wtorek, 22 stycznia 2019

Niesymetryczna twarz zimy.

Z jednej strony czarna, a z drugiej biała. Taką zimę widzę za oknem. Taką sobie wyobrażam i o takiej myślę. Co myślę? Jaki wpływ ma na mnie niesymetryczna twarz zimy?


Zima.

Biała i czarna.
Kapryśna i rozsądna.
Poważna jak dama.
Rozbrykana jak dziecko.
Skacze po drzewach i łąkach.
Płacze gęstym deszczem.
Złości się kałużami.
Z chwili na chwilę się zmienia.
Staje się biała, poważna i dorosła.
Przykrywa się śniegiem.
Gniew zamraża.
I tak trwa, póki do głosu nie dojdzie czarna, 
dziecinna, radosna.

Przystanek.

Krzesło, stolik, herbata czekają na twoje pragnienie.
Wzdychają za twoim ciepłem.
Marzą o twojej uwadze.
A ja razem z nimi pytam, czy wrócisz na wiosnę.
Czas tak wolno płynie.
Powietrze tnie zimowym ostrzem serce zbyt szybko bijące.


Miłość.

Zimą miłość wzdycha.
Przestaje być sobą.
Zakrywa się śniegiem.
Ucieka w puste drzewa.
Wiem, że odżyje wiosną.



Śmierć.

Sunie po śniegu.
Kroczy po błocie.
Niepotrzebne jej śniegowce ani kalosze.
Na miejsce zawsze dociera.
Widać ją z bliska i z daleka.
Z mrokiem się całuje.
Ściska z niebem bladym.
Kocha zimę, a zima też ją lubi.

Nadzieja.

Śpi pod kamieniami.
Wiosną się obudzi.
Zakwitnie kwiatami.
Szarość minie.
Wrócą kolory ciepłe, letnie, gorące.
Twój uśmiech się pojawi.
Miłość złotem zabłyśnie.
Wszystko się zmieni, naprawi.




P. S. I tym optymistycznym akcentem zakończę. Jak Wam się czytało? Jaka jest Wasza zima i Wasze zimowe nastroje?

 





 


 

wtorek, 15 stycznia 2019

Pudełka i cała reszta.

Tak mogłoby się nazywać mieszkanie jednego z moich bohaterów.
Którego? Co mu się przydarza?

Autor: Tim Walker.
 Witek.

Obudził się wcześnie. Zbyt wcześnie. I po co? Przecież sobota - nie musi iść do pracy. Jednak wszelkie próby zagrzebania się z powrotem w sennym niebycie spełzły na niczym. W powietrzu czuło się jakiś nieokreślony lęk, strach nie wiadomo przed czym. Jakby potwór wbijał kolce w serce. Czyżby początek depresji?

Witek otrząsnął się ze złej myśli. Wyskoczył z łóżka. Zrobił kilka przysiadów i skłonów. Truchtem pokonał trasę do kuchni. Zaparzył kawę i przygotował kanapki. Uczucie niepokoju trwało nadal jak dobrze zawiązany sznur przedmiotów leżących tu i tam w kawalerce Witka. Przedmiotów pozornie bez znaczenia, które można by spokojnie wyrzucić, gdyby nie było się Witkiem. Tyle, że się było i wszystko wokół wydawało się tak bardzo potrzebne, nawet jeśli nie teraz, to na pewno potem, jutro, pojutrze, za kilka dni, za miesiąc lub za parę lat.

Kartony po paczkach, które Witek dostał, nowe i stare książki, zeszyty zapisane i niezapisane, słoiki po dżemach i ogórkach, plastikowe pudełka po masłach itp. itd. Pudełka i cała reszta przyklejona mocnym klejem do właściciela mieszkania.

Zdarzało się, że Witek wpadał w szał sprzątania. Wyrzucał to i owo, a potem męczył się, padał na łóżko, podczas, gdy siamto i owamto zostawało na później.

Dziś po kawie i śniadaniu Witek znów zapragnął coś zrobić. Zagłuszyć nieprzyjemne emocje i zacząć żyć całą piersią albo chociaż pół piersią. Byle wróciła radość, szczęście harmonia, najważniejsze swobodny oddech.

Witek sprzątał. Mieszkanie powoli przybierało bardziej odświętny, sobotni wygląd. Nic nie zapowiadało katastrofy. Nic oprócz wciąż wiszącego w powietrzu napięcia.

Witek zawiązał duży worek foliowy ze śmieciami. Założył kurtkę, buty i wyszedł z torbą na klatkę schodową. Drzwi zatrzasnęły się za nim. Chwilę później zdał sobie sprawę, że nie wziął kluczy zarówno od śmietnika jak i od mieszkania.

Wspomnienie.

Pojawiło się, gdy wracał do domu z nocnej zmiany w słabo ogrzanym, prawie pustym tramwaju wśród trzasków, zgrzytów i potrząsania, typowych umilaczy podróży miejskich.

Błażej tylko na chwilę zamknął oczy i już pod powiekami rysował się obraz z dzieciństwa, czasów, kiedy jeszcze wszystko układało się dobrze albo wydawało się, że dobrze.

Autor: Karolina Bielak.
 
 Miał pięć, może sześć lat. Puszczał papierowe statki na wodzie blisko domu cioci. Co to było, rzeka, staw? Nie pamiętał. Jedynie wrażenie beztroski, prażące słońce, radość, której później jako dorosły na próżno szukał.

Tramwaj gwałtownie zatrzymał się na światłach, wyrywając Błażeja z przeszłości. Ciężko wracało się do tu i teraz. W dodatku nieistniejąca ręka zaczęła swędzić. Niewidzialne igiełki wbijały się w niewidoczną skórę.

