nie wiedział, co zrobić. 
W rezultacie nic nie zrobił. I w końcu zasnął.

Piosenka.

Leciała z telefonu nastolatki, kiedy Florentyna usiadła w parku na ławce. Bardzo stary przebój 10 cc ,, I,m not in love ,,.

Od razu pomyślała o Zygmuncie. On tak jak bohater tej piosenki nie kochał jej, nie wróci do niej, odszedł i trzeba o nim zapomnieć. 

- Ale jak? - łzy spływały jej po twarzy razem z pytaniem.

Po drugiej stronie miasta Mariusz zbierał się do pracy. Dziś nie szło mu to zbyt dobrze. Wiadomo po nieprzespanej nocy brakowało energii, ale przecież kiedyś mógł działać na okrągło.

- Starzeję się - pomyślał, spoglądając w lustro. - Włączę radio. Muzyka mnie rozbudzi.

Przez głośnik popłynęła piosenka, której nie słyszał dotąd, ale wydawała się dziwnie znajoma.


I'm not in love
So don't forget it
It's just a silly phase I'm going through
And just because
I call you up
Don't get me wrong, don't think you've got it made
I'm not in love, no no, it's because


Razem ze słowami zaczęły napływać obrazy.

Kobieta. Jej długie kruczoczarne włosy. Zgrabna sylwetka. Twarz jeszcze gładka, chociaż młodość ma już za sobą. Głowa odchylona do tyłu. Sterczące nagie sutki. Siedzi na nim. Porusza biodrami. Raz powoli, raz szybko. Ściska go swoimi długimi nogami i mokrą waginą. Każdy ruch prowadzi ją i jego do rozkoszy.

Mariusz potrząsnął głową. Skąd ta kobieta? Przecież spotykał się z Alicją, córką swojego szefa. Ta nigdy na nim nie siadała, nawet na kolanach w ubraniu, co tu mówić o nagości. A seks? Z Alicją jak bajka jeszcze nienapisana. Przez swoje zasznurowane usta zawsze mówiła: po ślubie. Mógł jedynie dotknąć jej ręki, pocałować w policzek, czasem musnąć wargi. Na nic więcej nie pozwalała. Dlaczego mimo to, spotykał się z nią? Z powodu szefa i jego kasy?

Mariusz westchnął. Nagle przez jego ciało przeszły ciarki. Strach? Jeśli tak, z jakiego powodu? Do tego jeszcze pojawiło się uczucie swędzenia jakby przez skórę, pod skórą maszerowały mrówki albo, o boże, pająki. Pająki? Mariusz z przerażeniem zauważa je na rękach i nogach jakby pojawiły się razem z myślą o nich. Strząsa je, ale zaraz zjawiają się nowe. W lustrze na ścianie łazienki Mariusz widzi je na swojej twarzy. Potem zauważa nieznajomego z wczorajszego dnia. Mężczyzna wyłania się z lustrzanej tafli jak z jeziora. Wyciąga język i zlizuje z twarzy Mariusza pająki.

- To nie dzieje się naprawdę. To sen - myśli Mariusz na wszelki wypadek zaciskając oczy, by odgonić zjawy. Gdy po chwili je otwiera, już nie jest Mariuszem.

Piosenka dobiega końca. W łazience oparty o ścianę stoi Zygmunt.

Eugenia i Stanisława.

Dwie blokowe plotkary emerytki siedzą na swojej ławce i wachlują się chusteczkami.

- Ale upał - stwierdza Eugenia. - Widziałaś? Zygmunt wrócił.
- Ciekawe na jak długo tym razem?
- Pewnie jak mu się znudzi, znów zniknie. Gdzieś ma chyba drugie mieszkanie.
- Florentyna się cieszy? - pyta Stanisława.
- Czy ja wiem. Ze mną nie rozmawia.

Eugenia wzrusza ramionami jakby nastrój Florentyny był jej obojętny. Naprawdę ciekawi ją to jak sąsiadka przyjęła Zygmunta. Z otwartymi ramionami? Poszli do łóżka? Gdyby mogła, z chęcią by to zobaczyła. Jednak nie może i mówić o tym też nie wypada. Wzdycha, co Stanisława tłumaczy sobie po swojemu.

- Jak ten czas leci. Już tak późno. Muszę iść obiad robić.
Podnosi się z ławki. Muska powietrze przy policzkach Eugenii.
- Wpadnij do mnie w niedzielę po mszy. Ciasto upiekę.
- O, chętnie - Eugenię ogarnia entuzjazm, który szybko znika razem z koleżanką. Mimo to Eugenia nie próbuje zawrócić Stanisławy.

Krótka chwila.

