wtorek, 17 kwietnia 2018

Pustka.

Gdyby zapytać Weronikę, co zmieniło w jej życiu spotkanie Artura, powiedziałby pewnie, że nic. Dopiero po dłuższej chwili przyznała, że wprowadziło pustkę albo uświadomiło, że ona w niej istnieje. Każdego dnia pożera kawałek jej duszy, a przyczajona w Weronice Gniewna tylko czeka, aż zje blokadę. Wtedy Gniewna stanie się znów właścicielką ciała Weroniki.


Eugenia i Stanisława.

Zrobiło się ciepło, więc obie emerytki-plotkary usadowiły się na ławce przed blokiem jak zwykle po to, żeby pogadać i poobserwować sąsiadów. Kto, gdzie, kiedy i dlaczego się pojawia oraz oczywiście z kim.

- Weronika z Arturem - zauważa Stanisława.
- Widzę - potwierdza Eugenia. - Idą jakby się pieprzu najedli.
- Jak? - dziwi się Stanisława, która takiego porównania jeszcze nie słyszała.
- Skrzywieni - wyjaśnia Eugenia.
- Od dźwigania książek na pewno.
- Nie widać, żeby coś dźwigali.
- Teraz nie, ale do szkoły noszą.
- Gadasz jakbyś się zapisała na protest Precz z tornistrem - Eugenia się śmieje, ale jej radość szybko się kończy na widok sąsiada Karola, który właśnie wraca do domu i o zgrozo, skręca w ich kierunku.

- Dzień dobry - mówi, patrząc głównie na Eugenię. - Jak się panie czują? - pytanie też kieruje tylko do niej.
- Dobrze - odpowiada Stanisława.

Eugenia nic nie mówi. Zawsze wygadana teraz nie potrafi wydobyć z siebie ani jednego słowa. Przegryza wargi i czerwieni się jak nastolatka.

- Myślałam, że pan w szpitalu - odzywa się Stanisława. - Ktoś mi mówił, że miał pan zawał.
- Na szczęście to był fałszywy alarm. Jeden dzień mnie potrzymali. Badania zrobili i oto jestem zdrów jak ryba - cieszy się Karol albo udaje radość przed Eugenią.
- To dobrze. Pójdę już, bo późno się zrobiło - Stanisława podnosi się z miejsca. Czuje się nieswojo między milczącą Eugenią i Karolem.
- Na mnie też już czas - odzyskuje nagle głos Eugenia.
- A może mógłbym pomóc? 
Stanisława i Eugenia patrzą na niego zaskoczone.

Dzień jak co dzień.

Już, gdy wstawała rano Weronika zastanawiała się, czy ten dzień  przyniesie jej coś więcej poza znużeniem, nijakością w szkole i spotkaniem z Arturem, którego poznała wkrótce po wyjściu ze szpitala. Nie wiadomo po co poznała. Może, żeby zapomnieć swoją dawną miłość - Marka. Ale nie zapomniała. Budziła się zwykle z myślą, że się minęli, przeszli obok, nie zauważyli, jednak wcześniej czy później znów wpadną na siebie. Niby przypadkiem. On odnajdzie ją albo ona jego. 

Od razu nabierała ochoty do życia, bo może dziś właśnie go zobaczy. Wyskakiwała z łóżka. Uważnie szła do szkoły, żeby tylko go nie przegapić. Podobnie wracała do domu, a potem wychodziła i kręciła się wkoło, udając, że spaceruje. Naprawdę wypatrywała Marka i prawie zawsze trafiała na Artura. Jakby chodził za nią. Śledził. Obserwował i w dodatku posiadł umiejętność wyskakiwania spod ziemi w najmniej odpowiednich momentach. 

Zabierał ją do siebie jakby wiedział, że Weronika wynajęte mieszkanie dzieli z koleżanką. On niczego nie dzielił. Duży pokój i przedpokój miał do własnej dyspozycji. W tym równie duże łóżko. Przerobili w nim prawie wszystkie pozycje ani trochę nie ocierając się o własne dusze. Tak przynajmniej wydawało się Weronice, która próbowała, ale nie mogła zapomnieć o Marku.

Jak to możliwe, że każdy dzień zaczynała tak samo? Najpierw od uczucia zmęczenia sobą, a potem nadziei, że zdarzenia potoczą się inaczej niż oczekiwała. 

- Pustka wokół, pustka wszędzie, co to będzie? - myślała Bogumiła, poetycka część Weroniki, którą od razu zainteresowała się Gniewna.

Eugenia i Stanisława.

- Naprawdę chce pan pomóc - odezwały się jednocześnie Stanisława i Eugenia.
- Tak, bardzo chętnie - zapewnił Karol, patrząc na Eugenię.
- Nie tylko mnie, ale również Stasi? - zapytała Eugenia.
- Oczywiście - jeszcze raz potwierdził.

Na to tylko czekały. 
- U mnie okna nieumyte. Chciałam je umyć przed świętami, ale wie pan jak to z tą pogodą było, więc jakby pan mógł... - Stanisława zawiesiła głos, wpatrując się w sąsiada. Zauważyła, że skrzywił się nieco na tę propozycję.
- A mnie pralka wysiadła. Pranie trzeba zrobić, a nie ma w czym. Pan by mógł u siebie w swojej pralce, bo ma pan pralkę, prawda?
Eugenia się uśmiechnęła, a mina Karola wydłużyła się jeszcze bardziej.
- Mówicie panie okna i pranie? No, nie wiem, czy mi sił wystarczy, ale mógłby wam zakupy zrobić? Może dać adres do pani, która sprząta?
- Pewnie za duże pieniądze - oburzyła się Eugenia. - Zakupy to sobie same możemy zrobić. Do widzenia.
Eugenia i Stanisława zostawiły Karola z bardzo niewyraźną miną. 

Bogumiła.

Wyłoniła się z pustki. Szybko nabrała olbrzymich rozmiarów i zaczęła przejmować kontrolę nad ich wspólnym ciałem: jej, Weroniki i Gniewnej. 

Główne miejsce zajmowała zwłaszcza w czasie spotkań Weroniki z Arturem. Na pewno Artur przyczynił się do jej powstania i chęć Weroniki, żeby przenieść się w inne miejsce. Chęć, która pojawiała się zawsze, gdy ją dotykał. Już nie pragnienie, żeby wyrzucić z pamięci Marka, ale ochota na zniknięcie w niebycie. 

Widać ciało nie potrafiło pozostać puste i samo stworzyło sobie nową osobowość - Bogumiłę. A może Bogumiła już wcześniej istniała. 

Siedziała sobie spokojnie pod skórą i czekała na impuls do życia. W każdym razie była. To ją, nie Weronikę całował Artur w szyję przed lustrem. Jej odpinał powoli bluzkę, a potem zdejmował stanik. Odwracał do siebie. Zanurzał się w jej piersiach. Przyciągał na kolana. Zdejmował po kolei każdą część ubrania. Weronika znikała. Wreszcie wolna od swojego ciała i tego drugiego obcego. Nawet nie patrzyła na gimnastykujące się na łóżku sylwetki dwojga podobno bliskich osób. 