- Cholera - zaklął Błażej, drapiąc pozostały nad łokciem kikut lewej ręki.

Minęło dziesięć lat, a on jeszcze się nie przyzwyczaił do odczuć pochodzących jakby z kosmosu, otchłani, w której nadal żyła jego dawna ręka. Cała, zdrowa, bez obcych implantów. Być może inna wersja Błażeja też gdzieś prowadziła inną, bardziej normalną egzystencję. I w tej innej egzystencji nigdy nie spotkała obcych, nigdy z nimi nie walczyła i nie musiała z ich powodu pozbywać się ręki. Poza tym alternatywny Błażej potrafił rozmawiać z ludźmi. Nie bał się ich reakcji na swoje słowa i przede wszystkim miał przyjaciół lub przyjaciela, któremu mówił o wszystkim.

Błażej westchnął. Przypomniał sobie jak niedawno próbował w otaczającej go ścianie milczenia wydrążyć dziurę. Siedział wtedy w parku i zagadał do przechodzącego obok faceta, który wydał mu się sympatyczny. Niestety już po paru słowach, zdał sobie sprawę, że jego strach przed obcymi jest większy niż początkowa odwaga. Potem spotkali się jeszcze raz: on i tamten facet i znów oddzieliła ich bariera strachu.

Nieważne. Błażej otrząsnął się z niemiłego wspomnienia. Wysiadł z tramwaju i poszedł w stronę jednego z wielu wieżowców, w którym od niedawna wynajmował mieszkanie.

Witek.

Najpierw ogarnął go szał złości. Rękami i nogami walił w zamknięte drzwi. Chętnie zabiłby te wredne wrota sezamu, pudełka i śmieci też. Dopiero, gdy ochłonął, dotarło do niego, że przecież sam zbierał niepotrzebne rzeczy i sam wpadł na pomysł, żeby je wyrzucić. I po co? Czy naprawdę nie mógł spokojnie posiedzieć w domu, poleżeć w łóżku, poczytać książkę?

Zmęczony opadł na starą, zniszczoną wycieraczkę. Myślami odpłynął do niedawnej przeszłości, dziwnego mężczyzny z parku, jego trupio bladej sztucznej ręki, jednocześnie przerażającej i fascynującej. Pytanie kim był ów człowiek, drążyło w głowie Witka szereg tajemniczych korytarzy. W każdym z nich wyświetlały się kolejne zagadki. Dlaczego nieznajomy zaczepił Witka? Wyraźnie chciał mu coś powiedzieć. Jednak w ostatniej chwili zrezygnował. Jakby niewidzialne nici nagle zaszyły jego usta. Przy następnym spotkaniu stał się agresywny i groził Witkowi kamieniem. 

- Do licha, dlaczego? - mruczał pod nosem Witek.

Rozmyślania przerwał trzask drzwi na dole. Ktoś wszedł do budynku. Witek aż podskoczył z radości. Wreszcie sąsiad lub sąsiadka da mu na chwilę telefon, żeby mógł wezwać ślusarza. Koniec cierpienia. Nadchodzi ratunek. I nadszedł - Błażej i jego sztuczna ręka.



P. S. Czy zainteresowała Was moja opowieść i chcielibyście poznać ciąg dalszy, a jeśli tak, dlaczego? Co konkretnie spodobało się Wam lub nie spodobało w moim opowiadaniu?
Część poprzednia: Sztucznoręki.

         



wtorek, 8 stycznia 2019

Kłódka.

Leżała sobie na dnie szuflady. Zapomniana. Z kluczem przekręconym w prawo, żeby zapewnić spokój Eugenii, gdy tymczasem ona trwała w smutku. Czy ktoś wreszcie ją zauważy i pokręci kluczem w przeciwną stronę?

Autor: Fotoklimat.


Sen czy wizja?

Po świętach Eugenia czuła wszystkie swoje mięśnie. Znów za dużo pracowała, gotowała, sprzątała i robiła zakupy. Tylko ciasta sama nie piekła. I jak zwykle bardzo się rozczarowała, bo nikt z rodziny jej nie odwiedził poza jedną samotną kuzynką. W takich chwilach Eugenia żałowała, że nie ma rodzeństwa i że nie zaprosiła Stanisławy. Może ona też siedziała sama lub z kimś równie nudnym jak jej kuzynka.

- Właściwie, to dlaczego Zosia sobie o mnie przypomniała? Dlaczego nie odwiedziła swojego brata Antka? - Eugenia ziewnęła. Jakby już sama myśl o kuzynce wywoływała w niej senność.
- Nie zaszkodzi jak się trochę zdrzemnę - pomyślała i położyła się na tapczanie pod kocem.

Oczy zaraz się zamknęły. Ciało i umysł odpłynęło w sen, który swoją realnością i szczegółami przypominał wizję.

Eugenia znalazła się na szarym polu pod szarym niebem z chmurami o ton ciemniejszymi od nieba i pola. Czuła wiszące w powietrzu oczekiwanie. Na deszcz? Na burzę? Na coś groźnego? Może na koniec szarego świata. Ciszę w końcu rozerwał dźwięk dzwonu. Pole ze wszystkich stron otoczyła zbliżająca się mgła zieleni. Przerażona Eugenia skuliła się między wysokimi trawami. Stamtąd patrzyła jak kształt mgły zmienia się i staje osobnymi zielonymi istotami bardzo podobnymi do kosmity, którego kiedyś spotkała w swojej łazience. Tylko, że on nosił garnitur, a oni jednoczęściowe kombinezony przypominające ubrania biegaczy. Bez szwów, przylegające do ciała jak druga skóra, taka bardziej odporna na szkodliwe działania świata.