Florentyna wróciła z parku z zamiarem zaszycia się pod kołdrą. Jednak po przekroczeniu progu mieszkania ogarnął ją inny nastrój. Jakby przeczucie, że jeszcze dziś coś się zmieni. Co? Wróci Zygmunt? Pytanie zawisło w powietrzu razem z erotycznym napięciem. Florentyna poczuła je także w sobie. Gdzieś pod skórą i w podbrzuszu. Jakby naelektryzowane iskierki, które trzaskały w dotyku z przedmiotami. Czuła, że coś musi zrobić, czymś zająć ręce. Koniecznie się uspokoić. Obiad ugotuje. Upiecze ciasto.

Znacznie później przeczucie Florentyny się zmaterializowało. Zabrzęczał dzwonek. W drzwiach stanął Zygmunt. Chwycił ją w ramiona. Podniósł do góry jak małą dziewczynkę i zakręcił w powietrzu. Jego usta szybko znalazły jej usta. Wargi się rozchyliły. Języki się dotknęły. Serca i oddechy przyspieszyły.

- Kocham Cię - powiedział między jednym oddechem, a drugim.

Naprawdę ją kochał. Pragnął jej, a ona pragnęła jego. Poddała się od razu intensywności chwili. Szybko zrzucała z siebie kolejne części swojego ubrania, żeby już zaraz przylgnąć do ukochanego całą powierzchnią swojego nagiego ciała. Zygmunt wtórował jej własnym pośpiechem. Wreszcie usiadła na nim okrakiem tak jak pamiętał i jak lubił. Swoją mokra waginą wsunęła się głęboko na jego twardą męskość. Zaczęła się poruszać w górę, w dół, do przodu i do tyłu. Zygmunt ścisnął rękami jej talię. Wyciągnął palec w stronę jej uchylonych ust. Florentyna go chwyciła wargami. Ssała, wzmacniając uczucie przyjemności, którą oboje przeżywali, gdy jej ciało unosiło się i opadało. Kochali się, nie widząc i nie słysząc świata poza sobą. Ważna była tylko ta chwila. Ich serca bijące w jednym rytmie, zespolone w jedno oddechy, westchnienia, zapachy i płyny.

Nie wiedzieli, że z lustra przygląda im się mężczyzna z siwą brodą. Ten sam, który zaczepił Mariusza na schodach i kazał mu wracać do postaci Zygmunta, do życia Zygmunta. Patrzył i uśmiechał się. Pod nosem mruczał słowa piosenki ,,I,m not in love,,.

- Kocham cię - jeszcze raz wyznał Zygmunt Florentynie, zanim eksplodował w niej swoją rozkoszą.
- I ja ciebie - odparła Florentyna, oddając się własnej ekstazie.

Gdzieś.

Siedzieli przy planszy gry. Patrzyli na pionki ludzi. Gracz numer jeden i gracz numer dwa.

- Happy end jak w filmie amerykańskim - stwierdził Jeden.
- Do czasu - odpowiedział Dwa.
- Zrobisz coś?
- Zobaczysz.

 
P. S. Wszyscy zobaczymy w swoim czasie. Oczywiście, jeśli chcecie zobaczyć.
  



 


  



 

wtorek, 19 września 2017

Sensbezsens czyli czy można stąd uciec?

Teoretycznie wszystko jest możliwe. W praktyce nieliczni się przekonali, ci co chcieli uciec. Jak bardzo i dlaczego miasto ich przyciągało? Co się za tym kryło? I kto tu rządził, rządzi i będzie rządzić?

Obraz M. C.  Escher,a.
Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony
Bohaterowie: Genowefa - kobieta lat 30, zawód nieokreślony; ciotka Dynia, Pan Kanciasty, Konrad - niespełniony pisarz, nieznajomy ślepiec.


Dialog 1.

Miejsce: Wieżowiec. Jeden z wielu w dzielnicy Nudodeprecha.

Genowefę budzi lęk. Dziwne niepowiązane z niczym uczucie. Leży przecież w wygodnym dużym łóżku. To nic, że metalowym, pozbawionym całkiem naturalnych składników. W dodatku pomalowanym na czarno. I tak się dobrze śpi, bardzo dobrze dopóki nie pojawi się ciężar jakby kamień w okolicy serca. 

Genowefa wzdycha, bo naprawdę nie chce jej się wstawać o siódmej rano. Nie chce i nie musi, bo nie idzie do pracy. Ponownie zakrywa się białą kołdrą. Układa białą poduszkę pod głową. Próbuje głęboko oddychać. Jednak lęk nie odchodzi jak zwykle zresztą. Może jeszcze przez chwilę udawałaby przed samą sobą, że jest dobrze i śpi dalej, gdyby nie dźwięk telefonu.

Stary czarny apart stoi na stoliku przy oknie z dala od łóżka. Genowefa chcąc, nie chcąc, musi się ruszyć.

Genowefa: Tak. Słucham?
Ciotka Dynia: Jestem na dworcu. Wyjdź po mnie.