Bogumiła lubiła seks. Artur jej go dawał. Ona się z nim, na nim, pod nim zatracała. Czy go kochała? Nie zadawała sobie takich pytań. Żyła tu i teraz. Rytmicznie podnosiła się i opadała. 

Gniewna obserwowała jej ruchy ze swojego kąta za barykadą. Czekała, aż emocje całkowicie zawładną Bogumiłą. Nie ważne, że to Bogumiła, nie Weronika. Ona też może się przydać. Na pewno potrafi przeżyć wielki orgazm, nawet  jeśli nie kocha faceta. Gniewna się tylko podłączy. Wykorzysta energię, a potem będzie wolna. Na samą myśl drżała z radości. Przeżywała przedsmak ekstazy.

Bogumiła jakby czując na sobie wzrok Gniewnej, zatrzymała się w swoim pędzie do przyjemności. I choć Artur przyciągnął ją do siebie, a potem zmienił pozycję, podniecenie opadło. Rozkosz gdzieś uciekła. Ruchy stały się automatyczne. Po raz pierwszy Bogumiła odetchnęła z ulgą, gdy Artur skończył. Po raz pierwszy straciła ochotę na uprawianie seksu.

- Jeszcze cię załatwię ty idiotko - krzyczała Gniewna.


P. S. Oddalam się na bezpieczną odległość. Ciąg dalszy napiszę jak się atmosfera trochę uspokoi.
Podzielcie się proszę swoimi wrażeniami z tej opowieści.
Tych, którzy nie czytali, zapraszam do części poprzedniej: Wir czasu oraz wcześniejszych - Problemy, Dziurawa pamięć.






  


 

wtorek, 10 kwietnia 2018

Zagłada.

Moje ostatnie spotkanie z Lubisłową zaprowadziło mnie do miejsca Końce światów. Nazwa zgodna z przeznaczeniem. Na niebie już widać czarną chmurę, która za chwilę zakryje słońce. W powietrzu trzaskają elektryczne iskry. Chce zawrócić, ale wiatr pcha mnie i Lubisłowę do przodu.



Inaczej.

Nie tak to sobie wyobrażałam. Chmura nadchodzi. Zakrywa słońce. Krajobraz ciemnieje i ... Nic. Żadnych wybuchów, odgłosów trąb anielskich i tym podobnym efektów specjalnych jakie kojarzą się z zagładą. 

- Może koniec świata został odwołany - myślę. Lubisłowa się uśmiecha. Chwyta moją rękę i już wiem, że nie. Rozpad się dzieje. Na razie w skali mikroskopijnej. Za chwilę, dwie w nieco większej, coraz bardziej olbrzymiej. Chmura rozpoczęła proces.

- Spójrz - Lubisłowa wskazuję ręką białe domy przed nami.

Widzę jak biel się rozkłada na pojedyncze, wędrujące w powietrzu atomy jakby płatki z dmuchawca. Na miejscu bieli tworzy się czerń. Czarne betonowe płyty stają jedna na drugiej. Pną się jak chwasty wysoko do nieba. Powoli zastępują dawne piękne budynki, jednopiętrowe siedziby ludzi i ich zwierząt.

- Wieżowce - stwierdzam, patrząc jak płyty tworzą gmachy.
- Zgadłaś - chwali mnie Lubisłowa.
- Nie zagłada, ale przebudowa - zauważam. - Prawie jak na moim osiedlu.
- Zagłady są różne.
- Ta akurat mieszkalna.
- Nie tylko. Rozejrzyj się uważnie.

Rozglądam się. Ścieżkę pod nogami zastępuje asfalt. Podobnie dzieje się z trawą i kwiatami. 

- I co teraz? - pytam, choć znam odpowiedź.
- Oddzielimy jednych od drugich - potwierdza moje przypuszczenia Lubisłowa.

Selekcja.

Ludzi zauważam trochę dalej. Chodzą wokół pustego placu jakby dziury między wieżowcami. Jeden za drugim wędrują po zewnętrznej linii koła-zegara. Puste oczy, twarze i mechaniczne tułowia. Kobiety, dzieci, mężczyźni ukryci w czarnych fałdach ubrań długich do ziemi nieforemnych paskudnych.

- Wyglądają jak roboty przebrane w hidżaby - mówię do Lubisłowy.
- Oni już są przegrani.
- Czyli ich mamy z głowy - cieszę się, bo wcale nie mam ochoty podchodzić bliżej. Ci ludzie budzą niepokój i wstręt jak odpadki ze śmietnika.

- Tymi się zajmiemy - Lubisłowa pokazuje mi ręką wąskie przejście między blokami. Dopiero teraz zauważam, że ktoś tam stoi. Też ludzie, ale jacyś inni. Przede wszystkim pozbawieni dziwnych czarnych strojów, martwych oczu i twarzy.

- Jeszcze żywi - wyjaśnia Lubisłowa.
- I mamy ich dzielić? Jak? Na co? - krzyczę jakby mój krzyk mógł coś zmienić, powstrzymać selekcję.
- W głowie każdego zobaczysz wskazówkę - odpowiada Lubisłowa. Dziwię się, że nie traci panowania nad sobą. Znacznie lepiej niż ja odnajduje się w tej sytuacji.
- Pamiętam poprzednie selekcje, a ty nie - mówi mi, gdy zbliżamy się do pierwszych stojących przy wieżowcu ludzi.

Kobieta i mężczyzna. Oboje młodzi. Pewnie dopiero co skończyli szkołę średnią. Obejmują się. Całują. Wydaje się, że wcale nie zwracają na nas uwagi, dopóki nie stajemy tuż przed nimi. Wtedy mężczyzna odpycha od siebie kobietę. Odwraca się od niej. Udaje, że jej zna. Ona krzyczy, żeby jej nie zostawiał. Ciągnie go za rękaw. Bez skutku. W obliczu selekcji ich więź się nie liczy.

- Patrz uważnie na jego czoło - poucza mnie Lubisłowa. - Widzisz?
- Tak, białe porsche.
- A dalej jest jakiś człowiek albo zwierzę?
- Nikogo. Nie rozumiem czy to znaczy, że ...
- Nigdy nikogo nie kochał, więc niech idzie bawić się do piaskownicy.
- Co takiego? 

Zdziwiona patrzę jak Lubisłowa pokazuje mężczyźnie drogę, chodnik skręcający w stronę placu zabaw dla dzieci. 

- Nie dorósł - wyjaśnia mi Lubisłowa. - Musi tu jeszcze posiedzieć.

Wkrótce okazuje się, że towarzyszka mężczyzny też nie dorosła, a za nimi cała masa innych kobiet, mężczyzn, dzieci. Wszyscy idą w tym samym kierunku. Każdy w głowie trzyma jakiś przedmiot, jeden, dwa lub kilka. Zdarzają się też idee, pomysły, pasje, które jak rak rosną i wypełniają mózg.

Autor: Miguel Vallinas.


- Co by było, gdyby je usunąć? - pytam Lubisłowy.
- Nic, wewnętrzna pustka.
- I dlatego idą na plac zabaw?
- Tak. Muszą zacząć wszystko od nowa.
- Tutaj?
- Tak.