- Hej, to ja, pamiętasz mnie? W trawie obok Eugenii pojawił się kosmita z łazienki. - Mów mi Miki - przedstawił się.
- Tak się nazywasz?
- Nie, ale moje prawdziwe imię może być dla ciebie zbyt długie i trudne. To ja cię tutaj sprowadziłem, żeby cię ostrzec.
- Ostrzec mnie?
- Widzisz ich? - Miki wskazał ręką na formujące się w okrąg istoty. - Będą mnie sądzić.
- Za co?
- Że się wtrąciłem w twoje życie i dałem ci tę kłódkę. 
- Pójdziesz do więzienia? 

Z każdym słowem w Eugenii rosło przerażenie. Jednocześnie uczucie, że za chwilę ją też osądzą, przybierało na sile.

- Musisz koniecznie ukryć kłódkę w bezpiecznym miejscu, w takim, do którego nikt się nie dostanie. Inaczej zabiorą ją lub po prostu przekręcą klucz w inną stronę, by sama mogła odejść. Tak czy inaczej, twoje lęki wrócą. Rozumiesz?

Nagły oślepiający strumień światła zatrzymał się na kosmicie. Miki wstał i ruszył w stronę zebranych w kręgu. Wyglądał jak marionetka w rękach lalkarza, kukła pozbawiona własnego wyboru. Eugenia nie zdążyła nawet westchnąć, gdy blask, który wyciągnął Mikiego z ukrycia, odepchnął ją z powrotem do rzeczywistości.

Eugenię obudził skurcz ciała. Jakby uderzył ją prąd z odkrytego gniazdka. Szczegóły snu uciekły. Pojawił się lęk. Dziwne uczucie, że coś trzeba zrobić, ale co dokładnie?

Sylwester.

Ostatni dzień roku Eugenia i Stanisława zwykle spędzały razem. Oglądały telewizję. Jadły pozostałości ze świąt. Obgadywały sąsiadów i żaliły się sobie nawzajem na różne dolegliwości.

W tym roku siedziały u Eugenii. Nic się nie zmieniło, a jednocześnie wszystko wydawało się inne, głównie w oczach Eugenii, która na próżno próbowała sobie przypomnieć swój sen. Już prawie miała go gdzieś na końcu języka pamięci, żeby za chwilę stracić go zupełnie. Oprócz dziwnej emocji, nurtowało ją pytanie, dlaczego tak bardzo chce poznać treść swoich popołudniowych majaków. Co było w nich takiego ważnego?

Wybuchy za oknem gasły i znów się zapalały jakby rzucający budzili się i zasypiali.

- Myślisz, że on się z nią ożeni? - pytanie padło z ust Stanisławy między jednym kęsem ciasta biszkoptowego, a drugim.
- Kto? Zygmunt z Florentyną? 
- Nie. Ten tutaj Żuljano z Albertą - Stanisława wskazała palcem telewizor, w którym rozgrywała się akcja trzytysięcznego drugiego odcinka brazylijskiego serialu Niepogodzeni z życiem.
- A oni - westchnęła Eugenia, gdyż chciała, ale nie potrafiła skupić się na serialu. - Na pewno się zejdą.

- Może powinnam zapchać się ciastem? - myślała Eugenia. - Szkoda tylko, że prawie nie czuję jego smaku. Wszystko przez ten sen. Po co ja się ...

Nagły wybuch potrząsnął budynkiem. Szuflada się otworzyła. Na podłogę wypadła kłódka. Klucz sam się przekręcił w lewą stronę. Eugenia krzyknęła. Stanisława podskoczyła na krześle. A potem zgasło światło.

Florentyna.

W sylwestra jak zwykle siedziała sama ze stoperami w uszach i głową w słuchawkach, przez które sączyła się muzyka lub słowa ciekawych wykładów o samorozwoju, akceptacji i braku uzależniania od drugiego człowieka. Najbardziej interesowało Florentynę to ostatnie. Po zniknięciu Zygmunta nadal nie mogła dojść do siebie. Nie pomagały ani zioła, ani bieganie, ani joga, ani zajęcia tańca towarzyskiego. Wszystko szło jak przysłowiowa krew z nosa. Czas potrzebny do zagojenia ran toczył się we własnym kleistym tempie.

W momencie, gdy Eugenia pomyślała o zapchaniu się ciastem, Florentyna postanowiła wziąć tabletkę nasenną i schować się pod kołdrą. Już sięgała po szklankę z wodą, gdy blokiem wstrząsnął wybuch. Chwilę później zgasło światło.

W przeciwieństwie do Eugenii i Stanisławy Florentyna zachowała spokój. Może dlatego, że od czasu zaginięcia Zygmunta, ogarnęła ją dziwna obojętność na rzeczywistość. Jakby uczucia ukryły się pod warstwą waty i tylko czasem wyciągały rękę lub nogę. A może zadziałała połknięta tabletka nasenna.

W każdym razie ciało Florentyny zapadło się w stan pomiędzy czuwaniem, a ulatywaniem w inną przestrzeń.

Florentyna stała na rozległym szarym polu. Jego środek oświetlało intensywne białe światło. Wokół światła zgromadził się tłum zielonych istot. Sądzili jednego z nich za wprowadzanie zmian w cudze życie, w dodatku życie człowieka. Fala myśli-obrazów przepływała od umysłu do umysłu. Większość chciała, żeby winowajcę ukarać, zamykając go na wieki w kłódce. Nie ciało, ale duszę, którą istoty nazwały iskrą. W tym celu wybrani przez zgromadzenie posłańcy polecieli na Ziemię.