Genowefa ( myśli ): Niemożliwe, czyżby to była ciotka Dynia. Ta wstrętna stara prukwa.

Ciotka Dynia: Czekam tutaj. Pospiesz się.
Genowefa: Ciocia?
Ciotka Dynia: A kto niby miałby być? Twój kochanek?
Genowefa: Ciociu!
Ciotka: Nie gadaj. Tylko przyjeżdżaj tu po mnie.
Genowefa: Ale ciociu...
Ciotka Dynia ( przerywa, bo nigdy nikogo nie słucha, tylko siebie ): Masz tu być za 10 minut. Rozumiesz?
Genowefa: Tak, ale...

Słychać trzask odkładanej słuchawki. Ciotka nie lubi słowa ale. Nigdy za nim nie przepadała. Tymczasem Gena, jak Genowefa sama siebie nazwała, nie potrafi żyć bez tego słowa. I na pewno nie umie żyć z ciotką, a jeśli ma po nią wyjść na dworzec, to może oznaczać, że... Nie, lepiej nie myśleć. Ciotka na pewno zamieszka w innym miejscu. Chce, żeby ją Gena tam zaprowadziła, nic więcej. Wie przecież, że mieszkanie z Geną nie kończy się dobrze. Zaraz, zaraz jak to nie kończy się dobrze?

Gena próbuje sobie przypomnieć. Coś ważnego kryje się jakby tuż za rogiem pamięci. Tyle, że róg jest mglisty, a pamięć jeszcze bardziej. W każdym razie nie nadszedł jeszcze czas na przypominanie sobie. W pokoju stoi nadal niedziałający telewizor, który się odezwie. Włączy. Pokaże jej ten mglisty róg i owo coś na rogu. Tyle, że nie teraz, nie w tym momencie. 

Na razie, póki co Gena otwiera czarną jak trumna szafę i wyjmuje z niej swoje jedyne tutaj ubranie, dres w czarno-białym kolorze. Gena patrzy na niego z obrzydzeniem, bo nienawidzi tych wstrętnych barw równie mocno jak nie znosi ciotki. Jednak brak innych ubrań nie pozostawia jej wyboru podobnie jak rzucona przez ciotkę słuchawka. Przynajmniej Gena wyboru nie widzi.
Zakłada dres i wychodzi z domu.

Tymczasem za ścianą Konrad drze kolejną zapisaną przez siebie kartkę. Kartkę swojej przyszłej książki. Rzuca ją na zaśmieconą kartkami podłogę i nie tylko kartkami. Wokół leżą też różne książki, zeszyty, kłęby kurzu, papierki po cukierkach i czekoladach, gazety i różne inne mniej lub bardziej niezidentyfikowane rzeczy. Prawdziwe latające ufo, gdyby posiadały skrzydła i umiały latać.

Konrad ( krzyczy ): Kurwa. Wszystko co robię, jest do dupy. W życiu tej cholernej książki nie napiszę.

O ścianę odbija się jak echo słowo: napiszę, napiszę. Skąd tu echo? Konrad z wrażenia milknie. 

Konrad ( myśli ): Wariuje. Za dużo siedzę przy tym cholernym biurku. Muszę iść na spacer, a wcześniej się położyć. Przespać się wreszcie normalnie.

Już podchodzi do swojego czarnego i żelaznego łóżka jak u Geny, gdy dzwoni telefon. Też czarny, stary, z tarczą i postawiony na stoliku obok okna.

Konrad: Halo.
Pan Kanciasty: Jestem na dworcu. Wyjdź po mnie.
Konrad: A kto mówi?
Pan Kanciasty: Co swojego nauczyciela matematyki nie poznajesz?
Konrad: Niemożliwe. Pan przecież nie żyje.
Pan Kanciasty: A ty żyjesz?
Konrad ( zdziwiony ): Jasne, mówię z panem, to trupem nie jestem.
Pan Kanciasty ( śmieje się ): Dobra, dobra później sobie pogadamy, a teraz bierz dupę w troki i przyjedź po mnie.
Konrad: Ja dlaczego ja?
Pan Kanciasty: Dlaczego, dlaczego? Nie będę ci tłumaczył przez telefon. Przyjeżdżaj i już. Nie chcesz chyba, żebym sam szedł z tymi tobołami, nie.
Konrad ( myśli ): Czemu nie? Niech sobie lezie. Co mnie to obchodzi.
Pan Kanciasty ( jakby się domyślał niechęci Konrada ): Sam tu nie jestem. Ona jest ze mną.
Konrad: Co? Ona?

Nie dostaje odpowiedzi. Pan Kanciasty odkłada słuchawkę w najważniejszym dla Konrada momencie. Konrad nie ma wyboru podobnie jak jego sąsiadka Gena. Podchodzi do szafy i wyjmuje z niej dres czarno-biały. Krzywi się na jego widok, ale nic więcej poza tym dresem nie widzi. Musi go założyć, chociaż naprawdę bardzo chciałby na spotkaniu z Panem Kanciastym wyglądać poważnie i groźnie. Przydałby mu się garnitur, a nie dres. 