Rowy.

Nadchodzą, gdy już tracę nadzieję, że kogokolwiek skieruję w inną niż plac zabaw stronę. Niby zwyczajni. Z pozoru niczym się nie różnią. Jednak ich głów nie sposób prześwietlić. Bezskutecznie wpatruję się w czoła.

- Co teraz? - pytam Lubisłowy.
- Pójdą do rowów - odpowiada.
- Gdzie?
- Tam.

Jeszcze jeden wcześniej nie zauważony przeze mnie szczegół krajobrazu. Przed wieżowcami ciągną się jak głębokie rany koryta w ziemi. Od tych naturalnych, w których płynie woda, różnią je schody. Ludzie idą nimi jakby do samego wnętrza świata. Stąd, gdzie stoję, nie widać końca stopni.

- Dokąd one prowadzą? - jestem ciekawa.
- Do światów pod tym światem.
- Do piekła?
- Czy pod jest tylko piekło? - Lubisłowa się śmieje.
- Nie wiem, dlatego pytam.
- Nie do piekła.

Z twarzy ludzi próbuję odgadnąć co sprawia, że muszą iść do rowów, a nie na plac zabaw. Czym się różnią od swoich poprzedników? Czy chodzi o odbijające się w oczach światło? A może o kolor, który przez chwilę widzę wokół każdego? U jednych zielony, u innych niebieski, czerwony, pomarańczowy, żółty, fioletowy. 

- Zbliżamy się do końca - informuje mnie Lubisłowa. W jej słowach słychać ulgę i radość.
- Wracamy - ja też się cieszę. Ten świat mi się nie podoba. Obiecuję sobie, że już nigdy więcej nie pójdę z Lubisłową do miejsca zagłady. Nigdy więcej żadnej selekcji.

Buntownik.

Pojawia się za ostatnimi ludźmi rowów, jak ich w myślach nazywam. Ubrany w zasłaniający twarz czarny kapelusz i czarne długie kalosze. Do tego żółte getry i zielony dres z kapturem oraz zrobiony na drutach pomarańczowy szalik. Dziwny i rzucający się w oczy osobnik w przeciwsłonecznych turkusowych okularach. Nie muszę patrzeć na niego, by wiedzieć, że nigdzie nie pasuje i za chwilę wszystko zniszczy. Jakby dodatkowy wysłannik zagłady. Czuję jak włosy na skórze stają mi dęba, gdy podchodzi bliżej. Serce staje w gardle jak kamień.

- Teraz ja z wami skończę - odzywa się kobiecy głos.

Zanim zdążę się zdziwić, że on to ona, a może jedno i drugie, buntownik wyciąga z kieszeni pistolet. Mierzy nim w moje czoło. Naciska spust.




P. S. I co dalej? Co przetrwało, a co zostało zabite? Jesteście ciekawi?








wtorek, 3 kwietnia 2018

Drzwi.

Żyli zwyczajnie. Umierali podobnie jak każdy inny człowiek, pomijając szczegóły w tej chwili nieistotne. Myśleli, że to koniec albo że pójdą w lepsze miejsce. Nieważne, bo po śmierci i tak oboje trafili do miasta Sensbezsens. Potem już tylko próbowali uciec.

Autor: M.C. Escher



Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Gena - kobieta lat 30, Konrad - niespełniony pisarz lat 20 i trochę, Ślepiec - nikt o nim nic nie wie, Nadzieja - dziewczynka lat 10, Pan Kanciasty - matematyk, ciotka Dynia - nauczycielka nauczania początkowego.

Dialog 1.

Miejsce: Pokój wyjściowy lub przejściowy zależy, z której strony patrzysz.

Kształty i barwy pokoju rozmywają się przed oczami obserwatorów z zewnątrz. Siedzący w środku widzą tapczan, biurko i fotel. Wszystko czarno-białe. Na tapczanie siedzi Gena. Przy biurku na fotelu Konrad. Nie wiedzą kiedy i skąd się tu wzięli. Nie pamiętają swojej próby ucieczki do nicości. Najpierw pociągiem w towarzystwie tajemniczego ślepca, a potem nad miastem Sensbezsens z przewodnikiem Edwardem. W tym pokoju nie liczy się przeszłość, przyszłość, jedynie tu i teraz.

Gena ( przeciąga się ): Gdzie ja jestem?
Konrad: I kim jestem?
Gena ( patrzy na niego uważnie ): My się chyba znamy?
Konrad ( uśmiecha się ): Nie znamy, ale możemy się poznać.
Gena: Nie myśl, że cię podrywam.
Konrad: Szkoda.
Gena: Moja ciotka tak mówiła jak... Nie pamiętam.
Konrad: Po co ciotkę wspominać. Jak masz na imię?
Gena: Gena, a ty?
Konrad: Konrad. Wiesz dokąd prowadzą te drzwi?

Drzwi. Dopiero teraz je zauważamy. Jedyny stały element pokoju zarówno w środku jak i na zewnątrz. Pomalowane na niebiesko. Przyciągają dziwnym blaskiem, aromatem kawy i czekolady ulubionych przez Genę i Konrada. Przypominają im dzieciństwo. Oboje podchodzą bliżej, już prawie chwytają klamkę, gdy za ich plecami odzywa się dziewczynka ubrana w białą komunijną sukienkę sięgającą do kostek.

Nadzieja: Nie przechodźcie. To pułapka.
Gena ( odwraca się ): Kim jesteś?
Nadzieja: Mam na imię Nadzieja. Idę do pierwszej komunii, a Nadzieja, to imię, które sobie wybrałam.
Gena: Ale do komunii nie wybiera się imienia. Tylko do bierzmowania.
Nadzieja: Ja do bierzmowania nie pójdę, więc wybrałam do komunii.
Konrad: Skąd wiesz, że nie pójdziesz?
Nadzieja: Bo swoje zdanie mogę zmienić tylko raz. Potem już nie.
Konrad: A jakie jest to twoje zdanie?
Nadzieja: Lepiej chodźmy. Jak się zaraz nie ruszymy drzwi się otworzą.
Gena: Dokąd?
Konrad: Po co?
Nadzieja: Do nicości. Nie pamiętacie, ale się wybieraliście oboje, zanim was zgarnęli z Edwardem.
Gena: Z Edwardem?
Konrad: Jakim Edwardem?
Nadzieja: Potem wam wyjaśnię. Teraz szkoda czasu.

Nadzieja wskazuje drzwi, które pokazują się w ścianie. W przeciwieństwie do niebieskich, falują w przestrzeni. Jednak Konrad i Gena widzą jedynie ich słoneczny blask. Czują zapach morza i gorącego piasku. Nie wiedzą i nie mogą wiedzieć, że istnieją jakby nie istniały. Szczegóły zauważałyby ktoś spoza tej rzeczywistości. 