- Ale teraz wy łamiecie zasadę i wtrącacie się w życie ludzi - krzyknęła  Florentyna.

Istoty z ciekawością odwróciły się w jej stronę.

- Kim jesteś ? - odezwała się jedna z nich, która wyglądem przypominała starego mężczyznę.
- Florentyna, kobieta z Ziemi - przedstawiła się Florentyna. - Jestem tu po to, by bronić oskarżonego.
- Oskarżony cię prosił o obronę?
- Nieważne. Chcę go bronić.
- Ważne. Nic go nie może obronić. Musi zostać ukarany. Odejdź z pokojem tam, skąd przyszłaś.
Mężczyzna-niemężczyzna odwrócił się w drugą stronę, dając do zrozumienia, że rozmowa się skończyła. Jednak Florentyna nie ruszyła się z miejsca.
- Dobrze, ukarz go, jeśli zasłużył, tylko zostaw w spokoju Eugenię i jej kłódkę.
Twarz obcego wykrzywiła się ze złości.
- Jak nie odejdziesz, ty też zostaniesz ukarana.
- Zamkniesz mnie w kłódce?
- Gorzej. Pomieszam ci rozum i nigdy już nie zaznasz spokoju.
- Akurat.
- Daję ci trzy minuty, żebyś sobie poszła.

Stali na przeciwko siebie w martwej ciszy. Florentyna słyszała własne serce odliczające sekundy. Przez głowę przelatywały jej obrazy z przeszłości jak przed zbliżającą się śmiercią.

- Po co ja właściwie bronię tego kosmity i Eugenii? - pomyślała. - Jego nie znam. Jej nie lubię. Dlaczego nie odejdę, póki jeszcze mam czas? 

Nie odeszła. Jej spojrzenie bezwiednie powędrowało do góry. Nad nią tuż pod chmurami leciały klamki, kłódki, klucze jak gęsi opuszczające zimny kraj dla ciepłego. Towarzyszyła im spokojna muzyka przypominająca nagrania relaksacyjne, po które często sięgała Florentyna. Wydawało się, że wszystko zakończy się szczęśliwie, nikt nie zostanie ukarany, ale tak się tylko wydawało.




P. S. Zaskoczył mnie ten nagły koniec, bo co z kłódką, Eugenią i Florentyną? Prosiłam Lubisłowę, żeby powiedziała coś więcej. Jednak na próżno. Tak więc ciąg dalszy pojawi się później. 
Poprzednie części: Lęki EugeniiTrzynasta strona.




 

 



 

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Toni.

Zburzenie magazynu tylko na chwilę poprawiło mu nastrój. Gdy szczątki budynku wirowały w powietrzu, czuł pierwszą od dłuższego czasu radość. Potem Kornelia zgłupiała, a Stefania-Magda wpadła na pomysł, że odwiedzą ją w szpitalu. Ale po co? Czy nie lepiej dać sobie spokój z wariatką? Przecież nie wiadomo, czy obłęd na pewno nie jest zaraźliwy?



Matka.

Czy kiedykolwiek ją kochał? Czy chociaż lubił? Może wtedy, gdy był małym, zależnym od niej dzieckiem? Wtedy pewnie pragnął jej miłości. Może również wtedy, gdy ojciec mieszkał z nimi? Dużo pytań i ani jednej odpowiedzi. Tylko atmosfera gęsta od złości. 

Och, gdyby już z nią niczego nie dzielił, ani mieszkania, ani jedzenia, ani spojrzeń i słów niepotrzebnych: dzień dobry, do widzenia. Głupie, nic nie znaczące, a jak wkurzające, i te jej miny i zdania rzucane niby od niechcenia:
- Jak w szkole?
- Co robisz?
- Pójdziesz z nami do kina?

Właśnie, do kina z nimi, bo pojawił się drugi facet i brat-niebrat. Toni nie czuł z nim żadnego pokrewieństwa. Podobnie jak z matką.

Wysadzenie magazynu przyniosło krótką ulgę.  Jak wszystko, co robił wcześniej, żeby poczuć się inaczej, żeby zrzucić z siebie bagaż gniewu. Na próżno, bo on zawsze wracał i teraz też wrócił. Kornelia, po jakie licho ją zabrał, dostała fioła. Odwieźli ją na sygnale do wariatkowa. Z kolei Stefania-Magda wpadła na pomysł, że ją odwiedzi. W dodatku nie sama, z Tonim i Nikodemem. Nikodem się skrzywił, a Toni wrzasnął:

- Nigdzie nie pójdę. Nie muszę. Nie pamiętasz już co stało się z moim ojcem?
- Wyluzuj, co to ma do twojego ojca?
- Nie rozumiesz?! Wydrukować ci wielkimi literami, żeby do ciebie dotarło?
- Nie rozumiem. Jak długo możesz rozpamiętywać ojca? Jakby był jakimś świętym, a naprawdę był alkoholikiem, nikim więcej?

Zapadła cisza. Groźna i natrętna. I chaos niepotrzebnych myśli: 
- Jak ona mogła?
- Baby są głupie. Wszystkie bez wyjątku.

Przypadek?

Do domu wpadł jak bomba. Rzucił się na szufladę ze słodyczami jak tonący na łódkę, jak kiedyś jego ojciec na butelkę z wódką. Tak, pił. Toni temu nie zaprzecza, ale przez kogo i dlaczego? Jasne, że przez matkę. Ona go doprowadziła do takiego stanu.

Szuflada się opiera. Zamknięta. Stara suka ją zamknęła. Myśli, że będzie go wychowywać, że zmieni jego cielsko w ciałko modela. Nie z nim takie numery. Rozwali szufladę. Pokaże jej kto tutaj rządzi.

