wtorek, 20 czerwca 2017

Zielona Pustynia.

Po przygodzie z czarodziejką Bogną wampir Filip  wychodzi z lasu na wielką zieloną przestrzeń. Co go tutaj czeka? Kogo spotka? Czy choć trochę zbliży się do rozwiązania swoich problemów?


Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Filip - kiedyś niespełniony artysta 40 letni, teraz wampir; 
Igor - strażnik zielonej pustyni, Kornelia - śniąca pustelniczka.

Dialog 1.

Miejsce: Wielka zielona łąka nazywana przez przybyszów i mieszkańców Zieloną Pustynią. 

Filip wychodzi z lasu. Przestrzeń, którą widzi przez konary ostatnich drzew, bardzo go cieszy. Myśli, że dotarł do właściwego miejsca, a tymczasem...

Na drodze Filipa staje ubrany na zielono mężczyzna w średnim wieku.

Igor: Dokąd idziesz?
Filip: A co cię to obchodzi?
Igor: Uważaj, mówisz do strażnika Zielonej Pustyni.
Filip: A ty do wampira.
Igor ( śmieje się ): Jestem zmiennokształtny i nie z takim wampirami miałem do czynienia.
Filip: A z jakimi, co?
Igor: Nawet grozić nie potrafisz. Chcesz to ci pokażę swoją siłę?
Filip: Pokaż.

Po chwili już żałuje swoich słów. Podniesiony niewidzialną mocą, siedzi na gałęzi brzozy kilka metrów nad ziemią. Czuje lęk wysokości.

Filip: No, co ty, daj spokój.
Igor: Właśnie sobie dałem spokój. Posiedzisz trochę, to zmądrzejesz.

Mimo głośnych protestów Filipa, oddala się.

Filip ( głośno myśli ): O boże, nie wytrzymam tego. Najpierw idiotka czarodziejka, a teraz idiota strażnik. I za co? Co ja niby takiego zrobiłem, że muszę się tak męczyć?

Kornelia: A ci, których zabiłeś?
Filip: Kto tam? Kto do mnie mówi?
Kornelia: Śpiąca imienia Kornelia.
Filip ( rozgląda się wokół ): Gdzie jesteś? Nie widzę cię?
Kornelia: Zaraz zobaczysz.

Materializuje się przed nim nagle. Ubrana w długą zieloną suknię uśmiecha się do niego czerwonymi jak krew ustami. 

Filip ( wzdycha ): Jeszcze jedna piękna kobieta. Chcesz mojej duszy?
Kornelia: Twojej duszy? Po co mi ona? Chcę trochę towarzystwa.
Filip: Więc mnie zdejmiesz stąd?
Kornelia: Sam zlecisz na swoich skrzydłach pod warunkiem, że potem nie uciekniesz, a pójdziesz ze mną. To jak?
Filip: Dobrze.

Na ramionach wyrastają mu skrzydła. Zlatuje na ziemię jakby nigdy nic innego nie robił.

Dialog 2.

Miejsce: Dom Kornelii. 

Pojawia się równie nagle jak ona. Wysoki jak drzewo, zielony, zarośnięty trawą, kwiatami w kolorze szkarłatu. W środku pachnie fiołkami i bzem. Świeci słońce, chociaż dzień już minął.

Filip patrzy na uginający się od jedzenia stół. Owoce, warzywa, mięso, desery. I najważniejsze krew. Spływa powoli ze ścian do wielkich pucharów. Na jej widok Filip zaczyna się ślinić.

Kornelia: Poczęstujesz się?

Nie czeka na odpowiedź tylko podaje mu wysoką szklankę pełną krwi.

Filip pije. Rozkosz rozlewa się po jego ciele.  

Kornelia patrzy na niego z zachwytem.

Podchodzi bliżej. Zrzuca z siebie zieloną suknię. Olśniewa bielą ciała, krągłymi piersiami z czerwonymi sztywnymi sutkami, kształtnymi pośladkami. 

Filip wdycha zapach jej skóry. Konwalie i aromat kawy ze śmietanką i czekoladą. Zamyka oczy, by lepiej go poczuć. I nagle świat się zwęża, zmniejsza. Pod powiekami krąży okrągła przestrzeń. Przestrzeń ograniczona. Przestrzeń, z której nie można wyjść.

Kornelia ( śmieje się ): Mianowałam cię następnym śniącym. 
Filip ( otwiera oczy i widzi jak przebrana w dżinsy i luźną koszulę w kratę Kornelia zmierza do wyjścia ): Jak to? Jakim śniącym?
Kornelia: Tak to. Siedzisz sobie w guziku i śnisz sny Zielonej Pustyni. A ja lecę się zabawić na dyskotece.
Filip: Ale wrócisz, uwolnisz mnie?
Kornelia: Uwolni cię następna złapana przez strażnika osoba. 

Kornelia wybiega. Nie czeka na kolejne pytania Filipa. Wreszcie jest wolna. Chce jak najszybciej posmakować tego tak długo niezaznanego uczucia.

Filip płacze. Jego nowa rzeczywistość to kręgi wokół od najmniejszego otaczającego jego ciało do największego sięgającego końca domu Kornelii, który nie jest domem, tylko guzikiem, a  Filip wszedł do niego z własnej woli. I po co? Żeby zaznać trochę obiecanego towarzystwa. Niestety Kornelia nie pracowała w profesjonalnej agencji. Oszukała go. Podobnie jak czarodziejka Bogna. Czy w tej okolicy mieszkają same wredne baby?

Pytanie pozostaje bez odpowiedzi jak wiele innych pytań, choćby to jak uwolnić się od własnego wampiryzmu. Jak dotrzeć do Pana Losu i zmienić swoje przeznaczenie?

Powoli przez ściany kręgów przeciska się błękitna mgła. Mgła pełna snów Zielonej pustyni.

Filip zasypia.


P. S. I co dalej? Czy Filipowi przyśni się jakaś wskazówka?  Czy uda mu się wyjść z guzika, zanim pojawi się kolejna ofiara i jednocześnie śniąca osoba? Na pewno się tego dowiem i Wam przekażę, jeśli podobała się Wam ta historia i chcecie ciąg dalszy.

 







  

wtorek, 13 czerwca 2017

Klątwa

Wszystko zaczęło się od snu, a może od kobiety, która stanęła jej na drodze. Wyciągnęła rękę z prośbą o pieniądze. Zrobiła nawet odpowiednio żałosną minę. A kiedy to nie podziałało w jej oku pojawił się złowieszczy błysk. 
Tak się zaczęło. Jak się skończy? Czy w ogóle nastąpi jakiś koniec?