W każdym razie Nadzieja przechodzi na drugą stronę, a Konrad i Gena idą za nią, a my jeszcze przez chwilę patrzymy na opuszczony pokój. Niebieskie drzwi się otwierają. Słyszymy jak skrzypią. Przez nie do pokoju wchodzi ślepiec. Mężczyzna, którego Gena i Konrad spotkali na dworcu i z którym uciekali białym pociągiem do nicości. Uciekali, ponieważ nie wyobrażali sobie dalszego życia w Sensbezsensie z ciotką Dynią i Panem Kanciastym.

Dialog 2.

Miejsce: Szkoła imienia Kleofasa Bystrzaka. Ta sama, którą w Przestrzeni Obok zniszczyli terroryści.

Pnie się w górę jak chwast po deszczu. Ciągle przybywają nowe piętra. Obejmuje wszystkie stopnie nauczania od przedszkolnego do wyższego. Uczą się w niej i mieszkają uczniowie i nauczyciele. Nowe pokolenia niewolników gotowych do służenia swemu miastu. Niewolników, którzy nie wiedzą, że są niewolnikami.

Na teren szkoły wchodzą ciotka Dynia i Pan Kanciasty. Oboje z zachwytem wpatrują się w potężny sięgający chmur budynek. 

Ciotka Dynia: Wreszcie jesteśmy we właściwym miejscu.
Pan Kanciasty ( śmieje się ) : Widzę zegar i nie jeden.
Ciotka Dynia: I litery.

Zegary różnego kształtu i rozmiarów wiszą na drzewach otaczających szkołę. Każdy pokazuje inną godzinę, ale w oczach naszych bohaterów odbija się jedynie ósma, dzień pierwszy września. Litery jak czarne małe robaki kręcą się po trawie. Dla ciotki Dyni powiewają na wietrze jak strony najciekawszych na świecie książek. Na progu szkoły wita ich cień wysokiej kobiety. Z punktu widzenia Pana Kanciastego i ciotki Dyni wysoka, szczupła kobieta z długimi ciemnymi włosami, dość atrakcyjna. Ubrana jak wszyscy wokół na granatowo. Elegancka spódnica do kolan, marynarka, bluzka z kołnierzykiem i szpilki.

Kobieta: Witam was kochani moi serdecznie. Czekaliśmy na was.
Ciotka Dynia ( wzruszona ): Naprawdę?
Pan Kanciasty ( całuje kobietę w rękę ): Stefan Kanciasty.
Kobieta: Wiem. Już od dawna obserwuję poczynania pana w szkolnictwie. Cieszę się, że mogę poznać pana osobiście. Panią też oczywiście. Jestem dyrektorką szkoły. Ewa Bystrzak.
Ciotka Dynia: Ach, pani jest na pewno wnuczką Kleofasa.
Ewa: Tak. Kontynuuję zaszczytną tradycję rodzinną, ale chodźmy dopełnić formalności.

Wchodzą do środka. Czujny obserwator widzi jak znikają w paszczy wielkiego szarego potwora.

Dialog 3.

Miejsce: Tunel.

Na początku lśni złotym światłem. Gdzieś blisko słychać szum morza i mewy. Z każdym dalszym krokiem ciemnieje, cichnie, zaczyna rozsiewać wokół zapach stęchlizny, kiszonej kapusty i czegoś bliżej nieokreślonego, ale niezbyt przyjemnego. Z małych dziur w ścianach wychodzą karaluchy, a nad sufitem pojawiają się nietoperze.

Gena: Wracam. Nie podoba mi się tutaj.
Nadzieja ( której sukienka zmienia się w szarą ): Wytrzymaj jeszcze trochę.
Gena: Nie, mam dość.
Konrad: Ja też.
Nadzieja: Nie możecie. Nie wolno wam.

Gena i Konrad już jej nie słuchają. Oboje czują w sobie ciężar wszystkich mięśni. Wisi w nich jak wielki kamień. Pochyla do ziemi. Najchętniej położyli by się, zwinęli w kłębek, zasnęli. Mimo to idą. Wloką się w stronę, z której przyszli. Wokół nadal cisza przerywana łopotem skrzydeł nietoperzy i zgrzytającymi pod nogami robakami.

Gena: Po co my tu przyszliśmy?
Konrad: Mnie się pytasz? Jej się zapytaj.
Gena: Dlaczego jej posłuchaliśmy?
Konrad: Bo małe dziewczynki nie kłamią. Tamte drzwi były takie piękne.
Gena: Niebieskie. Pachniały świeżo zaparzoną kawą i śmietankową czekoladą.
Konrad ( wzdycha ): I ptasim mleczkiem.
Nadzieja: Idziecie w złą stronę.
Konrad: Znowu ty. Odczep się!
Gena: Wyprowadziłaś nas nie wiadomo gdzie i po co?!
Konrad: Idź sobie do tej swojej komunii, a nam daj spokój!
Nadzieja: Nie pójdę do komunii. Rozmyśliłam się. Wolę z wami zostać.
Gena: My wracamy, a ty idziesz dalej!
Nadzieja: Dalej, ale w waszą stronę.
Konrad: Idiotka. Nie rozmawiaj z nią.
Nadzieja: Możecie nie gadać, ale wtedy się nie dowiecie jak stąd wyjść.
Gena: Nie mam już sił. 
Konrad: I ja.

Siadają na ziemi i ziemia ich wciąga. Nadzieja płacze, a z falujących w ścianie drzwi wychodzi ślepiec.

Ślepiec: Gdzie oni są?
Nadzieja: Wciągnęła ich ziemia.
Ślepiec: Jak to?
Nadzieja: Zwyczajnie. Usiedli i ich wciągnęła.
Ślepiec: A ty co wtedy robiłaś?
Nadzieja: Stałam obok.
Ślepiec: Nie powiedziałaś im, żeby nie siadali.
Nadzieja: Skąd mogłam wiedzieć, że tak się stanie.
Ślepiec: Tyle lat żyjesz na tym świecie i jeszcze nic nie wiesz.
Nadzieja ( szlocha ): Nie wiem. Mam dopiero siedem lat.
Ślepiec: Ty naprawdę zgłupiałaś. Uwierzyłaś iluzji. Iluzji, rozumiesz!

Ostatnie słowa ślepca odbijają się echem od ścian. Tunel się rozpada. Zmienia w pokój, z którego wyszli Konrad, Gena i Nadzieja. Razem z pokojem zmienia się strój Nadziei i jej sylwetka. Dziewczynka staje się młodą kobietą w niebieskiej koszuli szpitalnej. Z kolei ślepiec starszym mężczyzną z siwą brodą w białym lekarskim fartuchu i w okularach z niebieską oprawką. Teraz już wiemy, że pokój znajduje się w szpitalu, a ślepiec jest jednym z wielu pracujących tutaj lekarzy.

Ślepiec-lekarz: Przypomniałaś sobie? Wiesz już, gdzie jesteś?
Nadzieja ( krzyczy ): To nieprawda. Tamto było prawdą. Szliśmy tunelem na wolność, ale nas zabrała konieczność do szpitala. Dostosują nas i wypuszczą z powrotem do miasta, którego nie ma, nie istnieje. Ten szpital też nie istnieje, ani pan ani ja jako kobieta. Ja jestem dziewczynką i mam siedem lat.
Ślepiec-lekarz: Dość.