Toni chwycił największy i najbardziej ostry nóż, którym matka zwykle kroiła mięso. Zaczął nim tłuc oporny kawałek metalu.

- Co ty robisz?! - w drzwiach kuchni stanął Robert, ojczym Toniego.
- Bawię się. Nie widać?
- Natychmiast oddaj ten nóż.
- A jak nie oddam?
- To zobaczysz moją rękę na swojej dupie.

Nie zobaczył. W szamotaninie dwóch pełnych złości ciał nóż wbił się w plecy Roberta. Przypadek? Przeznaczenie? 

Kiedyś.

Kiedyś ojciec Toniego wrócił do domu jak zwykle zły i pijany. Matka kroiła mięso. Przygotowywała obiad na następny dzień. Zawsze tak robiła. Szykowała jedzenie z dnia na dzień. 

Pochylona nad mięsem nie zwracała uwagi na swojego męża albo doskonale udawała, że na niego nie patrzy. Z jakiegoś powodu podsyciło to jego gniew.

- Mogłabyś chociaż powiedzieć dzień dobry - zatoczył się w jej stronę z rękami zaciśniętymi w pięści.
- Chyba dobry wieczór - zauważyła nadal spokojnym tonem.
- Żaden dobry, rozumiesz!

Rozumiała. Jego skrzywiona twarz i te pięści nie wróżyły niczego dobrego. Wiedziała już, co za chwilę się zdarzy i zdarzyło się.

Walnął pięścią w stół. Chwycił nóż i zaczął nim szturchać  żonę. 

- Przestań - poprosiła. 
- Bo co, boisz  się - wbił nóż w kuchenny blat tuż przy jej palcu.
I nagle coś w niej wybuchło. Wyciągnęła ostrze i wsadziła mu w brzuch. 

Potem potoczyło się wszystko zbyt szybko, by mogła, by chciała pamiętać. Krzyk, kapiąca na podłogę krew, karetka pogotowia, wreszcie cisza po burzy, cisza wystraszonych myśli i płacz Toniego, siedmioletniego chłopca.

Ojca udało się uratować. Jednak już do nich nie wrócił. Siedział w psychiatryku z przerwami do końca życia. Tonim też zajął się psychiatra i psycholog. Matka uważała, że mógł odziedziczyć najgorsze cechy ojca. Przy okazji wzbudziła w nim strach przed chorobą psychiczną.

Teraz.

Przed oczami Toniego stają obrazy z przeszłości. Złość na matkę, zamkniętą szufladę, Roberta, Stefanię-Magdę odpływa. Przerażony pochyla się nad ojczymem. Próbuje zatamować krew. Wzywa pogotowie. Jedzie z ojczymem do szpitala i wciąż powtarza jak mantrę:
- Przepraszam. Nie chciałem. Co teraz będzie?



P. S. Jeśli Was to nie znudziło, to na pewno się dowiecie, co będzie.
Poprzednie części: Nastoletni zawrót głowy, Nikodem.


  
 



  








 

wtorek, 25 grudnia 2018

Ostatni raz?

Dawno u niej nie byłam. Nie odwiedzałam, bo dla mnie zrobiła się trochę nudna. Ileż można pisać o seksie, myślałam z dużym wykrzyknikiem i znakiem zapytania na końcu. Dlatego do niej nie zaglądałam. Wiecie już o kogo chodzi? Która z moich bohaterek wydaje się najbardziej rozwiązła?
Autor: Apollonia Saintclair.

Eugenia i Stanisława.

Obie stoją w kolejce do kasy osiedlowego marketu, a przy nich wyładowane jedzeniem wózki.

- Nie robisz w tym roku sernika? - Eugenia wpatruje się w kawałek ciasta na wózku Stanisławy.
- A ty szarlotki? - Stanisława wbija wzrok w zakupy Eugenii.
- Mój piekarnik nawalił - tłumaczy się Stanisława.
- I mój niezbyt sprawny - wyjaśnia Eugenia.
- Ja wszystko robię sama - chwali się stojąca za nimi kobieta w brązowej kurtce z dużym kapturem obszytym czymś w rodzaju futra lisa. - Te ze sklepu wiadomo z czego? Co do nich powsadzali?
- Pewnie to samo, co do cukierków - wtrąca inna z małym koszykiem z chlebem i jabłkami.
- I do psiej karmy - dodaje jeszcze inna.

Zapowiada się na dyskusję o produktach spożywczych i ich składzie chemicznym, gdy Eugenia zauważa kręcącą się między półkami Radomiłę.

- Widzisz - szturcha Stanisławę.
- Co? 
- Nasza Miłka robi zakupy swojemu gachowi.
- A nie matce? - dziwi się Stanisława.
- Matce nigdy nie robiła, bo matka ją oszczędzała, a teraz proszę, dobre czasy się skończyły.

Ostatnie słowa Eugenia wypowiada z drwiną pełną satysfakcji. Stanisława przytakuje jej uśmiechem. Obie zapominają, że mimo braku facetów jeszcze bardziej się starają, bo przecież nie wypada nic nie robić przed świętami.

Radomiła.

Chodzi po sklepie jak w transie. Wybiera na chybił trafił kolorowe torebki z gotowymi ciastami, by po chwili odłożyć je z powrotem na półkę. Jeśli myślała, że market pełen ludzi ją otrzeźwi i sprowadzi na ziemię, to bardzo się myliła. W głowie nadal się kotłuje pytanie, iść czy nie iść do Patryka, podać się namiętności bez zobowiązań, czy zostać w domu i udawać radość z nadchodzących świąt po raz pierwszy spędzonych z Kazimierzem i jego bliskimi. 