Zresztą nieważne spotkanie z Panem Kanciastym, a z nią. Ona jest najważniejsza. A ona to ostatnia miłość Konrada. Miłość, dla której mógłby nawet zabić, co tam, rzucić w diabły swoją twórczość. 

Nie zna jeszcze jej imienia. Nic o niej nie wie. Tyle, że jej włosy świecą rudym płomieniem, a dodatkowego blasku dodają piegi na twarzy. Nogi sięgają nieba. Piersi wylewają się z dekoltu niebieskiej sukienki, tej, w której ją zobaczył po raz pierwszy i...

Długo by o tym gadać. Samo myślenie zajmuje mnóstwo czasu. W każdym razie Pan Kanciasty czeka na dworcu z nią. Skąd pewność, że właśnie z tą? Nie ma żadnej. Jednak Konrad mimo to wierzy, że akcent położony na słowie ona oznacza, że ona to Ona i już.

Konrad ubiera się i wychodzi.

Dialog 2.

Miejsce: Dworzec miasta Sensbezsens.

Na dworcu stoją i czekają ciotka Dynia i Pan Kanciasty. Ten sam, który uczył dzieci w Upierdliwości. Karolina się go pozbyła. Jednak jak widać w niezbyt skuteczny sposób.  

Oboje w pewnym oddaleniu od siebie. Czasem jedynie zerkają w swoją stronę. Badają wzrokiem tę drugą osobę. Wreszcie odzywa się ciotka Dynia.

Ciotka Dynia: Ma pan zegarek? Która godzina?
Pan Kanciasty: Nie mam. 
Ciotka Dynia: Szkoda.
Pan Kanciasty: A co nie może się pani doczekać.
Ciotka Dynia: Nie mogę. Nigdy cierpliwa nie byłam, a teraz tutaj to już w ogóle cierpliwości nie mam. Co to za miejsce jakieś takie ponure, brzydkie i całkiem nieuporządkowane.

Pan Kanciasty zbliża się do ciotki Dyni. Zaintrygowała go słowem nieuporządkowane. 

Pan Kanciasty: Zauważyła pani brak cyfr na tym dworcu i napisów? I to, że nie ma zegara?
Ciotka Dynia: Otóż to. Pan też to widzi, prawda?
Pan Kanciasty: Widzę i nie pochwalam jak pani.
Ciotka Dynia: Miło mi. Mam na imię Aldona. Przyjaciele mówią na mnie Dynia. To pewnie z powodu moich kształtów ( śmieje się, choć jej krągłości wcale jej nie bawią ).
Pan Kanciasty: Podobają mi się pani kształty.
Ciotka Dynia ( czerwieni się ): Naprawdę? Dynia jestem, nie pani.
Pan Kanciasty: A ja Stefan Kanciasty. Dla ciebie po prostu Stefan.

Dogadali się. Stoją teraz obok siebie. Patrzą sobie w oczy. Jedne i drugie zachwycone. Chwila mogłaby trwać wiecznie, lecz niestety na dworzec wchodzą: Gena i Konrad.

Gena: Ciociu.
Konrad: Pan Kanciasty.

Ciotka Dynia i Pan Kanciasty z trudem się od siebie odrywają.

Pan Kanciasty: Wreszcie. 
Ciotka Dynia: Już dłużej nie mogłaś się grzebać kochana. I co ty masz na sobie? Nie mogłaś założyć sukienki? Tylko ten paskudny dres jakbyś szła z psem na spacer, a nie witała dawno niewidzianą ciocię.

Gena ( myśli ): Zaczyna się.

Gena: Ależ ciociu...
Ciotka Dynia: Dość, dość. Nie stawia się ależ na początku zdania. Ile razy mam ci to tłumaczyć. No, ile?

Trochę dalej Pan Kanciasty w podobnym stylu wita Konrada.

Pan Kanciasty: Jak ty się ubrałeś chłopcze? Nie potrafisz powitać swojego nauczyciela w ładnej białej koszuli i marynarce?
Konrad: Też białej?
Pan Kanciasty: Nie bądź taki dowcipny, dobrze. Trochę szacunku dla twojego starego nauczyciela.
Konrad: Mówił pan coś o niej. Gdzie ona?
Pan Kanciasty ( chwilę się zastanawia ): Poszła sobie, bo się nie mogła ciebie doczekać, ale za to poznałem tu miłą panią.

Pan Kanciasty wskazuje na Dynię. Podchodzi do niej. Pokazuje jej Konrada.

Pan Kanciasty: Poznaj proszę mojego dawnego ucznia. Konrad ukłoń się pani.