Dzwoni po pielęgniarzy. Dają zastrzyk młodej krzyczącej kobiecie i wynoszą ją na oddział. Ślepiec po ich wyjściu zdejmuje fartuch i przechodzi przez niebieskie drzwi. Co się za nimi znajduje nadal nie wiemy. I co się stało z Geną i Konradem?



P. S. Znów mi się tajemnice wyrwały na wolność niestety. 

Poprzednie części:Sensbezsens czyli czy można stąd uciec?Nicość.










 





   
 










wtorek, 27 marca 2018

Drogi zimowe i drogi wiosenne

Tymi drogami chodzą moje myśli. Jedne w grubych, szarych paltach człapią przez śnieg o przybrudzonej barwie. Drugie z czerwonymi i żółtymi tulipanami we włosach skaczą po zielonej łące. Jeszcze inne zwyczajnie stoją i patrzą, którędy iść. Żadna ścieżka im nie pasuje. Dlaczego? Czy potrafię je zrozumieć? Czy uda mi się przełożyć je na języka słowa?


Poszłabym,

gdybyś przede mną drogę otworzył
szeroką, miętową.
Nie spojrzałabym za siebie ani razu.
Skakałbym jak motyl.
Przeszłość i przyszłość zostałyby w oddali
pokonane jak ścieżka zimowa.
Zaspy może by nawet zapłakały,
że już się po nich nie czołgam.
Czarno-białe drzewa westchnęły,
a kawa wystygła.

Autor: Józefina Litwin.

Drogi

w mojej głowie niejasne, rozmyte.
Nie wiem jaką iść.
Myśli wybierają raz zimową, raz wiosenną.
Czasem stają na rozstaju.
Grzęzną w szarym piachu.
Kruk nad nimi kracze.
Wzgórza dyszą.
Wreszcie widzę ją
wśród własnych poplątanych włosów
ścieżkę własną.
Stawiam pierwsze kroki.
Myśli krzyczą: nie twoja, niczyja.

Autor: Jacek Yerka.

Wielkanoc

i droga wielkanocna.
Trakt żółtych kurczaków,
talerzyków, imbryków, jajek na twardo.
Idąc, upijam się herbatą z traw zielonych.
Policzki rozpycham wędliną
z różowych świnek świeżo zatłuczonych
sprawnym brązowym kijem.
Za mną kroczy maska wesołych świąt.
Wiem, że za rogiem przyrośnie mi do twarzy.
Wdycham zapach wiosny.

Autor: Salvador Dali

Zegary

Znów złodzieje majstrowali.
Spłaszczyli, zabili czas.
Nie mogę wstać.
Zdycham razem z kotami.
Wokół unosi się zapach kawy.
Może jednak zbiorę, co mam z podłogi.
Nie, nie chcę.
Z perspektywy dywanu
widzę więcej.
Koty mruczą.
Wskazówki ciężko stukają.
Myśli niechciane przemierzają przestrzeń.
Pustka wymiotuje pełnię.
Nie ruszam się.
Wierzę, że minie zegarowy szok.

Autor: Gustaw Klimt.

Pocałunek.

Słodka droga najeżona kolcami:
moje, twoje, nasze, kocham, całuję.
Zawraca w głowie kwiatami, krajobrazami.
On, ona rzuca do ciebie patykiem,
a ty aportujesz.
Grzeczny pies samotnością nigdy nie wyje.
Nieposłuszny trafia na śmietnik.
Poisz jego, ją rozkoszą.
Wiążesz smyczą nektaru.
Czas zdziera z oczu zasłonę.
Dobry, kochany zostaje.
Podły zrywa sznury.
Odchodzi.



P.S. Co więcej dodać? Nic. Pozostają odpowiedzi nieznane.
A jakimi drogami chodzą Wasze myśli?

wtorek, 20 marca 2018

Trzynasta strona.

Czas płynie szybko. Zbyt szybko. Wydaje się, że dopiero wczoraj Zygmunt wrócił do Florentyny. Razem świętowali Boże Narodzenie. Na wszelkie możliwe sposoby cieszyli się sobą. Zaczęli nawet rozmawiać o zalegalizowaniu swojego związku, gdy nadszedł dzień, godzina i ich wspólne życie runęło jak zamek z piasku.

Autor: Rene Magritte.

Eugenia i Stanisława.

Marzec, a za oknem wirują w powietrzu płatki śniegu. Dwie główne plotkary w bloku patrzą i wzdychają. Siedzą przy stole. Małymi łykami smakują czarną earl grey z cukrem. Na talerzyku przed nimi Stanisława postawiła drożdżowe bułki z serem. Eugenia zerka na nie krzywym okiem.

- Dlaczego - myśli - ona znów kupiła drożdżówki. Czyżby nic innego nie było w sklepie? Ostatnio częstuje mnie tylko tym paskudnym ciastem podobnym do chleba.

Z kolei Stanisława zapycha usta słodką bułką, próbując jednocześnie uśmiechać się do Eugenii i patrzeć przez okno na kręcącego się nie wiadomo po co sąsiada Karola.

- Widziałaś jak on chodzi w koło? Ciekawe co mu odbiło? - przełyka duży kęs i pokazuje palcem okno.
- A, ten, natręt - Eugenia spogląda we wskazanym kierunku. - Pewnie czeka na mnie. Wie, że o tej porze robię zakupy.
- To aż do tego doszło!
- Niestety. Jakbym wiedziała, nie otworzyłabym mu drzwi.
- Pamiętasz co przeżyłam z moim Józkiem?
- Pamiętam, opowiadałaś - Eugenia nie może zliczyć ile razy musiała słuchać o dawnej miłości swojej koleżanki.
- Wtedy, gdy on mnie chciał, ja nie chciałam jego, a później, gdy znalazł inną, płakałam. Nie mogłam się pogodzić z tym, że tak po prostu odszedł - wspomina Stanisława mimo widocznego na twarzy Eugenii grymasu niezadowolenia. 

- Co ty mi sugerujesz, że zakocham się w natręcie?!
- Skądże. Ja tylko opowiadam.
- Lepiej powiedz, co z nim zrobić.
- Może podsuń mu Klementynę? - wpada na pomysł Stanisława. 
- Wiesz, nie pomyślałam. Powiem mu, że ona samotna, płacze. Nie ma z kim iść do kina albo do filharmonii.

Trzynasta strona.

Ani Eugenia ani Stanisława nie wiedzą, co robi Florentyna między snem i jawą. Obie myślą, że jeśli już coś robi, z pewnością jest to seks. W swojej nieczystej, jak uważa ksiądz, wyobraźni widzą nagą Florentynę na lub pod Zygmuntem, a może nawet od tyłu i, o boże, z ustami w jego rozporku.

Tymczasem Florentyna i Zygmunt nie spędzają całego dnia i nocy na fizycznej miłości. Częściej zwyczajnie siedzą razem. On czyta i ona też lub ona pisze, on ogląda telewizję.