Po co w ogóle z nim zamieszkała, zastanawia się Radomiła, patrząc na chleb i bułki. Gdy się tylko ze sobą spotykali, było jakoś inaczej. Lepiej. Owszem nudziła się w święta z matką, babką i ciotką, ale nie musiała znosić obcych spojrzeń pełnych oczekiwań i oceny. Teraz czuje się jak kura, którą za chwilę zabiją i zjedzą. I gdyby nie Patryk cała by się w tym uczuciu pogrążyła. 

- Hej, pamiętasz jak nam było miło? - wysłał jej sms-a - Możemy to powtórzyć jutro. Jestem cały czas w hotelu Bajka. Daj znać, jak się zdecydujesz.

Eugenia i Stanisława.

Już wyszły. Pchają swoje wypchane torby na kółkach. Zadowolone, że wreszcie wracają do domu, choć niezupełnie, bo przecież...

- Okna muszę umyć - wzdycha Stanisława.
- A ja podłogę - również wzdycha Eugenia.
- Ech, po co nam te święta? My i tak zawsze wolne mamy - Stanisława aż przystaje zdziwiona swoimi słowami. Wydaje się, że nigdy w ten sposób nie myślała. No, może czasem, ale żeby od razu mówić na głos i w dodatku Eugenii.
- Żebyś wiedziała - potwierdza Eugenia. - Poza tym nikt na pewno nie będzie miał czasu, żeby przyjść do mnie.
- I do mnie.

Patrzą na siebie szeroko otwartymi ze strachu oczami. Po raz pierwszy szczerość wylała się z nich niekontrolowanym strumieniem.

Radomiła.

W innym czasie i w innym miejscu szczerość wylewa się z Radomiły. Zapełnia przestrzeń małego, hotelowego pokoju jękami rozkoszy. Uwalnia i zabija komórki stresu. Wszystkie giną w wilgotnych połączeniach penisa z waginą, języka z językiem, w kroplach potu i zadrapaniach na plecach.

Ciała pożerają siebie jak głodne wilki upolowaną zwierzynę. Głód i zaspokojenie. Bez początku i końca. 

Radomiła widzi odbicie swojego nagiego ciała. Rozchylone nogi. Wypięte pośladki. Wczepione w nie męskie uda. Sylwetka obcego mężczyzny pochylonego nad jej, Radomiły plecami. I ona sama dla siebie obca. Krzykiem wyrzuca resztki niepotrzebnych uczuć. Czy można umrzeć i urodzić się na nowo w jednej sekundzie? 

Znacznie później lekka jak piórko Radomiła wraca do domu. Święta z bliskimi Kazimierza straciły mroczną barwę. Świat znów stał się dobry i kochany.

- Ostatni raz - obiecuje sobie Radomiła.










 

wtorek, 18 grudnia 2018

Czerwone i białe.

Te dwa kolory: czerwony i biały wydają się być motywem przewodnim mojego grudniowego postrzegania świata. Dlaczego? Czemu tak bardzo rzucają się w oczy, przecież wokół pełno smutnych ogołoconych z liści czarnych drzew, nijakiej zielni trawnika i burej barwy nieba? Domy giną w szarości późno jesiennej, a jednak przed moim umysłem jarzy się biel i czerwień.


Czerwone i białe.

Słowa jak odbicia świata wokół
posępne, złe, dobre, radosne.
Myśli przychodzą i odchodzą.
Tylko czerwień trwa na płaszczu Mikołaja.
Biały śnieg, który nie spada,
w chmurach zbiera się żałośnie.
Jeszcze zdążysz nogę złamać na srebrzystym lodzie.
Prezenty niechciane z półki marketu.
Marzenia zapodziane w czarnej czeluści.
Tyle barw sztucznych, min pozytywnie nadmuchanych.
Za chwilę pierwsza gwiazdka.
Napięcie minie.
Kolejne święta na śmieci wyrzucisz. 

Autor: Michael Hunter.
Pod prąd.

Popłyńmy pod prąd.
Zróbmy sobie przerwę zamiast świąt.
Ty i ja - nasz stały ląd.
Całujesz mnie bez pośpiechu.
Splatamy się i rozplatamy.
Blisko i daleko.
Szmer oddechu.
Zabierasz mnie na górę.
Świat pulsuje.
Życie i śmierć bez granic.
Idź precz Mikołaju.

Nie znam autora.
 Nie bawię się.

Nie bawię się z hałasem.
Tańczę z ciszą.
Na próżno hałas w oczy świeci kolorami.
Uciekam.
Nie chcę patrzeć, słyszeć ani oddychać.
Zamykam się w szafie.
Udaję, że mnie nie ma.
Wreszcie dzień i noc mija.
Hałas odchodzi.
Tylko bałagan zostaje.


Karp.

Raz, dwa, trzy, martwy karp z talerza patrzy.
Obok sernik, pierogi, zupa grzybowa.
Życzysz wszystkim miłości i zdrowia.
Tylko karp jest gdzieś poza.
I ten pies na łańcuchu za domem.
Istoty bez duszy i dobrego słowa.

Autor: Zdzisław Beksiński.
 Pod powierzchnią.

Pod wodą, pod ziemią, pod skórą, pod jawą
gdzieś tam zabita prawda.
Kłamstwo się bawi.
Tradycja tańczy.
Święta się święcą.
Szukam zejścia na dół.
Szukam i nie znajduję.
W lustrze odbija się sztuczny uśmiech bez twarzy.



Milczenie.

Milczenie złotem,
mężczyźni mawiali,
gdy usta pocałunkami zaszywali.
I teraz do lustra się uśmiecham bez uśmiechu,
bez twarzy, bez żalu.
Wolna od jedzenia oddycham.