Eugenia i Stanisława

Obie przyglądały się nowej lokatorce. Przyjechała dużym białym mercedesem. Trzech mężczyzn wnosiło jej meble na górę. Ona stała nieruchoma jak kamień. Jakby zjadła coś ciężkiego i musiała w spokoju to strawić. 

- Jeszcze jedna wdowa - pomyślała Eugenia, patrząc na jej czarny strój. - Albo zwariowana nastolatka. Nie, raczej na nastolatkę za stara.
- Jak ona może wytrzymać w tych spodniach i marynarce? - zastanawiała się Stanisława.

Podobnie jak Eugenia obserwowała nieznajomą schowana za firanką.   

Z daleka kobieta czuła ich spojrzenia. Mimo to nie poruszyła się, nie schowała, nie weszła do domu zanim ostatni mebel nie zniknął w środku. Duże, ciężkie brązowe biurko, przy którym zwykle siedzi i pisze swoje artykuły do Agnostyka. Raczej siedziała, pisała. Jeszcze nie wie, czy tutaj będzie pisać. Czy odzyska gdzieś straconą  energię. Czy te spojrzenia zza gęstych firanek pozwolą jej tworzyć?

- Kim jest? Czy zamieszka w tym nawiedzonym mieszkaniu? A może pod szóstką ? Czy jest krewną zmarłej Tosi?

Pytania pojawiają się w zarówno w głowie Eugenii jak i jej ciekawskiej koleżanki Stanisławy.

Szkło.

Sen pojawił się wkrótce potem jak zignorowała biedaczkę. Wtedy jeszcze nie powiązała go z nią. Przecież o niej nie myślała. Minęła jak wszystkich innych wyciągających do niej ręce zawsze w nieodpowiedniej chwili, gdy się spieszyła, gdy już prawie była spóźniona, gdy liczyła się każda chwila.

We śnie siedziała przed lustrem. Pięknym, dużym, okrągłym. Czesała włosy. Nie mogła oderwać od nich wzroku i od ich odbicia w lustrze. Czarne, długie, kręcone wprawiały ją w trans. 

W pewnym momencie zobaczyła mężczyznę. Stał za nią i też patrzył na jej włosy. W jego oczach błyszczał zachwyt.

Przestraszyła się prawie tak jakby zamiast zachwytu ujrzała groźbę. Jakby mężczyzna za chwilę  miał wyjąć z kieszeni nóż.

Odwróciła się, ale za nią nikt nie stał. Niemożliwe, ten facet znajdował się w lustrze. Uśmiechnął się, gdy zauważył, że ona już wie, a jego uśmiech wzbudził w niej większy strach.

Rzuciła lustro na półkę. Zaczęła biec w stronę wyjścia z domu. Właśnie wtedy tuż przed drzwiami jej nogi trafiły na szkło. Potknęła się. Upadła. Małe i duże kawałki szkła pocięły jej ręce, nogi, twarz, całe ciało. Jednak zamiast krwi i bólu poraził ją większy od poprzedniego strach. Świadomość, że tajemniczy mężczyzna z lustra zawsze już będzie z nią. Nigdy jej nie opuści. Nie pozwoli żyć tak jak żyła dotychczas. Spokojnie, beztrosko.

Gdy się obudziła wciąż czuła strach. Potem minął. Jednak z każdym snem trwał dłużej. Już nie potrafiła nad nim zapanować.

Eugenia i Stanisława.

- Rozmawiałaś z tą nową? - ciekawiła się Eugenia.
- Nie, a ty? - odparła Stanisława
- Wiesz, że teraz nie mam do tego głowy. Moja kuzynka Jadzia przyjeżdża. Muszę upiec ciasto, zrobić zakupy.
- No to ja już sobie pójdę. Nie będę ci przeszkadzać.

Rozmawiały w domu Eugenii. 

Niby zaprosiła Stanisławę, a teraz okazało się, że nie ma czasu. To po co ją zapraszała - myślała oburzona Stanisława.

- Przepraszam cię kochana. Jakaś taka dziś rozbita jestem - tłumaczyła się Eugenia.
- Też nie najlepiej się czuję. Myślisz, że ta nowa ...

- Nastrój mi popsuła. Poszłam do niej wczoraj z kawałkiem ciasta, a ta powiedziała, że nie je ciasta. Wyobrażasz sobie.
- No, coś takiego. Następna pokręcona jak Florentyna.
- Właśnie, Florentyna mogłaby się o niej czegoś dowiedzieć.
- Akurat. Nawet jak do niej pójdzie, to myślisz, że nam coś powie.
- No, tak.

Obie westchnęły. I jak tu ugryźć ten problem z sąsiadką?

Przypadek?

Prawie wcale nie wychodziła z domu. Codziennie obiecywała sobie, że jutro, a jutro było to samo. Nie mogła wstać z łóżka. Nie mogła poruszać się swobodnie po mieszkaniu. Nie mogła nic robić. Leżała tylko i patrzyła w sufit.

Mężczyzna z lustra siedział na jej łóżku. Czuła zapach jego papierosów, czasem piwa. Mówił do niej jak bardzo mu się podoba i jak bardzo jej pragnie, że gdyby tylko zgodziła się na jeden krótki numerek z nim, zostawiłby ją w spokój. Nie wierzyła w ani jedno jego słowo. Krzyczała, żeby sobie poszedł.

Odchodził, a wtedy słyszała gadające o niej sąsiadki. Dwie starsze kobiety, które podchodziły najpierw pod same okno, potem pod drzwi, a wreszcie do jej łóżka. Straszyły ją, że jeśli dalej będzie tak leżeć, że jeśli nie da mężczyźnie tego, czego on chce, zabiją ją. Krzykiem przerywała ich gadkę.

Pewnego dnia ktoś zadzwonił akurat, gdy stała w przedpokoju. Nie wiadomo dlaczego zamiast przerażenia, poczuła ulgę. Otworzyła.

Na progu stała ruda dziewczyna.

- Przepraszam chyba się pomyliłam - powiedziała i już chciała odejść, gdy ona wciągnęła ją do środka.
- Musisz mi pomóc, błagam - poprosiła dziewczynę.
- Ale ja nie wiem, czy potrafię i już jestem umówiona.
- Zapłacę, pomóż.
- Dobrze - zgodziła się dziewczyna, widząc w oczach kobiety szaleństwo.