Właśnie, pisze. Coś skrobie w zeszycie albo stuka na klawiaturze laptopa. Nawet Zygmunt nie wie co. Nieważne. Niech sobie pisze byle tylko zrobiła obiad, żeby nie musiał odgrzewać gotowych porcji ze słoików. Zresztą, kocha ją nawet bez obiadu. ( Oczywiście byle nie za często).

Zwykle o 22 Zygmunt kładzie się do łóżka. Chyba, że coś ciekawego dzieje się za szklanym ekranem, coś, co koniecznie musi zobaczyć lub zapragnie poczuć ciało Florentyny. Razem z nią powędrować na szczyt rozkoszy, a potem usnąć, przytulając się do jej pleców. 

Tej nocy jednak idzie spać. Drzwi drugiego pokoju skrzypią za nim. Florentyna patrzy jak wychodzi. Życzy mu miłych snów. Obiecuje, że wkrótce ona też się położy. Jeszcze tylko trochę popisze. Na pytanie co, nie odpowiada. W swoim czasie pokaże Zygmuntowi gotowy tekst, na razie przeżywa przyjemność tworzenia i układania w zdania własnej wyobraźni i związanych z nią uczuć.

Otwiera laptop. Zakłada okulary. Czyta ostatnią stronę. Powoli nabiera rozpędu i zaczyna wypełniać  biały ekran przed sobą czarnymi znaczkami. Opowieść się rozkręca. W nocnej ciszy słychać jedynie szybko przebiegające po klawiaturze palce jakby grały sobie znaną melodię. Zdarzenia następują jedno po drugim. 

Bohaterka Eryka odkrywa w swoim domu tajemnicze lustro. Prawdopodobnie tędy odeszła jej siostra Luiza. Rodzice myślą, że uciekła, bo nie pozwolili jej spotykać się z Robertem. Eryce od samego początku nie podoba się ta hipoteza. Już pierwszej nocy po zniknięciu Luizy śni jej się lustro. Widzi spowijającą zwierciadło niebieską mgłę i pająki chodzące na stoliku przed nim. Małe i duże czarne, niebieskie, zielone i żółte. Pochodzą ze świata zza lustrem. Należą do tajemniczego mężczyzny z długą białą brodą w starym niebieskim swetrze. Gnieżdżą się, roją w splotach włóczki. Florentyna opisując je, czuje cierpki smak w ustach. Ciarki przechodzą jej po plecach. Odżywa dawny strach przed robactwem. Jako dziecko nie potrafiła zasnąć bez światła nocnej lampki. W ciemności zawsze się kryły paskudne stwory. Teraz wszystkie przybierają postać pająków.

Tymczasem w drugim pokoju Zygmunt jęczy przez sen. Śni mu się mężczyzna z długą siwą brodą. Przechodzi do niego przez lustro. Wydłubuje ze swetra małe czarne pająki. Wpycha je do ust i połyka jak cukierki. Zygmuntowi zbiera się na wymioty. Chce się odwrócić, nie patrzeć na przybysza z lustra, ale coś mu nie pozwala, jakaś blokada w szyi, paraliż. Owo coś pcha Zygmunta w stronę nieznajomego.

- Zbieramy się Zygmunt. Dość się tu nasiedziałeś - mówi mężczyzna.

Zygmunt próbuje się opierać. Nie chce iść z siwobrodym, jak go w myślach nazywa. Powietrze wokół gęstnieje. Powierzchnia lustra faluje. Wciąga jak magnes Zygmunta i jego towarzysza.

Florentyna zamiera. Czuje jakby szóstym zmysłem, że coś się przed chwilą stało, coś strasznego. Odrywa palce od klawiatury. Przeciąga się. Spogląda na numer zapisywanej strony. Trzynaście. Liczba z pozoru niewinna, nic nieznacząca i jednocześnie złowieszcza jakby przed chwilą wypluta z tajemniczego lustra.

- Wariuje - myśli Florentyna. - Nie powinnam pisać w nocy. Przytulę się do Zygmunta i zaraz się uspokoję.

Florentyna zapisuje ostatnie słowa. Zamyka komputer. Wchodzi do drugiego pokoju, w którym śpi Zygmunt. Krzyczy na widok pustego łóżka.

Eugenia i Stanisława.

- Wiesz, co się stało?! - zagaduje Stanisława Eugenię w drodze po zakupy. 
( Możliwe, że po następne słodkie bułki ).
- Karola odwieźli do szpitala - odpowiada Eugenia.
- Tak? Ale ja nie o tym.
- A o czym?
- Zygmunt zniknął.
- O, boże.



P. S. Jak widać moje zszokowane bohaterki nie mają już nic do powiedzenia. Co się stało z Zygmuntem? Czy i kiedy wróci? Zobaczycie w dalszej części, która z pewnością nastąpi.

 
   

 






 

wtorek, 13 marca 2018

Marian.

Od 1 marca biorę udział w wyzwaniu Krzysi Bezubik ,,Piszę codziennie,,. 
Myślę i wytrwale stukam w klawisze laptopa. Co wychodzi spod moich palców lub nie wychodzi? Sami zobaczcie i oceńcie. Poniżej druga wersja jednego z moich tekstów.


8 Dzień mojego pisania.

Pocę się przed pustym, białym ekranem komputera. Żadna myśl nie przychodzi, oprócz tej, że mogłabym dać sobie spokój, bo już dziś niczego nie stworzę. Ona jedna wierci mi w głowie rów pełen pustki. Na próżno się opieram. Próbuję schwycić choćby małą nić, haczyk, cokolwiek, co posunęło by mnie dalej.

Wreszcie, gdy zamykam oczy, pojawia się on, Marian. Wyraźnie widzę ostre, niesymetryczne kanty jego twarzy, piegi na nosie i policzkach, włosy ciemno- blond obcięte na pazia, dwie poważne kreski ust i niebiesko-zielone oczy, w których głębi można się zanurzyć.

Mój pierwszy i ostatni przyjaciel, nie mąż i nie kochanek. Kumpel, kolega ze szkoły. Gadałam z nim o wszystkim i niczym. Zwierzałam się z miłości, snów, smutku, gniewu i tak dalej. Znaliśmy się od pierwszej klasy szkoły podstawowej i nawet poszliśmy do tego samego liceum. W trzeciej klasie przez naszą przyjaźń przeszedł huragan.

Twarz Mariana.

Najpierw zauważyłam, że Marian się rozgląda. Zanim usiądzie patrzy w lewo i w prawo, odwraca się do tyłu. Podobnie zachowuje się, gdy wracamy do domu, a przecież wcześniej nie zwracał uwagi na otoczenie.

- Coś się stało? Wszystko w porządku? - pytałam.
Nie odpowiadał. Jedynie wzruszał ramionami. Pewnie wtedy sam przed sobą udawał, że problem nie istnieje. W końcu jednak nie wytrzymał i mi powiedział, raczej wyszeptał, bo bał się, że ktoś może go usłyszeć.
- Oni tu są - powiedział. - Zabiorą mnie. Na moje miejsce wstawią kogoś innego, ale ty nie daj się oszukać. Pamiętaj o twarzy.
- Nie rozumiem - przyznałam się.
- Zrozumiesz w swoim czasie, a teraz idź po aparat i zrób mi zdjęcie.