Nie znam autora.










P. S. Takie moje grudniowe spojrzenia i nastroje, a jak Wasze?
      Ostatni tydzień przed świętami, więc życzę Wam radośnie spędzonego    czasu.







 

 

wtorek, 11 grudnia 2018

Supełki.

Gdyby porównać moje opowieści do robionego na drutach swetra, stałyby się widoczne supełki lub puste miejsca, nierozwiązane historie. Jakby zarysowane kontury bez środka. Obiecuję sobie, że wypełnię braki treścią, to i owo dopowiem, a w praktyce tworzę nowe. Jednak tym razem wrócę do jednego z supełków związanych z Sensbezsensem, miastem poza czasem w krainie po śmierci.






Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Teresa - dwunastoletnia uczennica szkoły uniwersalnej w Sensbezsensie, Rafał - również uczeń tej samej szkoły i w tym samym wieku, Rosława - elf, wiek nieznany; Andrzej Violet - wzorowy uczeń 12 lat; Ilona - dawniej szefowa sekty Pozytywni, obecnie nikt ważny; Marysia - myślicielka, chora, znaczy się zdiagnozowana.

Dialog 1.

Miejsce: Szkoła uniwersalna w Sensbezsensie. Długi korytarz częściowo oświetlony światłem jarzeniówek, częściowo tonący w mroku. Nigdzie nie widać okien. W powietrzu wisi atmosfera smutku, nudy, złości czyli przeciętnego dnia szkolnego.

Rafał ( zły ): Przez ciebie tu trafiłem. Chciałem pójść z Rosławą, ale ty się musiałaś wtrącić i powiedzieć, że jesteśmy z tej samej drużyny. I po co? Tak ci brakowało towarzystwa?
Teresa ( również zła ): A kto cię uratował przed dzieciakami w pociągu? Już nie pamiętasz jak biegły za nami i chciały cię zabić?
Rafał: Pamiętam, że ciebie też i to ty popchnęłaś mnie przez drzwi do innego wagonu.
Teresa: I teraz żałuję. Trzeba cię było zostawić. Niech by cię zabili zwolennicy Ilony. Nie musiałabym teraz słuchać twojego marudzenia.

Do kłócących podchodzi wzorowy uczeń Andrzej Violet.

Andrzej: O co się tak kłócicie? Jeśli o ostatnie zadanie, to mnie wyszło...
Teresa: Mnie guzik obchodzi, co ci wyszło.
Andrzej ( krzywi się ): No wiesz. Mogłabyś okazać więcej szacunku.
Rafał: Ciekawe do czego, do ciebie czy zadania?
Andrzej: Powiem panu Baryłce, że się ze mnie nabijacie.
Rafał: Idź mów. Droga wolna.

Jednak Andrzej nie odchodzi. Prawda jest taka, że coś ciągnie go jak magnes do dwóch dziwaków szkolnych, łobuzów, ostatnich, najgorszych uczniów. Ciągle pyta sam siebie, dlaczego właśnie oni tak bardzo go interesują, dlaczego zamiast siedzieć przy podręczniku, kręci się koło nich, takich, jak ich określił pan Baryłka pasożytów miasta, w zasadzie całego kraju.

Tak więc Andrzej Violet nadal trwa na swoim przymusowym posterunku niedaleko Rafała i Teresy. Ubrany w granatowy, czysty mundurek szkolny w przeciwieństwie do Rafała i Teresy, którzy nadal noszą pomarańczowe stroje ze swojej dawnej sekty Pozytywni. Dawnej, bo sekta już nie istnieje. Ilona jej szefowa żyje w innej rzeczywistości, a jej podopieczni w jeszcze innej. Tylko Rafał i Teresa trafili do szkoły. 

Teresa: Chodźmy dalej. Lizus nas podsłuchuje.
Rafał: Tu nie ma gdzie iść.
Teresa ( pokazuje ręką mroczną część korytarza ): Może tam
Rafał ( boi się ): Nie wiemy co tam się kryje.
Teresa ( już idzie we wskazanym kierunku ): To się dowiemy.

Andrzej waha się, iść za nimi, czy nie iść. Zaraz przecież zadzwoni dzwonek i zacznie się lekcja geometrii kolorów. Nie można jej opuścić. Poza tym nie wolno zwiedzać mrocznej części korytarza. Tyle, że poznanie nieznanego smakuje jak dobra czekolada. Dlatego w końcu Andrzej idzie za Teresą i Rafałem.

Dialog 2.

Miejsce: Szpital psychiatryczny imienia Zenona Mądrego w Przestrzeni Obok. Sala pomalowana na biało-zielono. Czteroosobowa. Na łóżku przy oknie leży Ilona, dawna szefowa sekty Pozytywni. Z szefostwa pozostał jej jedynie pomarańczowy kolor szlafroka i piżamy. Powinien działać na nią pozytywnie, ale nie działa. Na łóżkach obok inne pacjentki. Mimo nocnej pory wszystkie objadają się słodyczami. Tylko Marysia siedzi i zagaduje Ilonę.

Marysia: Dlaczego tu jesteś? Bo ja z powodu próby samobójczej. Moja lekarka Dagmara mówi, że mam depresję maniakalną i schizofrenię. Moim zdaniem inaczej widzę rzeczywistość i przez to nie pasuję ludziom. Chcę dużo powiedzieć, ale nikt nie chce słuchać. Rozumiesz?
Ilona ( nie rozumie ): Aha. Śpijmy już.
Marysia: Ten świat należy do wieloświata. Można go porównać do plastra miodu. Ludzie myślą, że poza nim już nic ich nie czeka, a to nie prawda. Piszę o tym w swoim dzienniku: O sensie świata. Chcesz, dam ci przeczytać?
Ilona (ziewa ): Nie, dziękuję.