Posiedzi z nią trochę, pomyślała, a na pewno się uspokoi. Wszyscy zawsze się koło niej uspakajali.

I tak się stało. Już po chwili z twarzy kobiety zniknął lęk.

- Jestem Magda, a ty? - zapytała.
- Aleksandra.

I tak się poznały. A mężczyzna z lustra po raz pierwszy się odwrócił. Syknął gniewnie, gdy Aleksandra dotknęła rękami głowy Magdy. Odszedł choć na chwilę, ale odszedł.

- Przychodź do mnie. Będę ci płacić - poprosiła Magda.
- W porządku - odpowiedziała Aleksandra.

Eugenia i Stanisława.

- Zgadnij z kim dzisiaj rozmawiałam? - chwali się Eugenia.
- Nie mów, z Magdą? - zapytała Stanisława.
- Ty też?
- Tak. Spotkałam ją w markecie. Podobno ma depresję i Aleksandra ją leczy.
- Wiadomo. Nasza mała uzdrowicielka jest wszędzie, prawie jak Florentyna.
- A co u Florentyny? Widziałaś ją?

Gdzieś.

- Mała dziwka. Ciągle przeszkadza - żali się gracz numer jeden graczowi numer dwa.
- Pamiętaj, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - pociesza go gracz numer dwa.
- Myślisz?
- Ja nie myślę. Ja wiem.


P. S. Póki co Magdzie się poprawiło. Jednak na jak długo? Nie wiadomo. I czy Aleksandra poniesie konsekwencje swojej pomocy? Zobaczymy, jeśli chcecie zobaczyć.
 













 



wtorek, 6 czerwca 2017

Studnia.

Od samego początku była i jest inna. Matce i babce sprawia kłopoty. Obcych leczy samą swoją obecnością. Zainteresowała się nią kobieta-kameleon. A teraz następne istoty. Jakie? I dlaczego?


Pierwszy impuls

Najpierw pokazała się jej we śnie. Potem zmaterializowała na placu zabaw. Nie powinna się do niej zbliżać, ale jak zwykle jej ciekawość była silniejsza. Poza tym studnia, którą zobaczyła, emanowała spokojem. Jeszcze zanim do niej podeszła, Aleksandra wiedziała, że lepszej kryjówki nie znajdzie. Nigdzie nie poczuje się tak dobrze. Nigdzie nie znajdzie odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Tylko tu. W miejscu jakby wyjętym z serialu o amerykańskich bogach.

Nie zastanawiała się zbyt długo. Dała się ponieść impulsowi. Podeszła bliżej. Zajrzała w głąb. Zobaczyła schody. I zaczęła schodzić.

Eugenia i Stanisława.

Znów siedzą na ławce. Wystawiają swoje ciała na promienie słońca. Jednocześnie kryją głowy w cieniu małego daszka nad klatką schodową bloku, w którym mieszkają i z którego wyszły jakiś czas temu. Patrzą na bawiące się przed blokiem dzieci. Żywią się plotkami i kupionymi w markecie bułkami z serem.

Nagle ich uwagę przykuwa Aleksandra.

- Taka duża i jeszcze się bawi? - dziwi się Eugenia, widząc jak Aleksandra pochyla się nad piaskownicą.
- E, może coś zgubiła - mówi Stanisława.
- Własną głowę chyba - śmieje się Eugenia.
- Pierścionek od chłopaka.
- Jakiego? Przecież ona żadnego nie ma.
- Taka ładna i nie ma? Myślisz, że ona...
- Kto wie. Teraz pełno takich. Niby normalne, ale tylko z daleka.
- Pamiętasz Gabrysię? Ta to była. Niby dziewczyna, a chłopaka udawała.
- Właśnie, a co z nią teraz?

Odrywają obie wzrok od piaskownicy. Jedynie na chwilę. Na to jedno wspomnienie. To jednak wystarczy, bo gdy znów spoglądają w stronę piaskownicy, Aleksandry już nie ma. Znikła.

W głębi i poza znaną rzeczywistością.

Aleksandra powoli schodzi na dół. Schody wiją się przed nią jak wykresy z matematyki. Wydaje się, że koniec nie istnieje. Zawsze cię zmęczą. Nigdy męczyć nie przestaną.

Mogłaby jeszcze wrócić na górę, ale czy na pewno? Przestrzeń za nią zamyka się. Nie pozwala wrócić. Musi iść do przodu. Coś chce, żeby szła dalej. Coś chce ją zobaczyć.

Wreszcie półpiętro. I stary mężczyzna w szarym płaszczu. Stoi. Czeka na nią. Kaptur zakrywa jego twarz. Cienie tańczą wokół.

- Witaj.

Dziwne, jego głos Aleksandra słyszy w środku głowy, nie na zewnątrz.

- Jesteś nam potrzebna.
- Ja, dlaczego?
- Mistrz Gry wszystko ci wyjaśni.

Aleksandra nic nie rozumie. Chciałby pytać dalej, ale on już się odwraca. Idzie dalej. Ona też musi iść, chociaż coraz mniej jej się to podoba.

Schody kończą się równie nagle jak się zaczęły. Oboje wychodzą na tonącą w mgłach ziemię.

Eugenia i Stanisława.

- Widziałaś Aleksandrę? - Dopytuje się Stanisława.
- Nie mówiłam ci. Okulary zmieniam. W tych mi się wszystko miesza.
- No, przecież się pochylała nad piaskownicą.
Może to była Kasia, ta od Wolskich. Podobna do Aleksandry.
- Akurat. Aleksandra ruda, a Kasia ma czarne włosy.

Eugenia robi nadąsaną minę. Znów Stanisława mądrzejsza od niej, a ona bardzo tego nie lubi.

- Muszę iść. Późno się zrobiło.
- Ja też muszę. 

Jedna obrażona. Druga zmieszana.  Plotki im się nie udały. 

Ucieczka.

Aleksandra sobie przypomina. Góra, kobieta-kameleon i schody. Wymknęła się wtedy jakoś, więc i teraz się wymknie.

- Nie. Tym razem nie.

Głos mężczyzny przeszywa na wskroś jej głowę. On ją kontroluje. Nie pozwoli jej uciec. Jest silniejszy niż tamta kobieta.

Mimo to Aleksandra się nie poddaje. Wyobraża sobie drzwi i zamyka je, a za nimi chowa myśli.

- Nic ci nie pomoże!

Mężczyzna wykonuje ruch w powietrzu. Rozwala drzwi. Uderza ją w brzuch, nie czyniąc żadnego ruchu.

Aleksandra pada na ziemię. Na granicy wzroku widzi leżący na ziemi szary pionek z gry w warcaby. Chwyta go. Zaciska w dłoni.

Rzeczywistość zakręca. W inną niż mężczyzna stronę.

- Cholera - krzyczy facet, bo dziewczynę mu sprzed nosa wywiało
- Kurcze blade - wrzeszczy Aleksandra, bo nagle znów siedzi w piaskownicy.

Dzieci patrzą się na nią zdziwione. 

Zszokowane Eugenia i Stanisława gapią się przez okno.

Poza.

Szary płaszcz powiewa na wietrze na wysokim białym słupie. Obok tęczowa suknia kobiety-kamelona. Ukryte w nich ciała zastygły w wieczności. Głowy zasłonięte workami patrzą na wieżę, siedzibę Mistrza Gry. Mistrz Gry też patrzy na nie ze swojego okna.

Wzdycha. Wie, że niedługo albo zabierze opornego pionka albo następni gracze zatańczą na kolejnych słupach. 

A może gra potoczy się inaczej?


P. S. Nie wiem jeszcze dlaczego Mistrz Gry przyczepił się do Aleksandry. Kim on jest? Kim są Gracze? Jak się dowiem, to na pewno napiszę. Chcecie poznać ciąg dalszy? 


 

 

 
  


wtorek, 30 maja 2017

Lęki wampira.

Wydawałoby się, że wampiry to jedyne istoty pozbawione lęku. Nieustraszone, potężne i wielkie, a jednak ...

Niezupełnie, nie wszystkie. Na pewno nie w świecie po śmierci. Nie mój bohater. Niby wampir. Pozbawiony zębów. Zabijający nożem już nieco stępionym. Z nie do końca mroczną duszą, ale za to spragnionym miłości sercem.
Kim jest? Czy uda mu się pokonać własną dziwną naturę? 


Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Filip - niespełniony artysta lat czterdzieści, obecnie wampir;  Bogna - czarodziejka, Felisława - matka Bogny również czarodziejka.

Dialog 1.

Miejsce: Las czarodziejski.

Filip ucieka. Goni go własny strach. 

Po zabiciu rudego wampira życie powoli zmieniło się w koszmar. Koszmar pełen lęków. W końcu go dorwą. Wpakują do więzienia. Zabiją. Wcześniej będą torturować. I on tego nie wytrzyma. Już teraz nie może wytrzymać. Dlatego musi się schować. Zaczaić. Przeczekać najgorsze.

Myśli Filipa brzęczą głośno jak muchy. Czasem mieszają mu kroki.

Filip pada wtedy na ścieżkę. Leży w piasku i pyle. Płacze. Z drzew spadają na niego liście. Kamienie ranią mu ręce i nogi. Gałęzie uderzają. Krzewy wbijają się w ciało. Jakby wszystko wokół chciało go zniszczyć za to, co zrobił Rudemu, a wcześniej ludziom, których spotkał po drodze.

Wszystkich zabił, ale nie tak jak przystało na wampira, bo zębów nie miał dostatecznie długich. Nie urosły. Może dlatego, że Wiktor, wampir, który go zaraził, nie ugryzł go, jedynie polizał.

Filip: Nie chcę już żyć.

Krzyczy i nagle z zarośli wychodzi piękna kobieta. Jej ubranie składa się z gałęzi, liści, traw, kwiatów z lasu, w którym oboje się znajdują.

Bogna: O co tyle krzyku, przecież nie żyjesz. Zapomniałeś?

Filip patrzy zdziwiony.

Bogna: Co nikt ci nie powiedział, gdzie jesteś? 
Filip: Ale ja nie chcę być ani tu ani nigdzie.

Bogna: Dobrze. Mogą cię tam przenieść.
Filip: Co możesz? Zabijesz mnie? 
Bogna: Zabijanie nie działa. Nie widzisz tego. Zabiłeś się i jesteś tutaj. 
Filip: Dobrze, dobrze. Nieważne co zrobisz. Tylko żeby to był koniec.

Bogna: Będzie. Oczywiście nie za darmo.
Filip: Nie mam pieniędzy.
Bogna: A czy ja mówię, ze chcę pieniądze?
Filip: To czego chcesz?
Bogna: Twojej duszy.
Filip: Bredzisz. Nie ma żadnej duszy.

Bogna: W takim razie oddasz mi to czego nie ma, a co ja nazywam duszą, ok?
Filip: Niech ci będzie. 
Bogna: Zgadzasz się?
Filip: Tak.
Bogna: Połóż rękę na sercu i powtórz trzy razy: zgadzam się, żeby Bogna zabrała moją duszę z własnej nieprzymuszonej woli.

Filip ( myśli ): Ale cyrk. 

Powtarza jednak swoją zgodę trzy razy. 

Wie, że zbliża się noc i czas głodu. Wtedy zabije dziwaczkę z lasu. Pójdzie dalej. Poszuka Pana Losu, bo tylko on może go uratować. Zdjąć z niego czar wampiryzmu.

Dialog 2.

Miejsce: Leśna chata Bogny.

Mroczne wnętrze, chłodne, wilgotne. Filipowi się wydaje, że znalazł się w studni. Wrażenie mija, gdy Bogna zapala światło zwyczajne z żarówki w niebieskim żyrandolu pod sufitem.

Bogna: Podoba ci się?
Filip ( obojętnie ): Może być.
Bogna: Napijesz się czy od razu przejdziemy do rzeczy?
Filip: Od razu. Na co czekać.
Bogna: Masz rację.

Jednym ruchem zrzuca z siebie roślinną szatę. Staje przed Filipem naga. Szczupła. Długie nogi. Duże piersi. Każdy szczegół jej ciała podnieca Filipa. Jednocześnie budzi w nim pragnienie krwi.

Filip ( myśli ): Zabawimy się na całego. Najpierw po ludzku, a potem po wampirzemu.

Bogna podchodzi do niego. Kilkoma ruchami rąk ściąga z niego koszulę, spodnie, majtki, skarpetki.

Bogna: Chodź.

Prowadzi go do czekającej już na nich wanny pełnej ciepłej wody.

Bogna: Lubisz tak?
Filip: Bardzo.

Zanurzają się po samą szyję. Bogna obejmuje Filipa rękami i nogami. Łapie jego męskość. Wsuwa ją w siebie. Tańczy na niej swoją miednicą, a jej taniec sprawia, że Filip powoli traci zmysły.

Filip ( krzyczy ): O matko, jak mi dobrze.
Bogna: Pamiętasz, co mi obiecałeś?
Filip: Och, wszystko, co chcesz.
Bogna: Nie wszystko. Duszę tylko.
Filip: Bierz ją.

Bogna się śmieje. Filip przeżywa niekończącą się rozkosz. Nawet wtedy, gdy Bogna wciąga go pod wodę. Traci tlen, ale nie traci przyjemności. Jeszcze chwila. Bogna nadal ujeżdża jego ciało jak narowistego konia. 

Felisława: Kurwa, co tu się dzieje?

W otwartych drzwiach łazienki pojawia się potężna wysoka chłopo-baba. 

Ciągnie za włosy Bognę. Odrywa ją od prawie już tonącego Filipa.

Felisława: Ile razy ci mówiłam, żebyś tutaj nie sprowadzała facetów? Co, ile razy?

Felisława wymierza klapsa w goły tyłek Bogny. Bogna przed chwilą piękna i potężna kobieta staje się małą dziewczynką. Znikają piersi, długie nogi, okrągła pupa. Cały jej czar znika.

Bogna kuli się i płacze.

Bogna: Mamusiu, przepraszam już nie będę. Obiecuję. Tylko mnie nie bij. Proszę.

Felisława na te słowa łagodnieje. Jednak nie wobec Filipa.

Felisława ( do Filipa ): Zjeżdżaj stąd, ale już.

Ledwo żywy, prawie utopiony Filip odzyskuje część swojej siły. Tyle, żeby wyjść z wanny, z łazienki, żeby się ubrać i wyjść z chaty.

Filip: Kurcze, co to było?

Minie trochę czasu zanim dojdzie do siebie i zrozumie, co się stało. Parę lat zanim zrozumie o co chodziło małej czarownicy. Co mogła mu zrobić. Czy na pewno by to zrobiła?

Dialog 3.

Miejsce: Gdzieś.

Gracz 1: Uratowałeś go? Po co?
Gracz 2: Chcę zobaczyć minę jego i jej jak do nich dotrze.

Obaj się śmieją.

P. S. Jeśli nie wiecie kim jest ona i on, zerknijcie tutaj.
        A co z Filipem? Ciekawi Was to czy nie?
 


 


  




 

 

wtorek, 23 maja 2017

Chaos.

Dawno, dawno temu albo jakiś czas temu. Naprawdę nieważne kiedy, bo i tak czas płynie tu inaczej, powstało nowe miasto - Chaos. Miasto buntowników, którzy wysiadając w świecie po śmierci na stacji Sensbezsens nie chcieli przejść przez bramę strażników. Nie chcieli iść do dzielnicy Odmieńcowo stworzonej dla takich jak oni, innych. Właśnie dlatego, że byli inni, nie robili nic, czego wymagała od nich cała reszta. Z pewnością nie rozwiązywali zadań i nie czytali lektur kiedyś, gdy jeszcze siedzieli w ławkach szkolnych na Ziemi. Stworzyli swoje miasto. Jakie? Co się w nim dzieje?


Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Sylwek - szpieg z miasta Sensbezsens, Stefan - poseł z dzielnicy Odmieńcowo, Kopulasta - propagatorka czytania Manifestu władcy miasta, Kobieta - tajemnicza agentka z Sensbezensu.

Dialog 1.

Miejsce: Rynek miasta Chaos.

W centrum na trawniku z kwiatami w czarnym kolorze na podium z ławki szkolnej stoi Kopulasta. Przez megafon krzyczy do przechodniów o konieczności czytania.

Kopulasta: Musimy czytać. Inaczej nasz świat zginie. My razem z nim. Czy tego właśnie chcecie?

Nikt nie zwraca na nią uwagi. Jedynie Stefan się zatrzymuje. Może dlatego, że nie jest stąd i wszelkie głośne akcje miasta go interesują.

Stefan: Co mamy czytać?
Kopulasta ( zdziwiona przerywa ): Manifest naszego przywódcy. On podaje wskazówki dotyczące czytania.
Stefan: On, nie ty?
Kopulasta: Ja jestem tylko głosicielką jego słowa.
Stefan: Aha.

Stefan nie bardzo wie, co powiedzieć. Dlatego odchodzi. Jednak Kopulasta idzie za nim.

Kopulasta: Nie jesteś stąd.
Stefan: I co z tego?
Kopulasta: Mogą cię aresztować.
Stefan: Tak bez powodu?
Kopulasta: Powód zawsze się znajdzie. Poza tym nie znasz Manifestu. Tutaj to obowiązkowa lektura.

Stefan: Tyle, że ja jestem posłem.
Kopulasta: Poseł, o matko. I w dodatku kobieta.
Stefan: No wiesz. Obrażasz mnie. Jestem mężczyzną.
Kopulasta: Ja widzę kobietę.
Stefan: Nieważne co widzisz. Ważne, jaką mam duszę, energię, rozumiesz?

Kopulasta: Nie bardzo.
Stefan: Ok. I tak czasu nie mam, żeby ci tłumaczyć.
Kopulasta: Dlaczego?
Stefan: Idę do twojego władcy.
Kopulasta: Pójdę z tobą.
Stefan: Po co?
Kopulasta: Z ciekawości. Chcę zobaczyć, co z tobą zrobi władca.
Stefan: A co może zrobić?
Kopulasta: Jakbym wiedziała, to bym z tobą nie szła.
Stefan: Idiotka.

Dialog 2

Miejsce: Wieżowiec. 

Tutaj na ostatnim, setnym piętrze mieszka władca. Na niższych piętrach zwykli ludzie i istoty, którym wynajmuje mieszkania. Wśród nich są również jego pracownicy kreatorzy i nie tylko. Na piętrze trzynastym szpieg Sławek. 

Sławek obserwuje przez lornetkę zbliżających się do budynku: Stefana i Kopulastą. Z ruchu warg próbuje odczytać ich rozmowę. Nie idzie mu to dobrze. Denerwuje się. W końcu ciska lornetkę w kąt. Siada na wiklinowym fotelu. Kopie wiklinowy stolik. Stojący na stoliku telefon z tarczą i słuchawką jak z początku XX wieku zaczyna dzwonić.

Sławek: Czego tam?
Kobiecy głos: To ja.
Sławek: Jaka ja?
Kobiecy głos: Nie pamiętasz?
Sławek: Muszę?
Kobiecy głos: Z chaosu powstaliśmy i w chaos się obrócimy.
Sławek: A kwiaty nadal będą kwitły.

Słowa kobiety otwierają w Sławku zamknięte dotąd pokłady pamięci. Już wie, kim jest nieznajoma i po co zadzwoniła. Wie, co zaraz musi zrobić.

Podchodzi do szafy. Wyjmuje z niej dużą dwulitrową butlę. Przezroczystą z białym jak mgła płynem. Zakłada maskę na twarz. Równie białą jak płyn w butli. Wychodzi na klatkę schodową. Otwiera w niebieskiej ścianie właz i wchodzi do środka. 

Umieszcza w jednej z rur butlę z białym płynem.

Zaraz się zacznie. Dlatego Sławek jedną z wind awaryjnych zjeżdża na dół. Wychodzi z budynku. Wsiada do czekającego na niego czarnego auta.

Kobieta: Dobrze się spisałeś.
Sławek: Może teraz w końcu powiesz mi jak masz na imię.
Kobieta: Jak opuścimy miasto.

Szybko odjeżdżają w stronę granicy. 
Pół godziny później auto wpada w poślizg. Uderza w ciężarówkę. Spada z mostu do rzeki. 

Dialog 3.

Miejsce: Winda.

Stefan i Kopulasta wsiadają do windy, która ma zawieźć ich na setne piętro wieżowca. Piętro zamieszkane przez władcę.

Wnętrze windy utrzymane w surowych czarno-białych kolorach w połączeniu z delikatnym światłem padającym z góry sprawia, że Stefan się odpręża. Spada z niego całe zgromadzone od wyjazdu z dzielnicy Odmieńcowo napięcie.

Stefan ( myśli ): Teraz już wszystko się ułoży. Dogadam się z władcą. Potrafię, podołam.

Kopulasta: Ale przygoda. Nigdy nie widziałam z bliska władcy i proszę, wreszcie go zobaczę.
Stefan ( śmieje się ): Może poda ci kolejne wskazówki dotyczące czytania.
Kopulasta ( też się śmieje ): Na pewno. Cieszę się.

Oboje wybuchają śmiechem. Kucają ze śmiechu na podłodze. Śmiech wywołuje w ich ciałach drgawki. Potem puszczają zwieracze pęcherza i odbytu. Kopulasta i Stefan sikają ze śmiechu. Plują. Srają. Płaczą. Pękają. 

Mglisty płyn w butli zrobił swoje. Wszyscy mieszkańcy wieżowca padają w nagłych atakach radości. 

Plan tych, którzy wysłali szpiega Sławka prawie się udał. Prawie, bo niestety nie przewidzieli, że jeden z kreatorów obdarzony niezwykłą intuicją w ostatniej chwili wyciągnie władcę z wieżowca.

Gdzieś.

Gracz 1: Dałeś im szansę?
Gracz 2: Ona tak chciała.
Gracz 1: W takim razie idę pograć innymi pionkami.

P. S. To, co powyżej napisałam jest dalszą częścią Przejścia, więc jeśli nie wiesz o co chodzi, zajrzyj tam. Jak i czy w ogóle gra potoczy się dalej, zależy od Was. Chcecie czy już macie dość?



 



 
 



 

wtorek, 16 maja 2017

Pan Kanciasty.

Jakiś czas temu szefowa sekty Pozytywni zniknęła w paszczy pomarańczowego potwora z mgły miasta Upierdliwość. Zostawiła dzieci - członków swojej sekty.
Jej miejsce szybko zajął Pan Kanciasty. I się zaczęło.
Co? Raj, piekło czy coś gorszego?


Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Pan Kanciasty - nowy szef sekty Pozytywni, Marek - chłopiec 12 lat, Karolina - dziewczynka lat 11.

Dialog 1.

Miejsce: Sala, z której została zabrana Ilona, dawna szefowa sekty Pozytywni. Duża przypominająca te znajdujące się w szkołach. Jej nijakie kolory i kształty stają się wyraziste z chwilą pojawienia się Pana Kanciastego. Biało-szare ściany i ławki szkolne z dawnych lat. Na każdej okrągłe miejsce na kałamarz z atramentem. Blat pochylony w stronę długiego siedzenia z oparciem. 

Nic nie zostało z poprzednich mebli. Jedynie kąt Marka wyróżnia się łóżkiem i wygodnym fotelem. I tylko jego strój jest nadal pomarańczowy. Pozostali członkowie sekty Pozytywni ubrani są na szaro. 

Nikt nie zauważa zmian. Żadne z dzieci, którymi kiedyś kierowała Ilona nie widzi nic nowego w swoich szarych ubraniach i swoim opiekunie.

Pan Kanciasty pojawił się tu wraz ze zniknięciem Ilony. Ten sam potwór jednocześnie połknął Ilonę i ze swojego drugiego tylnego otworu wyrzucił z siebie Pana Kanciastego.

 Marek od początku myśli o nim jak o kupie potwora. Upierdliwej i doskonale dopasowanej do miasta Upierdliwość.

Trwa lekcja. Pan Kanciasty uczy dzieci liczenia i rozwiązywania zadań tekstowych z matematyki i geometrii. Dzięki temu dzieci zdobywają niezbędną umiejętność myślenia logicznego. Jego zdaniem. Inne zdania tu nie istnieją z wyjątkiem zdania Marka.

Tyle, że ono się nie liczy. Pan Kanciasty nazywa go wariatem. Traktuje jak wariata. Inni też.

 Marek wierci się na łóżku. Bezskutecznie próbuje zasnąć. Lekcja Pana Kanciastego bardzo mu przeszkadza. Z góry pada na niego ostre sztuczne światło jarzeniówek. W głowie trzeszczą mu posuwające się po papierze cyfry w zeszytach dzieci. Kroki Pana Kanciastego dudnią mu w uszach niczym dzwony kościelne. I do tego pisk kredy kreślącej wzory na tablicy.

Marek: Oszaleję. Jeszcze trochę i stracę zmysły.
Karolina: Ciszej. Usłyszy cię.
Marek: Niech usłyszy. Ale, kim jesteś?
Karolina: Dziewczynką. Mam na imię Karolina
Marek:  Joachim. A gdzie jesteś?

Karolina: Siedzę w drugiej ławce.
Marek: Jak to siedzisz tam i tu ze mną rozmawiasz?
Karolina: Tak to. Potrafię gadać na odległość.
Marek: Nie słyszałem o czymś takim.
Karolina: O telepatii nie słyszałeś?
Marek: O telepatii tak, ale przecież ... 
Niemożliwe. Gadasz w mojej głowie tak głośno?
Karolina: Możliwe. Ty też gadaj do mnie w głowie, żeby on ciebie nie słyszał.

 Marek odnajduje w grupie dzieci dziewczynkę. Blondynka z włosami splecionymi w warkoczyki. Odwraca się na chwilę i patrzy na niego. Już wiadomo, że to ona, nikt inny, nawiązała z nim kontakt.

Karolina: Zlikwidujemy go.
Marek: Mówisz o Panu Kanciastym?
Karolina: Widzisz tu kogoś innego równie upierdliwego?!
Marek: Jak go chcesz zlikwidować? 
Karolina: Przepalę mu zwoje mózgowe wiedzą matematyczną.
Marek ( krzywi się ): Nie dasz rady. On ma jej zbyt dużo i jeszcze więcej wchłania.
Karolina: Przywołam potwora.
Marek: Jak?
Karolina: Pomyślę.

Cisza. Karolina myśli. Dźwięki w głowie Marka nabierają ostrości. Znów chciałby spać i nie może. Zazdrości dzieciom, które odkąd zniknęła ich dawna opiekunka Ilona doskonale obywają się bez snu. Liczą i liczą bez końca.

Dialog 2.

Miejsce: Łąka figur geometrycznych.

Szeroki pas zieleni między jedną ulicą a drugą i stojącymi przy nich szarymi budynkami. Na krótko ściętej trawie wysokie pręty: wygięte koła, trójkąty, kwadraty i inne figury geometryczne. Z daleka świecą ostrym żółtym światłem.

Dzieci biegają wokół nich, zatrzymując się na chwilę, by obliczyć to czy tamto wskazane przez Pana Kanciastego zadanie.

On jak zwykle ma na sobie starą miskę metalową, a na oczach dziwne okulary jakby wyjęte z czegoś duże okrągłe elementy. Nikt oprócz Marka nie zwraca na to szczególnej uwagi. Dla nich Pan Kanciasty wygląda jak każdy nauczyciel wuefu ubrany w dres szarego koloru.

Karolina: Zaraz go załatwię zobaczysz.
Marek: Jak?

Marek nie musi długo czekać. Nie wiadomo skąd na trawie pojawiają się cienie. Mają w rękach karabiny maszynowe. Strzelają do Pana Kanciastego. Wystrzałów nie słychać. Widać tylko śmigające w powietrzu różowe naboje.

Z Pana Kanciastego spada miska i okulary. Szary strój staje się różowy. Twarz nabiera czerwonych kolorów. 

Pan Kanciasty kurczy się i zwija. Po chwili zostaje z niego rozbity pomidor, który toczy się w stronę miski, aż wreszcie kładzie się na niej.

Pies-cień podbiega do miski. Zabiera ją razem z leżącym na niej pomidorem. Biegnie do pozostałych cieni. Razem z nimi powoli rozpływa się w powietrzu.

Karolina ( krzyczy ): Wolność. Możemy robić, co chcemy. Koniec dyktatury Pana Kanciastego.
Dzieci ( skandują ): Wolność, woolność.
Karolina ( ucisza ich ręką ): Kto was uwolnił? Ja was uwolniłam. Kto będzie tu rządził?
Dzieci: Ty będziesz rządzić.

Marek ( głośno myśli ): A więc to tak.
Karolina ( odpowiada w jego myślach ): Co myślałeś? Że ja z organizacji charytatywnej?! 
Joachim: Miałem nadzieję, że mnie uwolnisz.
Karolina: Jesteś wolny. Idź, gdzie chcesz. Pozwalam, ale jeśli tu zostaniesz, musisz mnie słuchać.
Marek: Sam nie wiem. Co chcesz tu zrobić?
Karolina: Najpierw wyrzucę wszystkich buntowników. Utworzę straż z cieni. Więzienie dla nieposłusznych, a potem się zobaczy, co dalej.

Marek czuje przerażenie. Pan Kanciasty był okropny, ale jaka będzie Karolina. Postanawia odejść.


P. S. Czy miasto Upierdliwość pozwoli odejść Markowi? I co się jeszcze wydarzy? Ciekawi?

 








 

 

wtorek, 9 maja 2017

Euforia

Wróciła ze szpitala jakiś czas temu. Przeżyła pięć miesięcy względnego spokoju. Jej druga osobowość jakby zasnęła, a może wreszcie sobie poszła. I teraz życie wreszcie się ułoży. Zwłaszcza, że spotkała swoją dawną miłość.
Naprawdę? Na pewno?


 Eugenia i Stanisława.

- Widziałam wczoraj Klementynę razem z Weroniką - pochwaliła się Stanisława.
- Też je widziałam.

Eugenia wzruszyła ramionami. To, że Weronika wróciła nie było żadną rewelacją, ale i tak zrobiło się jej przykro, że nie ona Stanisławie lecz Stanisława jej musiała o tym powiedzieć.

- Myślisz, że znów zamieszka z Klementyną? - zagadywała dalej Stanisława jakby nie widziała grymasu na twarzy Eugenii.
- Może. Po Klementynie wszystkiego można się spodziewać i po Weronice też.
- Ona już podobno zdrowa.
- Jeszcze się okaże. Dotąd nikogo nie zabiła, ale kto wie.

 Gniewna.

Siedziała uwięziona w ciele tej obcej ziemskiej istoty, którą nazywali Weroniką. Nie raz i nie dwa próbowała się uwolnić. Zawsze kończyło się tym samym, napadem gniewu, że nie może wyjść poza ograniczone ciało. Nawet komunikacja z innymi stała się niemożliwa. 

Starsi tak ją urządzili. Dla nich ważniejsze było poznanie Ziemi, planety, która mogłaby stać się ich nowym domem. Domem, do którego uciekną, gdy ich gwiazda zgaśnie. Co ich obchodziło jednostkowe życie? Co ich Gniewna obchodziła?

Wsadzili ją tu i już. Radź sobie sama, ale jak sobie radzić, gdy musisz oddychać jak ona i za każdym razem prosić się o prawo głosu.

W dodatku ta bariera między Gniewną a Weroniką. Już tak po prostu nie mogła przejmować nad nią kontroli. Musiała czekać na pozwolenie, a to wiadomo nigdy nie nadchodziło. Weronika też chciała rządzić.

Gniewna siedziała i myślała. Wiedziała, że w końcu znajdzie sposób. Wyrzuci Weronikę. Zawładnie ciałem i ... 

Co potem? Wróci do swoich? Nawiąże z nimi kontakt? Nieważne. Tak czy siak zmieni się na lepsze. Będzie wolna.

Weronika.

Zamieszkała z koleżanką, która jej nie znała. Wszystkie inne nie chciały. Bały się, że potraktuje je jak swoją ciotkę Klementynę. Złamała jej rękę. Biła ją. Krzyczała na nią. Co z tego, że nic nie pamięta, a naprawdę to nie ona lecz Gniewna skrzywdziła ciotkę.

O Gniewnej dowiedziała się w czasie regresji hipnotycznej.
Na pomysł przeprowadzenia regresji wpadła Florentyna sąsiadka jej ciotki. Nawet to opłaciła. Nie wiadomo dlaczego tak jak jej zależało na zdrowiu nieznanej jej przecież Weroniki.

W każdym razie po regresji zmieniło się tylko tyle, że mieszkająca w Weronice Gniewna, główna przyczyna dziur w pamięci Weroniki, nie mogła już tak po prostu przejmować kontroli nad Weroniką. Terapeuci-hipnotyzerzy stworzyli barierę między Weroniką i Gniewną.

Bariera się sprawdzała. Weronika znów była tylko Weroniką i jako spokojna pacjentka odzyskała wolność. Nie mogła jednak wrócić do matki z powodu nienawiści do ojczyma, ani do ciotki Klementyny, bo zrobiła jej to, co zrobiła.

Na szczęście pojawiła się Jagoda. Zadzwoniła do Weroniki w najbardziej odpowiednim momencie. Zapytała, czy chciałaby mieszkać z nią, bo ona sama się boi. Zawsze się bała. Zawsze miała jakąś współlokatorkę. 

Z Weroniką chodziła do tego samego liceum. Obie przyjechały z innego miasta. Może dlatego zaproponowała Weronice wspólne mieszkanie. A może z jakiegoś innego powodu? Nieważne. Weronika i tak się cieszyła. Dla niej zaczynało się nowe życie.

W dodatku spotkała Marka, z którym kiedyś przeżyła pierwszą miłość i pierwszy seks.

I nagle to się stało. 

Gniewna.

Wyłom w barierze pojawił się niespodziewanie. Weronika go nie poczuła, ale Gniewna owszem.

Szpara, która z czasem zmieniła się w dziurę wstrząsnęła nią. Pobudziła do myślenia. Wyrwała z letargu. Wiecznego snu, w jakim dotąd tkwiła w głębi Weroniki.

Gniewna się rozejrzała. Spojrzała przez dziurę oczami Weroniki. Po raz pierwszy od tak dawna czuła ziemską rzeczywistość.

Weronika kochała się ze swoim facetem. On pieścił dokładnie każdy kawałek ciała. Jej szyję, usta, piersi, brzuch, uda, waginę.
 
Nazwy automatycznie pojawiały się w części umysłu zajętej przez Gniewną. Razem z nimi uczucia.

Tutaj na granicy świadomości swojej i Weroniki, Gniewna mogła doświadczyć całej gamy wrażeń.

Weronice dużo nie brakowało do spełnienia, do rozkoszy. 

Facet, Marek wsuwał się w nią od przodu i od tyłu. Potem ona siedziała na nim. Kolejne pozycje sprawiały im coraz większą radość.

Gniewna obserwowała, a gdy Weronika i Marek zbliżyli się do szczytu podniecenia, przeżyła go z nimi. 

Przyjemność rozsadziła ją od środka, ale najważniejsze, że rozwaliła barierę. Oby raz na zawsze. 

Marek i Gniewna.

Jeszcze przed chwilą słodka Weronika stała się ostra. Drapała jego plecy. Ściskała ręce. Potem nogi. Chwyciła za szyję. Dusiła go.

Z trudem się wreszcie uwolnił. Musiał związać jej ręce. I teraz rzucała się na łóżku jak schwytana w sieć ryba.

- Dzwonię po pogotowie - oznajmił.

Odwrócił się w stronę telefonu. To był jego koniec.

Gniewna, która rządziła ciałem Weroniki, ściągnęła krępujące ją więzy. Skoczyła jak drapieżnik na Marka.

W ręku trzymała nóż. Przejechała nim po plecach Marka.

Krzyknął. Rzucił komórkę. Próbował ją obezwładnić.

Gniewna okazała się silniejsza. 

Związała go. Potem cięła kawałek po kawałku jego skórę. Zlizywała krew z noża. Próbowała też odcinanych po kolei części ciała.

Marek stracił przytomność. 

Może i lepiej dla niego. Nie widział. Nie czuł już: strzępów oddzielonej od kości skóry, włosów, palców, nosa. 

Krew sączyła się z tego, co po nim zostało.

Gniewna cieszyła się bez końca odkrytą zabawą w rozbieranie człowieka, poznawanie jego wnętrza, w dotykanie, w lizanie. 

Gniewna przeżywała rozkosz nieporównywalną do tej, jaką czuła wcześniej Weronika. Wolność i ekstaza bez końca.

Eugenia i Stanisława.

- A nie mówiłam - cieszyła się Eugenia. - Wiedziałam, że w końcu kogoś zabije i zabiła.
- Co? O czym ty gadasz? 

Stanisława nic jeszcze nie wiedziała. Eugenia znów pokonała ją swoją wiedzą. Znów okazała się szybsza w łapaniu najnowszych plotek i informacji.

- Weronika zabiła swojego kochasia.
- Jak to?
- Zwyczajnie. Dostała napadu agresji akurat przy nim.
- Dobrze, że nie przy Klementynie.
- Właśnie. A ty chciałaś, żeby mieszkały razem.
- Ja chciałam? Ja je tylko widziałam. Ale mów jak to się stało.

Stanisława nadstawiła uszy jak typowa ciekawska emerytka.

Gdzieś.

- Teraz to już przesadziłeś.
- E tam zwyczajna akcja. Co ty taki wrażliwy?

Znów ci dwaj przy planszy. Dwaj gracze.

 
P. S. I co dalej? I kim są gracze? Zobaczymy innym razem.