Pobiegłam. Jednak, gdy wróciłam Mariana już nie było. Tak cicho wyszedł z domu, że nawet go nie zauważyłam.

Następnego dnia nie przyszedł do szkoły, więc poszłam do niego. Ciekawiło mnie, co się stało. Zachorował czy zrobił sobie dzień wolny? Długo dzwoniłam i pukałam. Nikt nie otworzył, a przez następne dni wciąż próbowałam czegoś się dowiedzieć. Poza lakoniczną informacją sąsiadki, że się wyprowadził, niczego nie uzyskałam.

Wiele dni minęło. Wiele zsumowało się w miesiące, potem lata. Skończyłam liceum. Poszłam do pracy. Poznałam innych ludzi w tym mężczyzn. Żaden nie pozostawił po sobie tak wielkiego śladu jak Marian.

Właśnie wracałam z jakieś pustej i głupiej imprezy, gdy usłyszałam kroki za sobą. Przyspieszyłam, chcąc sprawdzić, czy kroki zrobią to samo. Zrobiły. Zaczęłam biec. Pobiegły za mną. Niestety biec długo nie potrafię. Nigdy biegania nie ćwiczyłam. Szybko się męczę. Coś mi strzyka w boku. Zaczyna brakować oddechu. Serce chce wyskoczyć przez gardło. Nogi nie mogą unieść ciężaru. I tym razem działo się to samo. Zanim dobiegłam do drzwi na klatkę schodową swojego bloku, dorwały mnie obce, męskie ręce.

- Nie uciekaj. To ja - odezwał się na szczęście nie obcy lecz znajomy głos.
- Jaki ja? -myślałam, bo z braku tchu nie udało mi się nic powiedzieć.
- Marian - odpowiedział i odsłonił twarz dotąd przykrytą kołnierzem czarnego płaszcza.

Zdębiałam. Czas nie odcisnął na niej żadnego śladu. Nadal była twarzą nastolatka.
- Niemożliwe - wydusiłam z siebie niedowierzanie i przerażenie.
- Pamiętasz? Powiedziałem ci, żebyś pamiętała o twarzy. Sądziłem, że oni ją zmienią, ale zostawili, oddzielając mnie w ten sposób od moich bliskich. Przez to musiałem być z nimi, z obcymi, choć nie chciałem i broniłem się do ostatniej chwili.
- Jacy oni? 
- Powiem ci, ale nie tutaj.
- Dobrze, wejdź do środka.

Gracze.

- Pamiętasz ten dzień, kiedy poprosiłem, żebyś zrobiła mi zdjęcie? - zaczął rozmowę Marian, gdy już usiedliśmy przy stole z filiżankami herbaty.
- Tak - kiwnęłam głową.
- Ty wyszłaś, a oni weszli.
- Jak to?
- Najlepiej zacznę od początku.

- Pojawili się w moim życiu, gdy skończyłem 16 lat. Potrącali mnie na ulicy, popychali w kolejkach przy kasach w markecie, zagadywali w najmniej odpowiednich momentach. Starsi panowie z jakimś dziwnym szczegółem na twarzy, w ubraniu lub na rękach. Dziwnym dla mnie, bo jakoś nikt inny nie zwracał na nich uwagi. Wręcz przeciwnie. Ludzie przechodzili obok jakby oni nie istnieli, jakbym tylko ja ich widział. Nawet ty kiedyś, gdy wracaliśmy ze szkoły przeszłaś obok nich obojętnie. Chciałem zapytać, czy ich widzisz, ale ty zaczęłaś mówić o czymś, już nie pamiętam o czym.

W każdym razie odechciało mi się. O snach z nimi też nie wspomniałem, choć bardzo mnie dręczyły. Zawsze pokazywały to samo zanurzone w dymie miejsce i mężczyzn siedzących za stolikami przy planszach do gry w warcaby albo szachy. Zwykle jeden z nich odwracał się do mnie i mówił: życie jest grą, zagraj w nią. Nie wiem dlaczego słowa budziły we mnie lęk. Uciekałem, a oni mnie gonili. Budziłem się zlany potem i z sercem podchodzącym do gardła. Zegar przy łóżku pokazywał 3:33. Do świtu pozostało tyle czasu, a ja nie mogłem już zasnąć. W ciągu dnia czułem zmęczenie i przekonanie, że oni czekają na mnie w każdym miejscu. Chcą, żebym stał się jednym z nich. 

Tylko po co? Czemu akurat do mnie się przyczepili? W jaki sposób mam się ich pozbyć? Czy to w ogóle możliwe? Myślałem póki miałem siłę myśleć. 

W jednym ze snów pojawiła się kobieta z twarzą do połowy męską. Równie dobrze mogłem nazwać ją mężczyzną, jednak coś we mnie mówiło mi, że jest kobietą. Powiedziała mi, że zna moich prześladowców. Oni też ją nękali. Zabili jej bliskich, żeby należała wyłącznie do nich, żeby z nimi pracowała. Poddała się w końcu, bo inaczej nie mogła. Wstydzi się, że nie potrafiła i pomaga innym, których gracze wybrali. Dodała jeszcze, że muszę zrobić sobie zdjęcie, żeby nie zapomnieć siebie sprzed przemiany, wiedzieć, że kiedyś byłem kimś innym. Potem odeszła. Zostawiła mnie z wieloma pytaniami w głowie. Następnej nocy już się nie pojawiła. 

Gracze, jak ich nazwałem w myślach z powodu plansz do gry, nad którymi siedzieli, przyszli po mnie tego dnia, gdy poprosiłem cię o zrobienie zdjęcia. Wyprowadzili do stojącego na zewnątrz granatowego mercedesa. Po drodze mijali nas sąsiedzi, ale żaden z nich na nas nie patrzył.

Marian przerwał nagle swoją opowieść. Przyłożył palec do ust, żebym siedziała cicho. Czy coś usłyszał? Coś zobaczył? Nie wiem. Bez słowa wstał. Ubrał się szybko i wyszedł.


 
P. S. Ciąg dalszy nastąpi.
  
 
  
 



wtorek, 6 marca 2018

Windy i końce światów.

Spotykamy się od czasu do czasu. Siedzimy w jej pokoju, rozmawiamy, pijemy herbatę. Odkrywamy kolejne sekrety jej i moje, bo przecież ona jest częścią mnie, a ja należę do niej.
Ciekawe, czy już się domyślacie, czy jeszcze nie, o kim, o czym dziś opowiem. 



Po kilkugodzinnym pisaniu czuję jak moje oczy zmieniają się w dwie małe ołowiane kulki, a kręgosłup w deskę. Palce drżą od stukania w klawiaturę laptopa. Muszę odpocząć. Zapomnieć o wszystkich zapisanych, niezapisanych słowach. Zanurzyć się w niebycie. Nieważne, że jest dopiero 19 i jeszcze nie jadłam kolacji. Ciągnę swoje drętwe nogi do łóżka. Kładę się pod brązowym kocem w kratkę. Zamykam oczy.

Windy.

Na początku pojawia się ciemność. Gęsta, tajemnicza, w jakiś sposób pociągająca. Gubię się w niej całkowicie. Tracę poczucie czasu, odległości, przestrzeni i ciała. Ciemność powoli mnie wchłania. Nie wiem jak długo tak trwam w nicości. W końcu nadchodzi wybawienie. Snop światła przecina mrok i na chwilę mnie oślepia.

- Cześć - głos za światłem należy do Lubisłowy.
- Ty tutaj? - dziwię się.
- A czemu nie? Bo zawsze spotykałyśmy się w pokoju?
- Lubiłam twój pokój.
- Też go lubię, ale czasem mam dość.
- Czego? 

Próbuję się uśmiechnąć, lecz niezbyt mi to wychodzi. 

- Pomieszczenia - tłumaczy Lubisłowa.
- Takie okropne?
- Nie, tylko czasem nudne.
- A to tutaj? Lepsze?

Zaczynam się rozglądać. Ciemność odeszła zastąpiona przez światło słoneczne, które płynie z wysokich okien.  Na dole miesza się z blaskiem lampek. Wydaje się, że jasność dociera do wszystkich zakątków olbrzymiego wnętrza jakby pałacu albo...

- Centrum - podopowiada Lubisłowa. - Środek wszystkich światów.
- Jak Mroczna Wieża? - pytam
- Co ty ciągle z tym Kingiem - oburza się Lubisłowa. - To z wymyśloną przez niego wieżą nie ma nic wspólnego.
- Brzmi podobnie - stwierdzam.
- Ale jest inne!
- Dobrze - zgadzam się. Nie chcę się kłócić z moją wewnętrzną pisarką. Ona tworzy moich, naszych bohaterów, szczegóły miejsc i akcji, więc ona, nie ja, ma rację.

Lubisłowa się uśmiecha. Podoba się jej tor, w jakim podążają moje myśli. Chyba nie muszę wyjaśniać, że zna je wszystkie i nawet gdybym chciała, nie mogę żadnej schować, zostawić tylko dla siebie.

- Widzisz? - Lubisłowa pokazuje mi ściany wokół i szerokie schody prowadzące na piętra. Nagle wszystkie jakby na niewidzialny rozkaz  rozsuwają się i już wiem, że nie ma schodów, nie ma ścian. Są ogromne windy. Z nich wychodzą tłumy ludzi zebranych z różnych epok, czasów i miejsc. Powoli wielka sala się napełnia, ale o dziwo wcale nie robi się tłoczno. Miejsce się poszerza, rośnie z każdym nowym przybyszem. Wreszcie windy się zamykają. Na ich miejsce wracają schody i ściany. Nie do wiary, ludzie wchodzą po schodach.

- Ooo! - Jedyny dźwięk jaki wychodzi z moich ust, jaki jestem w stanie z siebie wydobyć pod wpływem tego, co widzę.
- Prawdziwa magia - zachwyca się Lubisłowa. - Właśnie dlatego cię tu przyprowadziłam.
- Przyprowadziłaś mnie? Mnie się wydawało, że sama przyszłam.
- Akurat, sama nigdy byś tu nie trafiła - stwierdza Lubisłowa i pewnie znów ma rację. - Naprawdę przyciągnęło cię coś, co ci zostawili kosmici. Pamiętasz jak się skończyła nasza ostatnia rozmowa?
- Pamiętam.

Kosmici nazwani przeze mnie iksami porwali małą Anię czyli mnie. Po kontakcie z nimi powstała niechęć Ani do matematyki i coś jeszcze, o czym Lubisłowa obiecała opowiedzieć następnym razem i jak to ona słowa dotrzymała.

- Możliwość świadomego przekraczania granic niemożliwego. Niemożliwego dla większości ludzi. Tobie to dano, żebyś spełniła swoje pisarskie powołanie - wyjaśnia Lubisłowa.

- Przekraczanie niemożliwego - zastanawiam się nad słowami Lubisłowy. - A ty jesteś jego częścią?

Pytanie zagłusza ostry świszczący dźwięk. Ludzie, którzy wchodzili na schody i ci już na górze przy drzwiach do nieznanych mi pomieszczeń, stają. Zawracają, schodzą na dół. Schody ponownie znikają, gdy ostania osoba je opuszcza. Rozsuwają się razem ze ścianami. Pokazują się windy. 

- Chodźmy - Lubisłowa łapie mnie za rękę. Razem z innymi wsiadamy do windy. Zjeżdżamy na dół. 

 Końce światów.

Docieramy do czegoś, co nazywa się Końce światów. Taki napis pojawia się, gdy winda się zatrzymuje. Co oznacza? Jeszcze nie wiem, ale czuję, że nie jest to nic miłego.

- Nie martw się. Nam nic się nie stanie - pociesza mnie Lubisłowa.
Raczej próbuje pocieszyć, bo zarówno ja jak i ona czujemy wiszące w powietrzu napięcie. Igiełki niewidzialnego prądu pstrykają między dotykającymi się ludźmi. Oni też się boją i też chcieliby uciec, ale nie uciekają. Coś sprawia, że wychodzą z windy, a my za nimi.

Przed nami rozciąga się czarno-brązowe pole bez końca. Nad nami granatowo-szare niebo. Wszyscy się pochylają, kucają i zbierają. Co? I dlaczego Lubisłowa również się pochyla? Po chwili widzę w jej ręku odpowiedź, zieloną nitkę, która zaraz zmienia się w migającą strzałkę wyrysowaną na polu. Idziemy za nią do swojego przeznaczenia. Nie wiem skąd to wiem, po prostu informacja sama się we mnie pojawia. 

Po jakimś czasie pole się kończy. Zastępuje je zielona przestrzeń. Pełno tu drzew i nieznanych kwiatów: turkusowych, fioletowych, czerwonych, błękitnych, niezwykłych, niespotykanych na Ziemi.

- Piękne - odzywa się Lubisłowa - szkoda, że zginie.
- Jak to? - oburzam się.
- Zwyczajnie, nadszedł kres tego świata. Zobaczysz zresztą.

Nie chcę zobaczyć. Próbuję zawrócić, ale jakaś siła trzyma mnie w miejscu. Na horyzoncie widzę zbliżającą się chmurę. Za chwilę zasłoni słońce. Zapanuje ciemność. Wszystko wokół wybuchnie.

- Uciekajmy - krzyczę przerażona.
- Wyluzuj, nas to nie dotknie. Nie należymy do rzeczywistości. Musimy jedynie zrobić selekcję ludzi, którzy tu żyją.
- Nie chcę - protestuję.
- Nikt cię nie pyta o zdanie. Jesteśmy selektorami czy ci się to podoba czy nie.
- Nie, ja jestem obserwatorem.
- Na tym etapie już nie.

Zatrzymuję się. Nie chce iść dalej. Jednak nie na długo. Silny wiatr przesuwa mnie w stronę białych małych budynków. Lubisłowa idzie przy mnie pewnym krokiem. 



P. S. I co dalej? Zobaczymy, jeśli chcecie zobaczyć. Chcecie?