Konrad kiwa głową. Nic go nie obchodzi nieznajoma.

Ciotka Dynia: A to moja siostrzenica Genia.
Gena ( oburzona ): Nie Genia, tylko Gena.

Konrad i Gena patrzą na siebie niechętnie.

Gena ( myśli ): Wypierdek.
Konrad ( myśli ): Babiszon.

Pan Kanciasty: Szkoda czasu. Idziemy. Bierz chłopcze moją walizkę.
Konrad: Dokąd idziemy?
Pan Kanciasty: Jak dokąd? Przecież wiadomo, że do ciebie. Mieszkamy razem jak za dawnych dobrych czasów.

Konrad ( myśli ): Co?!

Ciotka Dynia: Geniu weź proszę tę torbę i idziemy.
Gena: Gdzie idziemy?
Ciotka Dynia: Do ciebie. Na razie wspólnie dzielimy mieszkanie. Cieszysz się?

Gena ( myśli ): Co?!

Dialog 3.

Miejsce: Dworzec Sensbezsensu, a potem wnętrze pociągu.

Pewnie chwyciliby Konrad za walizkę, a Gena za torbę. Oboje nie potrafią się przecież przeciwstawić. 

Już się pochylają nad bagażami. Jedno i drugie z westchnieniem, gdy nagle rozlega się stukanie laski. Za jednego z dużych słupów wyłania się mężczyzna w czarnych okularach i z białą laską. 

Mężczyzna: Pociąg czeka. Czas ucieka. Wsiadaj szybko.
Konrad i Gena idą wzrokiem za mężczyzną. Widzą stojący na poboczu pociąg inny niż pozostałe. Duży. Lśniący bielą. 

W tej samej chwili oboje postanawiają wsiąść do niego i odjechać. Gdziekolwiek, byle jak najdalej od Pana Kanciastego i ciotki Dyni. Jak postanowili tak robią. Razem z nieznajomym wsiadają do pociągu. 

Pan Kanciasty i ciotka Dynia stoją jak skamieniali. Nie mogą uwierzyć w to, co zobaczyli czyli w Konrada i Genę w pociągu. Dopiero, gdy rozlega się gwizd lokomotywy, stukot kół, przytomnieją i zaczynają krzyczeć.

Pan Kanciasty: Konrad wracaj.
Ciotka Dynia: Genia co ty robisz?

Tymczasem Konrad i Gena wchodzą do przedziału za nieznajomym. Siadają obok niego przy oknie. Gena bliżej, Konrad trochę dalej.

Konrad ( z gniewem ): Po co za mną polazłaś?
Gena ( też z gniewem ): Ja za tobą? To ty polazłeś za mną.

Nieznajomy: Przestańcie się kłócić. Naprawdę oboje poszliście za mną.
Konrad ( nadal zły ): Czego się pan wtrąca. Nikt pana o zdanie nie pyta.
Nieznajomy: Nie jesteś ciekawy, gdzie jedziemy?

Mężczyzna zdejmuje okulary. Patrzy teraz na nich zielonymi oczami. Hipnotyzuje oboje swoim spojrzeniem. Gena i Konrad od razu się uspakajają. Złość zastępuje ciekawość zgodnie z sugestią nieznajomego.

Konrad: Gdzie?
Nieznajomy: Do Mostu Nicości. 
Gena ( dziwi się ): Nicości?
Nieznajomy: Tak. Jedyne miejsce, które pozwoli nam uciec stąd raz na zawsze.
Konrad: To znaczy?
Nieznajomy: Znikniemy. Nigdzie już nie będziemy ani tam, ani tu, nigdzie.
Gena: Umrzemy?
Nieznajomy: My już umarliśmy, a teraz znikniemy.
Konrad: Jak to umarliśmy?
Nieznajomy: Nic nie wiecie? 
Gena i Konrad: Nic.
Nieznajomy: Sensbezsens, z którego odjeżdżamy, jest miastem po śmierci.

Gena i Konrad patrzą na mężczyznę z niedowierzaniem. 

Konrad ( myśli ): Pijany albo wariat.
Gena ( myśli ): Idiota jakiś.

Nieznajomy: Nie musicie wierzyć. Jeśli się nie uda, wrócicie tam z powrotem, a o waszym dawnym życiu przypomni wam telewizor.
Gena: Telewizor?
Nieznajomy: Tak. Każdy tutaj go ma. Tyle, że nie działa. Nie można go tak sobie włączyć. On włącza się sam w odpowiedniej chwili. Pokazuje widzowi jego świat, ten, z którego przybył do Sensbezsensu.
Konrad: Niemożliwe.
Nieznajomy: Zobaczysz albo i nie, bo przejedziemy przez most i znikniemy.
Gena: I co wtedy?
Nieznajomy: Znikniemy. Uwolnimy się od wszystkich światów. Całkowicie przestaniemy istnieć.
Gena: E, nie wiem czy ja chcę?
Konrad: I ja nie wiem.
Nieznajomy: To po co za mną wsiedliście? Wysiadajcie na najbliższej stacji przed mostem i wracajcie do swoich bliskich.
Konrad: O nie. Pan Kanciasty nie jest moim bliskim.
Gena: Ciotka Dynia też nie jest nikim bliskim. Ja już wolę ten most niż życie tu z nią.
Konrad: Ja też.

Mężczyzna się uśmiecha. Ani Genie, ani Konradowi nie przyszło do głowy, żeby się zapytać, kim on jest. Jakby przyszło, on i tak by im nie powiedział. To tajemnica również dla nas.

Pociąg przejeżdża przez miasto. Widać jego dziwne, niepasujące do siebie kawałki. Dzielnica Nudodeprecha odznacza się wysokimi szarymi wieżowcami z małymi fragmentami zieleni bez drzew. Wszystko ułożone w kształt wstęgi Mobiusa.

Wstęga Mobiusa M. C. Eschera.

 Ten kształt dokładnie widać z mostu, który jest ponad miastem. Wielki, tęczowy, piękny. Jeszcze nie widać przeciwległego brzegu.
Konrad, Gena wypatrują go z nosami przy oknie. Tylko nieznajomy nie wykazuje żadnych oznak zainteresowania jakby wiedział, co nastąpi. Może wie?

Nieznajomy ( myśli ): Ludzie są tylko pionkami w nieznanej im grze.

Dialog 4.

Miejsce: Gdzieś.
Gracz 2: I co dalej?
Gracz 1: Co ma być. Wrócą. Przecież pionki nie uciekają.
Gracz 2: A gracze?
Gracz 1: Sam sobie odpowiedz na to pytanie.


P. S. I znów opowieść poprowadziła mnie nieznaną drogą. Naprawdę miało być inaczej, ale potem pojawił się nieznajomy i wszystko przewrócił do góry nogami. Chcecie ciąg dalszy?

 






 


  







  






 

wtorek, 12 września 2017

Wir czasu.

Rzadko się zdarza, a jak już, to najczęściej sztuczny, wywołany przez istoty, którym nie spodobał się bieg zdarzeń. Zmieniają więc i jednocześnie tworzą nową, alternatywną wersję świata. Jak to jest? Ciężko naprawdę wytłumaczyć, ale spróbuję Wam pokazać.






















Rozmowa.

Zwyczajne wnętrze zwyczajnego pubu i oni z pozoru zwyczajni. Siedzą przy stoliku z tyłu sali z dala od innych. Ubrani jak faceci, którzy przed chwilą zsiedli ze swoich szybkich mechanicznych koni. Czarne skórzane kurtki, czarne spodnie i koszulki. Tylko okulary niepasujące do tego. Pierwszy, tak go nazwijmy z braku innej nazwy, ma seledynowe, a Drugi turkusowe. Wyglądają w nich nierealnie jak przerysowane postacie z komiksów. Może, gdyby inni nie zajmowali się sobą, jedzeniem, piciem, towarzystwem lub jego brakiem zauważyliby, że oni tu nie pasują i nie tylko z powodu swoich okularów. Jednak jest jak jest i nikt nie patrzy na facetów.

- Wiesz, że trzeba to odkręcić. On nie żyje, a miał żyć - tłumaczy Pierwszy Drugiemu.
- Wiem. Teraz tylko wir to odkręci.

- Zapłacisz za to.
- Nie pierwszy, nie ostatni raz.

- A co z nią?
- No, co, posiedzi sobie w szpitalu. Schizofrenia teraz dość modna i zaburzenia dysocjacyjne też.

- Zrób tak, żeby śladu nie było.
- Tak będzie.

Drugi podnosi się z miejsca. Usłyszał już wszystko. Dalsze siedzenie z Pierwszym nie ma sensu. Patrzenie na niego sprawia jedynie ból. Przypomina, że sknocił, a to z powodu pewnej Fabularki, którą wciąż kochał. A ona jego? Nie wiadomo. W każdym razie przeżył z nią wspaniałe, namiętne chwile. Na tyle się zapomniał, że gra potoczyła się bez jego udziału. W rezultacie pionek Weronika zabiła pionka Marka. Mistrz się wściekł, bo pionek Marek jeszcze był potrzebny. Teraz nie kto inny, ale on, Drugi musi odkręcić to co się stało czyli przywołać wir czasu. Albo mu się uda albo pożegna się ze swoim życiem. Mistrz nie toleruje nieudaczników. Każdego karze śmiercią mniej lub bardziej szybką.

Drugi westchnął. - Musi się udać - pomyślał, ale wcale nie dodało mu to otuchy.

Eugenia i Stanisława.

Zrobiło się ciepło, słonecznie, więc obie emerytki-plotkarki zajęły jak zwykle ławkę przed blokiem. Tutaj wszystko i wszystkich widać. Życie sąsiadów podane na tacy.

- Gorąco, a stopy i tak mi marzną - poskarżyła się Eugenia.
- Byłaś u lekarza? - Stanisława wykazała umiarkowane zainteresowanie.
- Nie mówiłam ci? Byłam u tej naszej Kwiatkowskiej.
- I co?
- Nic. Poleciła mi jakąś maść rozgrzewającą i dała skierowanie do naczyniowca. Zapisałam się na październik.
- Dwa miesiące czekania, a przede mną do gastrologa trzy i dwa do ortopedy, a jeszcze...
- Zobacz Weronika - przerwała jej Eugenia - Co ona tu robi? Przecież ją policja zabrała.

Eugenia z wrażenia aż wstała z ławki, żeby lepiej przyjrzeć się dziewczynie, która powoli zbliżała się do domu Klementyny, sąsiadki Eugenii i Stanisławy.

- Jaka policja? Co ty gadasz? - zdziwiła się Stanisława.
- Nie pamiętasz? Zabiła tego swojego faceta?!
- Jakiego faceta? Ona nie ma żadnego. Dopiero wróciła ze szpitala.
- Ale ja widziałam ...

Eugenia poczuła dziwny zimny prąd powietrza wzdłuż kręgosłupa i  nagle nie była już niczego pewna.

Weronika.

Wreszcie wyszła ze szpitala. Jest na wolności. Przed nią wielka przestrzeń, możliwości, szanse, ale pod warunkiem, że to coś, co w niej jest, się nie odezwie. Pod warunkiem, że blokada założona przed tamtą podziała również teraz.

Weronika z duszą na ramieniu idzie do swojej ciotki. Chce odnowić z nią relacje. Zawsze ją kochała i naprawdę nigdy nawet nie myślała o tym, żeby ją skrzywdzić, a jednak ją skrzywdziła. Nieważne, że nie ona, że ta druga, współlokatorka ciała Weroniki. Niechciana współlokatorka i nieznana aż do regresji hipnotycznej, którą zafundowała Weronice Florentyna, sąsiadka ciotki. 

Na skrzyżowaniu blisko bloku ciotki Weronice miga sylwetka przechodzącego przez ulicę Marka jej ukochanego mężczyzny, pierwszej i ostatniej miłości. Już podrywa się do biegu za nim, gdy ktoś z tyłu łapie ją za rękaw.

- Idiotko, chcesz wpaść pod samochód - krzyczy na nią chłopak w jaskrawozielonej koszuli z długim rękawem. - Nie widzisz, że światło się zmieniło.

Rzeczywiście zmieniło. I jakby coś w powietrzu zawisło. Weronika nie bardzo wie co, ale nic dobrego. Cień grozy? Narastający w skroniach, za oczami ból? Czarne okulary chłopaka, który wreszcie ją puszcza? A może to, że Marka już nie ma? Tylko hałas pędzących samochodów. Zapach spalonego asfaltu, kurzu unoszącego się w powietrzu, ludzkiego potu.

Weronice pociemniało w oczach. Już prawie upadła na trawnik. Prawie straciła przytomność, gdy znów ta sama dłoń ją chwyciła.

- Słabo pani? Przepraszam, że tak na panią naskoczyłem, ale naprawdę mogła pani wpaść pod koła. Może wezwać pogotowie?
- Nie, w porządku. Nic mi nie jest.

Przykre wrażenia mijały. Nawet ból głowy. Zamiast tego pojawiło się uczucie, że coś straciła, ale co? Nie pamiętała.

Florentyna.

Śniła jeden ze swoich bardzo rzeczywistych snów.

Zjechała windą do podziemnej okrągłej sali. Tutaj przed ekranami siedział facet w czarnych spodniach i czarnej koszulce, ale w turkusowych okularach. Ekrany duże, małe rozmieszczone były wokół na wszystkich ścianach.

W chwili, gdy pojawiła się Florentyna, pokazywały spotkanie Weroniki z Markiem. Każdy inny etap spotkania. Na tym na przeciwko Marek przechodził przez ulicę i Weronika też. Szedł tuż przed nią. Zobaczyła go i dogoniła.

- Marek?! Pamiętasz mnie?
- Wiki, jak mógłbym zapomnieć.
W jej i jego głosie brzmiał zachwyt.
- Co tu robisz? - dziwił się on. - Masz chwilę? Wejdziemy do mnie?
- Idę do ciotki, ale czemu nie.

Przyjęła jego zaproszenie i dalej szli już razem. Trzymali się za ręce. Tyle czasu minęło od ich ostatniego spotkania, a między nimi nadal iskrzyła namiętność.

- Czy to możliwe, żeby Marek z nikim się nie związał? - zastanawiała się Weronika.
- Rozwiodłem się dwa lata temu - powiedział jakby czytał w jej myślach.
- Fantastycznie, znaczy się wybacz. Przykro mi.
- Nie gadaj. Jasne, że fantastycznie, bo ciebie spotkałem.

Po drodze do mieszkania Marka zatrzymywali się. Całowali jakby nie mogli wytrzymać ani sekundy dłużej bez siebie, bez natychmiastowej bliskości.
- Poczekaj. Tylko zadzwonię do ciotki. Powiem jej, że przyjdę później - powiedziała między jednym pocałunkiem, a drugim.

Florentyna patrzyła zachwycona. Cieszyła ją ta miłość. I wcale nie chciała patrzeć na ciąg dalszy, którego szczegóły znała przecież z innego swojego snu. Jednak coś zmusiło ją do odwrócenia głowy, do spojrzenia na sąsiedni ekran.

Weronika i Marek się kochali. Ich ciała pulsowały radością. Odprawiały wieczny taniec miłości. Ona na nim poruszała biodrami. On w niej i pod nią. Jego palce sunęły po tali Weroniki. Wokół jej brzucha rysowały wzory jakby kody ich wiecznej miłości. Posunęły się w górę do piersi. Pod ich dotykiem Weronika zgięła się w rozkoszy. Przylgnęła cała do niego, do jego warg, jego języka, jego palców. Po chwili znów się uniosła. Ścisnęła go udami. Ścisnęła waginą. Pulsowała ekstazą.

Florentyna poczuła jak robi się jej gorąco. Udzieliła się jej atmosfera rosnącego między kochankami pożądania. Przymknęła oczy. Chciała tylko ochłonąć, a może wręcz przeciwnie poczuć choć część z przyjemności tych dwojga.

Gdy po chwili uchyliła powieki, obraz przed nią  był inny. Weronika ta sama, ale pod nią młody chłopak. Porusza się na nim, ale w jej ruchach brak poprzedniego szaleństwa miłości. Są bardziej mechaniczne, wyuczone, na pokaz. 

Chłopak tego nie widzi. Chłonie ją jak Marek. Przeżywa z nią rozkosz. Eksploduje w niej swoją męskością. Na Weronice nie robi to żadnego szczególnego wrażenia. Obojętnie kończy swoje ruchy. Przytula się do niego. Całuje go. Słucha wyszeptanych w ekstazie słów:
- Kocham cię. Jesteś słodka.

Facet siedzący przy ekranie zaciera ręce.
- Udało się - mówi sam do siebie.

Dziwne, Florentyny nie zauważa. A ona bardzo, by chciała, żeby na nią spojrzał, żeby ją zobaczył, żeby jej wytłumaczył, o co tu chodzi. Już otwiera usta, żeby go zapytać, gdy jakaś siła zaczyna ja pchać do tyłu w stronę windy, którą tu przyjechała.

- Wróć. Obudź się. Zapomnij - mówi jej jakiś głos. - Musisz dla twojego dobra.

Florentyna się opiera tak mocno, że zaczyna boleć ją głowa. Budzi się z uczuciem napięcia zza oczami i po środku czoła. Ostatnie strzępy snu się rozrywają. Giną w niepamięci.

Eugenia i Stanisława.

- A jednak Weronika ma kogoś - chwali się ostatnią informacją Eugenia.
- Tak? Kogo? - dziwi się Stanisława.
- Student medycyny.
- Pewnie go w szpitalu poznała.
- Wyobraź sobie, że nie. Tutaj niedaleko na przejściu.
- Coś takiego. Klementyna musi być szczęśliwa.
- Raczej zadowolona, bo jak na razie Weronika się na nią nie rzuca, ale mieszkać z nią i tak już nie zamierza. Dobrze, że ta koleżanka ją do siebie przyjęła.
- Matka nie chciała?
- Matka tu nie mieszka. Poza tym jest ojczym, a oni ze sobą na bakier.
- No, tak.

Obie westchnęły i zamilkły, zastanawiając się o czym by tu jeszcze i o kim sobie opowiedzieć.

Gdzieś w innym miejscu.

- I jak, może być? - pyta się Drugi Pierwszego.
- Tak, ale miej na nią oko, bo następnym razem już ci tak łatwo nie przejdzie.

Słowo.

Pojawiło się nie wiadomo skąd i nie wiadomo po co. Pojawiło się w głowie Florentyny. Wir czasu. Co znaczyło? Florentyna nie wiedziała. Czuła je jedynie jak dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Coś na pograniczu oka, gdy odwracasz się od lustra. 


P. S. Może kiedyś dojdzie do tego. Przypomni sobie swój sen, a Weronika czy zda sobie sprawę, że pojawiła się nowa wersja jej życia?  I co będzie dalej? Jesteście ciekawi?