Marysia ( mówi dalej jakby nie słyszała ): Śniło mi się kiedyś miasto Sensbezsens. Wiedziałam, że istnieje po drugiej stronie życia. Do miasta zbliżał się pociąg, a w nim dzieci.
Ilona ( w jednej chwili oprzytomniała ): Coś mi się przypomina.
Marysia: Mnie też się coś przypomniało jak się obudziłam. Dziwne wspomnienie, że należałam do drużyny Pozytywni. Naprawdę nigdy nigdzie do niczego nie należałam, bo moim zdaniem trzeba płynąć środkiem rzeki życia, nie przy lewym lub prawym brzegu.
Ilona: Należałam do tej grupy. 
Marysia: Skąd wiesz?
Ilona: Nie wiem. Muszę się stąd wydostać.
Marysia: Wszyscy muszą. Tyle, że siedzimy w zakładzie zamkniętym. Nie da się stąd uciec.
Ilona: Próbowałaś?
Marysia: Po co? Prędzej czy później mnie wypuszczą. Wystarczy, że zacznę gadać to, co chcą słyszeć. Naprawdę dobra taktyka.
Ilona: Pamiętam, jechałam do Sensbezsensu. Nie dotarłam, bo konduktor mnie wyrzucił, a potem.... Nie wiem. Jakaś mgła mi zasłania.
Marysia: Cicho, słyszę kroki naszego stróża.

Do sali wchodzi dyżurująca pielęgniarka.

Pielęgniarka: Co wy tu wyprawiacie po nocy? Spać, bo jak nie, wszystkim dam po zastrzyku.

Pacjentki chowają się pod kołdrami. Nastaje wymuszona, niecierpliwa cisza. Chore lub raczej uznane za chore czekają na wyjście pielęgniarki, by wrócić do rozmów i słodyczy.

Dialog 3.

Miejsce: Mroczna część korytarza w szkole uniwersalnej w Sensbezsensie.

Powoli Rafał i Teresa pogrążają się w coraz bardziej gęstej ciemności, a Andrzej razem z nimi. Brak światła sprawia, że Andrzej podobnie jak wszystko wokół staje się niewidzialny. W dodatku czuje, że traci kształt. Już nie wie, gdzie kończy się jego ciało, a gdzie zaczyna się reszta. Rafał i Teresa też to odczuwają.

Rafał: Nie powinniśmy wchodzić tutaj.
Teresa ( nadal odważna ): Dlaczego?
Rafał: Bo nie mamy latarek.
Teresa: I co z tego?
Rafał: Jak co? Nie widzimy drogi? Nie wiemy gdzie idziemy?
Teresa: Nawet widząc drogę, nie wiemy gdzie idziemy.
Rafał ( myśli ): Zachciało się jej mądrości.
Andrzej ( myśli ): Po co ja za nimi idę. Powinienem wrócić, ale jak w tej ciemności.

Słychać kroki. Ktoś się zbliża. Z tyłu? Z przodu? Z boku? A może wielkie coś? Smok? Wampir? Zombie? Serca brzmią równie głośno jak kroki.

Rosława: Hej, jest tu kto?
Rafał: Kto pyta?
Rosława: Ja, elf Rosława.

Rafał oddycha z ulgą. Teresa zaciska pięści. Andrzej stoi jak słup soli.

Rafał: Rosławo to my: Rafał i Teresa. Pamiętasz nas? Jechaliśmy razem pociągiem.
Rosława: Pamiętam. Co tu robicie?
Teresa: A ty co?
Rosława: Badam korytarz szkolny.
Rafał ( zdziwiony ): Też się uczysz?
Rosława: Raczej oduczam. Już nie potrafię świecić oczami w ciemności, latać i przenikać ściany.
Teresa ( myśli ): No i dobrze.
Andrzej ( myśli ): Kim ona jest?
Rafał: Więc nas nie znajdziesz po węchu?
Rosława ( śmieje się ): Znajdę po intuicji.

Rosława dociera do Rafała. Obejmuje go. Przytula. Teresa zgrzyta zębami, czując bardziej niż widząc, co się dzieje. Andrzej podchodzi bliżej i też się przytula do Rosławy.

Rosława ( cieszy się ): Dwóch was. Miło mi, miło.
Teresa ( ze złością ): Troje.
Rosława ( z niechęcią ): Znów ty.
Teresa: Uciekamy. Przeszkadzasz nam.
Rosława: Uciekacie? Ja też, ale ze szkoły nie da się uciec. Ona jest wszędzie jak wasz bóg.
Teresa: Uważaj, obrażasz moje uczucia religijne.
Rafał: Naprawdę? Niemożliwe. Razem znajdziemy wyjście.
Andrzej: Ale po co? Mnie się szkoła podoba.

Dialog 4.

Miejsce:  Nadal ten sam szpital w Przestrzeni Obok.
Środek nocy. Pacjentki dawno już śpią z wyjątkiem Marysi, która szarpie rękaw pomarańczowej piżamy Ilony.

Marysia: Obudź się. Uciekamy.
Ilona ( budzi się ): Co? Jak? Gdzie?
Marysia ( kładzie jej palec na ustach ) Cicho. Mam klucz. Wychodzimy.
Ilona: Jak to? Skąd?
Marysia: Później ci powiem. Idziemy zanim nasz stróż się obudzi.




P. S. I tak rozwiązałam jeden supełek lecz zawiązałam następny. Co dalej z ucieczką moich bohaterów? Zobaczymy, jeśli chcecie zobaczyć.
Poprzednie części: