wtorek, 13 listopada 2018

Listopadowe myśli.

Jakie są? Czy gładkie czy ostre? Czym pachną? W co ubrane? Jakim błyszczą kolorem? Czy potrafię je opisać?

Autor: Tran Nguyen.



Ona i niebo. 

Oboje w niebieskim nastroju 
marzą o zieleni, co odeszła 
nie wiadomo gdzie i kiedy. 
Czekają, wstrzymując oddech. 
Codzienność śpi.
Ciężar kobiety i nieba 
nie daje się unieść.


Autor: Tran Nguyen.
 Czerwona.

Równo na pół przecięta
wiedzą niepotrzebną
dama z filiżanką
smaczna i świeża.
Pachnie grzecznym smutkiem.

Autor: Tran Nguyen.

 Wędrowiec.

Dom nosi ze sobą.
Tylko czasem zdejmuje z pleców.
Kładzie na kolanach aktualnej żony.
Zasypia i budzi się, gdy księżyc wschodzi.
I tak bez końca.

Autor: Tran Nguyen.
Dwa pączki

zwiędniętej róży
smakują gorzkim lukrem.
Ktoś im powiedział,
że nie mogą żyć bez siebie.
Uwierzyli.
Resztę klei uczynił pocałunkiem. 

Autor: Tran Nguyen.

Wspomnienie lata.

Blaskiem zaślepia oczy.
W oddali cienie.
Szarość nie istnieje.
Zima nie nadchodzi.
Zło starte gumką umiera.

Autor: Tran Nguyen.

 Czekam.

Wciśnięta w blokowe ściany
czekam na wiosnę, lato, wakacje,
lepsze sny, właściwe słowa, 
właściwe miejsce.
Życie mija niewidocznie.

Autor: Tran Nguyen.

 W listopadzie.

Po głowie mi pływają robaki.
Herbata parzy.
Niebieska szarość zamyka umysłu szuflady.




P. S. Takie te moje myśli, trochę smutne, trochę leniwe, a jakie Wasze? Podzielicie się?









 

wtorek, 6 listopada 2018

Z pamiętnika Ulacenty

Nie wiem dokładnie, kiedy Ulacenta się pojawiła. Możliwe, że spotkałam ją, kiedy wracałam z plaży do domu lub odwrotnie, albo gdy szłam przez park leśny do Kołobrzegu. Tak więc na pewno w czasie wakacji i bardzo prawdopodobne, że w trakcie mojego pobytu nad morzem. 
Autor: Magdalena Walulik.
Lato

Lato zaczęło się jak wszystkie poprzednie od długich skwarnych dni na zmianę z chłodniejszymi i pełnymi deszczu. Skończyłam trzydzieści lat i po raz kolejny poczułam pustkę. Gniotła mnie gdzieś w okolicach serca. Czasem prowadziła w koszmary we śnie i na jawie. Potykałam się, rozbijałam talerze, rozlewałam wodę z kubków jakby zaciął się we mnie jakiś ważny mechanizm albo pustka przejęła nad nim kontrolę.

Lucek, mój ówczesny narzeczony zorganizował wyjazd nad jezioro. Mieliśmy pojechać razem, ale w ostatniej chwili szef  odwołał Lucka z urlopu. Nawet się ucieszyłam, bo nie lubię podróżować. Nie lubię siedzieć w pociągu, jeszcze gorzej w autobusie. Czas dłuży się, a zmęczenie siada ci na plecach. Nie możesz się ruszyć. Wolę już chodzić po ulicach swojego, wielkiego miasta.

Niestety Lucek zapłacił za nasz pobyt w malowniczej okolicy, więc chciał, żebym pojechała. Jasne, jego pieniądze nie mogą się zmarnować.

Po pięciu godzinach jazdy pociąg stanął, a konduktor przekazał nam wiadomość, że ruszy dopiero jutro.

- Jak to jutro - krzyczeli oburzeni podróżni, zanim grzecznie wysiedli i udali się do pobliskiego hotelu.

- Ożesz - zawyłam w duchu - nawet tu dopadła mnie pustka.

Zrezygnowana klapnęłam na brązowej dworcowej ławce. Tak, klapnęłam, nie usiadłam, bo na to drugie zabrakło mi siły. W dodatku zbyt szczupły portfel nie pozwalał na pójście do hotelu, chyba, że koszty pokryłaby kolei. 

Prawie zatonęłam w czarnych myślach, gdy pojawiła się ona. Kobieta w dużym słomianym kapeluszu, w czerwonych okularach przeciwsłonecznych i w letniej sukience w czereśnie na żółtym tle

- Niemożliwe - krzyknęła - Ulacenta Poważna, moja ukochana pisarka. Czy to pani naprawdę?

Nie zdążyłam jeszcze nic powiedzieć, a już ściskała moją rękę. Obejmowała mnie i całowała policzki. Pewnie gdyby mogła, wylizałaby mi nogi. 

- Domyślam się, że przyjechała pani tym starym gratem - cieszyła się moja czytelniczka. - I zamierza pani nocować w naszym okropnym hotelu. Na szczęście ja tu jestem. Nie pozwolę, żeby spała pani byle gdzie i byle jak. Mam duży dom. Pojedzie pani do mnie.
- Ale, ale... - próbowałam protestować.
- Żadne ale. Nie pozwolę, żeby się pani tułała w pokoju hotelowym.

Pojechałam więc do domu nieznajomej, która po drodze przedstawiła się jako żona znanego w okolicy biznesmena.

Po męczącym dniu w pociągu szybko zasnęłam w błękitnym pokoju pod błękitną pościelą.

Niestety spokojnie spałam tylko przez chwilę. Zaraz potem zatrzeszczało krzesło. Otworzyłam oczy.

Na przeciwko łóżka siedział mój zmarły wujek Szczepan. Na jego wychudzonej sylwetce wisiał o kilka numerów za duży szlafrok w kolorze fioletowym. Wokół niego roznosił się zapach zepsutej kapusty kiszonej.

- Wyspałaś się już? - zapytał.
- A ty? - nie bardzo wiedziałam, co powiedzieć, więc stąd chyba moje głupie pytanie.
- Ja wciąż cierpię na bezsenność.
- Jak żyłeś nigdy nie cierpiałeś
- Co to znaczy jak żyłeś? - wujek zmarszczył brwi.
- Przepraszam wujku, jeśli cię uraziłam. Nie chciałam - wolałam nie irytować zmarłego. Poza tym zastanawiałam się, co zrobić, żeby sobie poszedł, żebym znów mogła zasnąć i spać do rana.

- Wybaczam ci, ale więcej mi tak nie mów. Ty jedna wykaż się mądrością. Pamiętasz, zawsze ceniłem twoją inteligencję.

Nie pamiętałam. Wujek za życia kojarzył mi się z dyktatorem jak Fidel Castro. Wpadał w różne nastroje. Raz się cieszył, raz złościł. Dlatego nie odwiedzałam go zbyt często, przynajmniej wtedy, gdy już sama mogłam o tym decydować. Wcześniej rodzice wysyłali mnie do niego na wakacje, bo jak na złość musiał mieszkać na wsi, a jego żona była siostrą mojego taty.

- Chodzi o to - dotarł do mnie głos wujka - że mogłabyś niektórym udowodnić, że żyję. Wcale jak im się wydaje, nie umarłem. Rozumiesz?

Pokiwałam głową, że niby tak, wszystko pojmuję. Nie mogłam przecież powiedzieć, że nie wiem w jaki sposób mam udowodnić innym, że wujek chodzi po świecie, zamiast leżeć w trumnie.

- W takim razie chodź ze mną.

Wujek wyciągnął do mnie rękę i już wiedziałam, że tej nocy na pewno się nie wyśpię.

Kostnica.



Otoczyła nas gęsta jak budyń mgła. Wujek świetnie sobie radził. Stawiał kroki niczym zawodowy żołnierz na polu bitwy. Precyzyjne i ostre, podczas gdy ja grzęzłam co rusz jakbym szła przez bagno. Poruszało się, ślizgało pod stopami, łakomie łapało za nogi wkręcając do błotnistego środka. Na szczęście wujek trzymał mnie mocno i za każdym razem wyciągał na zewnątrz. Po wielu takich samych męczących ruchach, zobaczyłam światło w oddali. Jak promyk słońca obudziło we mnie nadzieję. Jednak okazało się, że złudną.

Z mgły weszliśmy prosto do oświetlonej słabą żarówką kostnicy. Bardzo starej kostnicy z porysowanymi i połamanymi niebieskimi kafelkami na ścianach i podłodze. Dokładnie do połowy ścian, a od połowy z szarą od brudu ścianą. Wysoki sufit w podobnej tonacji, wielkie okna tuż pod nim, złowieszczy, metalowy stół, trochę dalej brązowe szuflady. Wydawało się, że wszystko razem i osobno zgrzyta zębami w niecierpliwym oczekiwaniu na nowych nieboszczyków. Ja też zazgrzytałam zębami, tyle że ze strachu.

Wujek dzielnie szedł dalej. Zatrzymał się dopiero przy drzwiach na drugim końcu olbrzymiej sali. Nacisnął klamkę i nic. Drzwi się nie otworzyły.

- Zamknęli, a tak ich prosiłem, żeby poczekali. Mówiłem, że kogoś przyprowadzę. Nie uwierzyli i zamknęli zupełnie jak twoja ciotka.
- Ciotka się zamknęła? - zdziwiłam się, bo niedawno rozmawiałam z nią przez telefon i nic mi o tym nie mówiła.
- Żebyś wiedziała - rozgniewał się wujek. - Zaprosiła do siebie jakąś szamankę, czarownicę czy wróżkę. Ta zrobiła abrakadabra i koniec. Już nie mogę do niej wejść, nawet zajrzeć przez dziurkę od klucza.

- Aha - pomyślałam - ciotka znalazła sposób na natrętnego umarlaka. Jak ona znalazła, ja też znajdę, ale jaki, kiedy. Czy w ogóle się stąd wydostanę? Może to tylko sen i zaraz się obudzę? 

Zacisnęłam oczy. Uszczypnęłam się w rękę. Wujek mną potrząsnął.

- Przestań. Zachowujesz się tak samo jak ona.

Zrozumiałam, że nie ucieknę, nawet jeśli to sen, póki co mocno mnie trzyma.

Na górze otworzyło się okno.



P. S. Co dalej? Nie wiem. Czekam na następne kartki z pamiętnika Ulacenty.  


  





wtorek, 30 października 2018

Sekretne rozmowy.

Dziś zaglądam przez magiczną dziurkę od klucza do szczeliny między światami. Jakimi światami? Kogo widzę i co słyszę?

Autor: Andrzej Gudański.

Rozmowa 1.

Miejsce: Szczelina między niebieskim światem graczy, a ziemską rzeczywistością.
Czas: Tutaj akurat nieważny, bo zależny od Mistrza Gry Lukrecjusza i jego kaprysów.
Bohaterowie: Mistrz Gry Lukrecjusz XIII - chudy, wręcz skóra i   kości, dumny władca graczy, wiek nieokreślony; Pankracy - filozof, tłusty, niski, sześćdziesięcioletni facet ze smutną miną.

Bohaterowie znajdują się w jednej z wielu komnat w zamku Lukrecjusza na wzgórzu Gór Fioletowych. Ściany wyłożone dźwiękoszczelnymi ekranami nie pozwalają podsłuchiwać zarówno wścibskim dworzanom jak i kręcącym się w okolicy licznym szpiegom. Chyba nie muszę, a może jednak muszę, dodawać, że filozofowi nie wolno powtarzać nikomu treści rozmowy, ani tym bardziej jej nagrywać, a wszystko to pod karą śmierci. 

,, Niech by tylko coś mu się wymsknęło, a już ja go załatwię,, - Dość często powtarzająca się myśl Lukrecjusza.

Oczy rozmówców cieszy widok niebieskiego oceanu wyświetlany przez ekrany. Lukrecjusz siedzi na wygodnym, czarnym fotelu. Filozof na mniej wygodnej kanapie bez oparcia. Obaj piją sok z kapusty, ulubiony sok Lukrecjusza, filozofa niekoniecznie.

,, Kurna jego macioszka, czy ja ciągle muszę pić to śmierdzące gówno,,- Jedna z częstych myśli Pankracego.

Lukrecjusz ( łaskawie podaje temat rozmowy ): Porozmawiajmy o śmierci. Jak ją postrzegasz teraz, jak kiedyś, a jak w przyszłości?
Pankracy ( nerwowo mruga oczami ): Trudna odpowiedź.
Lukrecjusz: Zawsze mówisz trudna. Potem nawijasz, ile wlezie.

Pankracy ( przeciera okulary ): Tak mistrzu. Początki zwykle są mgliste, środki jak zgniłe jabłka, końce jak landrynki szybko się rozpływają.
Lukrecjusz ( z zadumą ): Żebyśmy znów zaczynali od mgły, ale do rzeczy, gadaj o śmierci.

Pankracy: W taki dzień jak dziś, gdy słońce świeci, śmierć przypomina mgłę lub lepiej, fatamorganę na pustyni, jest nierealna.
Lukrecjusz: Na pewno nie dla umierających.
Pankracy ( rozgląda się, gdzieby tu dyskretnie wylać sok z kapusty ): Masz rację mistrzu. Dla nich to zawsze twardy orzech do zgryzienia. Może zresztą nie. (uśmiecha się, zobaczył doniczkę z kaktusem za kanapą i tam sok wylał ). Umierają bezwiednie albo po długiej męczącej chorobie. Wtedy śmierć staje się pragnieniem, napojem w czasie upału. Sądzę, że dla mnie stanie się takim napojem, oceanem, z którym chętnie się połączę.
Lukrecjusz ( nalewa filozofowi następną porcję soku ): Myślałem o tym, gdy włączyłem dzisiejszy krajobraz na ścianie. Oby tylko móc zanurzyć się bezboleśnie i wiedzieć, że się zanurzyłeś. Nie życzę sobie śmierci bez świadomości umierania.

Pankracy ( następną szklankę soku wylewa do donicy z kaktusem ):
Nie wiem, czy nie będzie mi wszystko jedno.
Lukrecjusz ( gniewnie ): Mnie na pewno nie. Ja jako Mistrz Gry chcę pozostać do końca uważny, odważny, mądry, bystry, zresztą co ci tu będę gadał, znasz przecież moje cechy, hę?
Pankracy ( sztucznie się uśmiecha ): Oczywiście: wspaniały, jedyny w swoim rodzaju i poza rodzajem, wielki, wręcz olbrzymi, niezastąpiony, najlepszy i wszystko co naj...

Lukrecjusz ( zadowolony ): Wystarczy. Wróćmy do tematu.
Pankracy ( drapie się po głowie ): O czym to ja... A już mam. Co z przeszłością? W dzieciństwie nie czułem śmierci, nie słyszałem, nie widziałem jakby się gdzieś dobrze ukryła. Pod łóżkiem? Pod dywanem? Wśród zabawek? Nieźle się zadekowała. Jak już wyszła, zabrała babcię, potem rodziców, wreszcie niektórych przyjaciół lub znajomych. Dotarło do mnie, że nic nie trwa wiecznie, że nastąpi koniec. Bałem się, bo nie mogłem go sobie wyobrazić. Jak to tak, ja zniknę? Coś ze mnie zniknie? Mój sens? I co pozostanie, bezsens? Jaki? Gdzie powędruje sens? Czy emocje, doświadczenia, myśli pójdą za nim? Nie, nie chcę. Krzyczałem i chowałem się w szafie, choć wiedziałem, że śmierć dotrze wszędzie i wszystko zabierze. Teraz moje przeżycia wydają się absurdalne. Śmierć jakby trochę oswojona, mniej dzika, choć wciąż nieznana. Wielki strach odszedł oby na zawsze.

Lukrecjusz się zasłuchał i bardzo zdenerwował, gdy obraz na ścianie zajarzył się na czerwono. Oznaka nadchodzącej pilnej wiadomości. Chciał, nie chciał, mistrz gry musiał zakończyć rozmowę. Podniósł się z fotela. Chrząknął kilka razy.

Lukrecjusz: Niestety obowiązki mnie wzywają. Do rozmowy wrócimy innym razem.
Pankracy: Kiedy tylko zechcesz mistrzu.
Myśli Pankracego: Hurra hurra. Oby inny raz nigdy nie nastąpił.

Rozmowa 2.

Miejsce: Ta sama, co wcześniej komnata Lukrecjusza.
Czas: Nadal nieważny. Inaczej inny raz, który jednak nastąpił
Bohaterowie: Bez zasadniczych zmian.


Zmienił się jedynie obraz na ścianach. Zamiast oceanu rozmówcy widzą jesienne drzewa i spadające liście.

Lukrecjusz ( uśmiecha się swoim wystudiowanym przed lustrem uśmiechem numer trzy, oczy i kąciki ust do góry ): Jak myślisz Pankracy, o czym porozmawiamy?
Pankracy ( próbuje, lecz bezskutecznie, zrobić minę podobną do miny władcy, ): O śmierci.

Lukrecjusz ( cieszy się ): Skucha. Możesz próbować dalej. Podpowiem ci tylko, że ma to związek z obrazem na ścianie.
Pankracy: Drzewa?
Lukrecjusz ( jeszcze bardziej zadowolony ): Nie.
Pankracy ( głośno myśli ): Jak nie drzewa, to nie liście, ani droga, żadna rzecz, wiem, jakieś zjawisko, jakie?
Lukrecjusz ( klaszcze ): Blisko, blisko, gorąco.
Pankracy: Z czym mi się kojarzy spadanie liści? Z jesienią na Ziemi? A u nas z Rękawiczką ( pora roku w niebieskim świecie graczy, o której może kiedyś opowiem ). Zmiana. Inaczej. Przemijanie.
Lukrecjusz ( posmutniał ): Zgadłeś. Czym jest przemijanie? Dla ciebie, dla innych, dla młodych, dla starych?
Pankracy ( wzdycha ): Proces. Coś trwa, mija, w końcu przemija. Nasze życie tak trwa.

Lukrecjusz: Gdy je umieścimy w czasie, który mija, a jeśli w przestrzeni pozbawionej czasu?
Pankracy ( wzdycha ): Trudno mi sobie ową przestrzeń wyobrazić.
Lukrecjusz ( zły ): Daję ci jedzenie, mieszkanie, ubranie, przyjemności, rozrywki, a ty mi mówisz tylko, że trudno. W takim razie wsadzę cię do piwnicy ze szczurami. W niej odzyskasz łatwość.
Pankracy ( wystraszony ): Błagam panie nie. Strasznie się boję szczurów, myszy, wszelkich gryzoni, gadów, płazów.
Lukrecjusz ( zaciera ręce ): Dostarczę więc sobie niezłej rozrywki patrząc jak kulisz się ze strachu, a twoja wyobraźnia goni w piętkę.
Pankracy: Nie, proszę.
Lukrecjusz: Liczę do trzech jak nie zaczniesz mówić z sensem, znajdziesz się w piwnicy.

Pankracy ( płacze ): Dobrze, dobrze, już mówię. Przemijanie dla mnie jest jak cukierek, który wolno, choć jednak zbyt szybko zjadam i zapominam, że zjadłem, więc sięgam po następny. Podobnie między kochankami trwa miłość, ale się kończy. Czy gdyby jedzenie cukierka zamrozić w czasie, znalazłbym się w raju? Czułbym wieczne szczęście? Czy w końcu dotarła by do mnie nuda?
Lukrecjusz: Wiedziałem, że jak w końcu ruszysz łbem, ruszysz we właściwym kierunku. Czy wieczność równa się szczęście? Czy może przemijanie zawiera w sobie sens, wartość nie dającą się podważyć? 

Pankracy: Jakże inne staje się przemijanie, gdy o nim myślimy w ten sposób? Moim zdaniem bardziej dojrzały, bo wyzbyty strachu przed końcem przemijania. Niedojrzali bez względu na wiek boją się, że koniec nadejdzie.
Lukrecjusz: Wszyscy trochę się boimy, chyba że możemy jak ja manipulować czasem, ale tylko tu, bo w innych miejscach czas gęstnieje, twardnieje i nie daje się przesuwać.

Pankracy: A mimo to ludzie mówią, że czas jest iluzją.
Lukrecjusz ( śmieje się ): Chcieliby.
Pankracy: Mają swoją legendę o wężu i drzewie. Myślą, że żyliby w raju, gdyby wąż nie skusił ich do zjedzenia jabłka.
Lukrecjusz: Ha, ha, raj należy do mnie i tylko do mnie.
Pankracy: Dlatego tak czy siak musieliby odejść, a przemijanie musi istnieć tam, gdzie istnieje czas.

Obaj Lukrecjusz i Pankracy dotarli do jakiegoś suchego, twardego miejsca, gdzie nic już, przynajmniej na razie, powiedzieć się nie da. W takich chwilach odzywa się budzik Lukrecjusza głośnym kukuryku. Obraz na ścianie ciemnieje. Lukrecjusz podnosi się z miejsca.

Lukrecjusz: Dość na dziś. Choć czasu nie ma, czas minął. Wrócimy do rozmowy innym razem.
Pankracy: Jak sobie życzysz mistrzu.
Myśli Pankracego: Oby inny raz nigdy już nie nastąpił.


 
P. S. Czy nastąpi, czy nie zależy od Was, od waszej reakcji na rozmowy. Znudziły Was? Zmęczyły? Czy wręcz przeciwnie?





 





                    

 

 

wtorek, 23 października 2018

Cuda w wielkim mieście.

 Zarówno na pierwszy rzut oka jak i na każdy kolejny nic nie wyglądało dobrze, wręcz przeciwnie, paskudnie. Ludzie na ulicy w kałużach krwi, trochę dalej tramwaj i autobus z wydartymi z środka bebechami. Wszędzie potłuczone szkło, chaos, jęk, krzyki rannych. A jednak gdzieś za poszewką rzeczywistości kulił się on, cud pierwszy. Jaki? Dlaczego niektórzy nazwali go nadzwyczajnym zbiegiem okoliczności lub jednym z wielu przypadków, które jak mrówki chodzą po ludziach?

Autor: Kelly Vivanco.
 Aleksandra.

Siedzi sobie i nie pamięta od jak dawna tak sobie siedzi. Część informacji stała się nieważna. Pamięć dawnego czasu odeszła. Aleksandra nie wie nawet, że zasnęła, że swoją obecną bezmyślną chwilę zawdzięcza innej niż jawa rzeczywistości, że spadła na samo dno studni, że wcześniej próbowała otworzyć drzwi i wydostać się na zewnątrz lecz w końcu ręce jej zemdlały, w głowie się zakręciło i trafiła na drugą stronę życia obok granicy ze śmiercią.

Istnieje tu i teraz. Zawsze istniało, ale obecnie jest bardziej namacalne. Aleksandra w długiej czerwonej sukience moczy się w sadzawce zapomnienia. Na razie z głowy wywiało jej trochę szkolnej wiedzy i świadomość snu. Nie długo, jeśli nikt jej stąd nie zabierze, zniknie reszta, umiejętność mówienia, słuchania, chodzenia, myślenia. Powoli cała Aleksandra zamieni się w kwiatka, niebieskiego lub czerwonego podobnego do tych, które ją otaczają.

Gdzieś na górze drzwi skrzypią. Po skrzypiących schodach ktoś schodzi do Aleksandry.

Eugenia i Stanisława.

Te z kolei siedzą w promieniach słońca na swojej ulubionej ławce.

- Dałam na mszę za ten cud - chwali się Eugenia.
- Ja też się dorzuciłam - dumnie wypina pierś Stanisława.
- Nigdy tego nie zapomnę. Tramwaj skręcił i spadłam z siedzenia. Czułam jak łamią mi się kości - wspomina Eugenia.
- Mnie gruchnęło coś w głowie - wzdycha Stanisława.
- I co potem?  - Chce wiedzieć Klementyna, która właśnie wyszła z klatki ich wspólnego bloku.
- Nie wiem - przyznaje Stanisława. - Chyba straciłam przytomność.
- Ja chyba też - dodaje Eugenia - jak już doszłam do siebie, okazało się, że siedzę na trawie i nic mi się nie stało. Tylko kilka potłuczeń i siniaków. Prawdziwy cud.
- O, tak - potwierdza Stanisława. - Ze mną było to samo.

Ktoś.

Chował się za mgłą. Mężczyzna? Kobieta? Choć podszedł blisko, Aleksandra nie mogła dojrzeć szczegółów jego sylwetki. Zresztą nie zależało jej wcale na obejrzeniu tajemniczego ktosia. Jego obecność nie zmieniła ani trochę dziwnego stanu, w jakim się pogrążyła. 

- Dawaj rękę. Wyciągnę cię - powiedziała tajemnicza osoba z trudnym do rozpoznania głosem. Kobieta? Mężczyzna? Ktoś pomiędzy? 

W pierwszej chwili Aleksandra nie zareagowała jakby słowa do niej nie dotarły, zburzyły się o coraz bardziej twardą ścianę obojętności, która wyrosła z sadzawki zapomnienia.

- Cholera - zaklął/a ktoś/ktosia. - Rusz się dupo leniwa. Inaczej będzie po tobie. No rusz się ruda małpo.

O, dziwo ,,ruda małpa,, podziałała. Aleksandra, choć z trudem, jednak wstała. Ktoś/ktosia  chwyciła ją za rękę i wyciągnęła z sadzawki. Jak się później okazało w ostatniej chwili przed całkowitą niepamięcią.

- Gdzie ja jestem? Co tu robię? - Aleksandrze powoli wracała świadomość.
- Próbowali. Znowu próbowali cię zniszczyć. Na szczęście w porę cię znalazłam.

Eugenia i Stanisława.

- Widziałaś ją, jaka ciekawska. Już nie mogła wytrzymać i wyszła z domu, żeby tylko czegoś się dowiedzieć - oburza się Eugenia, gdy tylko Klementyna zostawia sąsiadki same.
- Jak myślisz Florentyna przyjdzie? - Stanisława stara się skierować rozmowę na inne, bardziej bezpieczne tory.
- Gdzie?
- Na mszę przecież.
- A na mszę. Coś ty przecież to ateistka. Słyszałaś jak mówiła, gdy nas zobaczyła. Nadzwyczajny zbieg okoliczności, przypadek.

Złość sprawia, że Eugenia się trzęsie jakby dostała ataku drgawek. Znów Stanisława przychodzi z pomocą i zmienia temat.

- Wiesz, że zdarzył się też drugi cud? - rzuca od niechcenia.
- Tak? Gdzie? Kiedy? - o dziwo Eugenia nic o drugim cudzie nie wie.
- Nasza Ola wybudziła się ze śpiączki.
- Ona też była w tym tramwaju.
- Miała być. Na szczęście się spóźniła. Jej klasa pojechała do kina, a ona została i bardzo to przeżyła.
- Coś takiego.

Zapada cisza. I Eugenia i Stanisława nie wiedzą, co na ten drugi cud powiedzieć. Tymczasem za rogu wychodzi sąsiad Karol, którego obie unikają od czasu, gdy zaczepiał je po pijaku.

- Na mnie już czas - stwierdza Eugenia.
- Na mnie też - zauważa Stanisława.


P. S. I tak się rozeszły do następnego spotkania i następnej przygody.
Jeśli ktoś z Was nie wie, co się stało wcześniej z Eugenią, Stanisławą i Aleksandrą, może zajrzeć tutaj.


 

 

wtorek, 16 października 2018

Nastoletni zawrót głowy.

Przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, że po Nikodemie, czas na główną bohaterkę moich opowieści, nastolatkę Kornelię. Teraz Wam ją przedstawiam. To znaczy tej części z Was, która nie czyta moich wpisów na facebookowej stronie Lubisłowa. Część, która zna już Kornelię, może będzie rozczarowana - wybaczcie proszę, obiecuję, że następnym razem wstawię coś nowego.



Wybuch

Kornelia stała na korytarzu swojej nowej szkoły. Zegar na białej ścianie pokazywał, że do ósmej zostało jeszcze pięć minut, a do pierwszej lekcji dwadzieścia. Pustka i biel powiększały przerażenie Korneli. Co dziś zobaczy? Co i kogo? Jak będzie? Czy od razu wyda się, że boi się ludzi? Nie może patrzeć im w oczy, przyglądać się im, tym bardziej mówić do nich.
 
Kornelia rozglądała się wokół póki jeszcze nikogo w pobliżu nie było. Nikt nie widział na co patrzy. Nikt jej nie obserwował, chociaż kto wie. Nieznane czaiło się tam dalej, gdzie jej wzrok już nie sięgał. W mroku kolejnego korytarza i następnych pięter.
 
Dlaczego przyszła tak wcześnie? Bała się, że jak spóźniona wejdzie do klasy, wszystkie oczy zwrócą się na nią. Ocenią. Zaszufladkują do działu: fajna albo zwariowana lub wręcz głupia. To ostatnie wydawało się najbardziej prawdopodobne. Ale przecież - pomyślała Kornelia. - Oni zawsze oceniają bez względu na porę dnia i porę roku. Nieważne, czy przyjdziesz o 8.15 czy 8.20 lub zaraz na drugą, nie pierwszą lekcję. Wszyscy i tak zmierzą cię wzrokiem. Wzruszą ramionami. Uśmiechną się lub zwyczajnie odwrócą. W najgorszym razie zostaniesz ich ofiarą. Nic więcej. Nic mniej.
 
Trzask drzwi wejściowych przerwał mroczne myśli Korneli. Korytarzem zbliżała się farbowana blondynka z odrostami. Oczy wielkie podkreślone czarną kredką. Na długich nogach podarte dżinsy. I włosy jak u stracha na wróble. Tyle Kornelia zdążyła zobaczyć, zanim nieznajoma podeszła do niej.
 
- Jesteś nowa? - zapytała.
- Tak
Swoim zwyczajem Kornelia odwróciła wzrok.
- Też jestem nowa. Mam na imię Stefania, ale mów mi Magda. Stefania to takie pospolite imię.
Słowa blondynki wystrzeliły jak z karabinu maszynowego.
-Ta nie będzie miała problemów z kontaktami - pomyślała Kornelia.
- A ty jak masz na imię?
- Kornelia.
- Jak?
 
Zanim Kornelia zdążyła powtórzyć, drzwi wejściowe znów trzasnęły. Do szkoły wpadło dwóch chłopaków. Właśnie tak, wpadło, nie weszło. Zwłaszcza rudowłosy grubas. Pełen energii jak piorun kulisty. Już od progu krzyczał w ich stronę:
- Hej, młode. Gotowe do akcji?
 
Kornelia chciała uciec. Nie lubiła energicznych chłopaków. Mało powiedziane. Ona nie znosiła gwałtownych, zbyt szybkich ludzi. Wszystkich niezależnie od płci. Zadawali zbyt dużo pytań. Zaczepiali ją. Nie pozwalali żyć w spokoju. Już się odwróciła. Już szła w mrok nieznanej części korytarza, gdy Stefania-Magda złapała ją za rękę.
 
- Moja nowa kumpela - powiedziała.
- O, ładna z ciebie gąska. Mów mi Toni - odezwał się rudy grubas.
- Kornelia.
Znów zbyt cicho, by mogli ją usłyszeć.
- Jak?
Toni podszedł bliżej. Podniósł do ucha rękę. Kornelia czuła jak się czerwieni. Powtórzyła tym razem głośniej:
- Kornelia.
- Fajne.
 

Grubas poklepał ją po plecach.
- Niech zgadnę. Obie w tej samej klasie?
- Jeszcze nie zdążyłam zapytać - odparła Stefania-Magda.
- No, jak to. Ty i nie zdążyłaś?
Grubas zarechotał w sposób, jak stwierdziła Kornelia zbyt głośny i zbyt sztuczny.
- Oki. A to mój nowy kumpel.
Gdy już się pośmiał wskazał ręką stojącego za nim dryblasa.
- Powiedz im jak się wabisz.
Jak do psa - pomyślała Kornelia i zacisnęła usta.
- Nikodem - przedstawił się chłopak równie cicho jak Kornelia, więc zaraz musiał tak jak ona powtórzyć swoje imię głośno i wyraźnie.
 
- Czadowo - pochwaliła Stefania-Magda. - Co robimy?
Pytanie skierowała do Toniego.
- Jak co? - zdziwił się. - Ustaliliśmy przecież w tamtym roku, że na pierwszy rzut pójdzie magazyn.
- Myślałam, że coś się zmieniło.
- Fryzura ci się zmieniła.
- Odwal się.
Stefania- Magda się skrzywiła.
- Jak mamy iść, to idziemy - zdecydowała.
- Z nimi?
Toni pokazał palcem Kornelię i Nikodema.
- Jasne, niech się wdrażają.
 
Kornelia chciała zapytać do czego i gdzie niby pójdą za chwilę. Do jakiego magazynu? Dlaczego nie na lekcję? Zanim jednak otworzyła usta, oni już szli: Toni, Stefania-Magda i Nikodem. Mogła dołączyć. Mogła zostać. Trzeciej możliwości jakoś nie widziała.
 
Poszła, całkiem zapominając o zostawionej w szatni kurtce. Na szczęście na zewnątrz zrobiło się całkiem ciepło i kurtka nie była potrzebna. Tylko by przeszkadzała.
 
Magazyn pojawił się nagle. Tam gdzie jeszcze niedawno błyszczała zieleń parku. Teraz jak powiedział Toni, znalazł się właściciel tej strony. Postanowił ją zagospodarować na swój własny sposób i stąd ten wielki ponury gmach. Naprawdę do niczego niepasujący. Burzący ład i spokój bawiących się dzieci, spacerujących ludzi i wagarowiczów. Toni też tu do niedawna przychodził. Razem z innymi protestował przeciwko budowie. Na nic się to zdało. Ci z kasą zrobili swoje.

- A my dziś im pokażemy, kto tu rządzi - oznajmił Toni.
Kornelia milczała. Dla Toniego oznaczało to pełną aprobatę jego działań. Naprawdę jednak biła się z myślami. Jak pokażemy? Co niby zrobimy? Co możemy zrobić? Co chce zrobić Toni?
Po minie Stefani-Magdy widać było zrozumienie. Ona wiedziała i się zgadzała.

Z zarzuconej na ramię torby Toni wyjął ciemną podłużną paczkę. Otworzył ją i pogrzebał w środku pełnym przełączników i kabli.
- Idę - powiedział.
I zanim ktokolwiek zareagował już go nie było.

Potem nastała cisza. Stefania-Magda w skupieniu obgryzała paznokcie. Nikodem drapał się po głowie. Kornelia usiadła na trawie. Myślała albo raczej myśli same się przelewały.

Toni wszedł przez otwartą bramę na teren magazynu. Nikt na niego nie zwrócił uwagi. O tej porze wchodziło i wychodziło wielu ludzi. Jedni szli do pracy. Inni już wracali do domu.

I tu cisza dudniła. Cisza przed burzą. Coś się za chwilę wydarzy. Jedynie Toni to wiedział. Czuł całym swoim ciałem. Skóra na rękach pokryła się gęsią skórką.




Postawił paczkę pod boczną ścianą. I nadal niezauważony przez nikogo wrócił tą samą drogą, którą przyszedł.
- Co to było? - zapytałaby Kornelia, gdyby tak bardzo nie bała się odezwać. Gdyby nie bała się reakcji na swoje słowa.
- I jak? - odezwała się Stefania-Magda.
- Zaraz zobaczysz.
I zobaczyła. Wszyscy zobaczyli.
 


Wybuch rozdarł powietrze na dwie części. Tę stałą niezmienną, w której siedzieli i drugą unoszącą się w górę chmurą pyłu i kawałków ściany z magazynu.











P. S. Co wydarzyło się dalej? Niektórzy wiedzą, a ci, co nie wiedzą, dowiedzą się na pewno.

wtorek, 9 października 2018

Jesiennie.

Po raz kolejny jesień za oknami. Piękna, gdy jest ciepło i słońce świeci. Mieni się radosnymi barwami, a jednak nadal nie potrafię spojrzeć na nią w przyjazny sposób. Może przeszkadzają mi zbyt krótkie dni? Może dokucza pamięć minionych wakacji? I stąd moje myśli takie, nie inne? A właściwie jakie?


Zeschnięty

liść na drodze jak miłość na bruk wyrzucony.
Kiedyś zielony, teraz brązowy, nijaki.
Czas wyrył w nim dziury.
Pamięć piękna odeszła.
Zostały resztki zbędnych uczuć.


Martwa

Pochylasz się.
Chcesz mnie ożywić pocałunkiem.
Wyłowić z otchłani.
Krzyczysz.
Nie pozwalasz.
Nic z tego.
Uciekłam.
Nie wrócę.
Nie czekaj.

Obraz z tej strony.

 Bajka w wielkim mieście.

On i ona w jednej chwili ważni dla siebie.
Zakochani.
Ręce splatają razem z obietnicami.
Ile trwa wieczność? 
Wiosna, lato, jesień.
Namiętność spada z drzewa.
Mrok owija do snu ciała spragnione.


Jesienią

Las grzmi ciszą.
Wiatr śpiewa zamiast ptaków.
Słońce się gdzieś spieszy.
Dzień ucieka.
Kolory się bawią.
Mnie nie ma.
Zawinięta w koc
powoli przestaję istnieć.


Zielona herbata

Zawsze i wszędzie.
Nigdy i nigdzie.
Słowa przez wiatr wydrążone,
niepotrzebne 
nieaktualne,
wystrzępione.
Pod nimi wciąż ostre kolce.
Powoli zapominam, pijąc zieloną herbatę.


 
P. S. A jakie są Wasze uczucia związane z jesienią?






 

 

wtorek, 2 października 2018

Tajne życie Lubisłowy.

Gdzie była, kiedy jej nie było? Jak trafił w moje ręce jej sekretny dziennik? Co w nim napisała?


 Zeszyt.

Leżał na biurku między zgniecionymi kartkami w kratkę, klawiaturą laptopa i niebieskim kubkiem z do połowy wypitą zieloną herbatą. Wyglądał jak książka, ale ja od razu wiedziałam, że to złudne podobieństwo. Jedna z iluzji rozsiewanych przez moją wewnętrzną pisarkę Lubisłowę. Zdradziecki czar jak magia świąt na miesiąc przed świętami. 

Skąd się tu wziął? Czy Lubisłowa specjalnie go tu zostawiła. Chciała, żebym napisała o nim? Dlaczego? 

Podeszłam bliżej. Wzięłam zeszyt do ręki i zaczęłam czytać. 

Lubisłowa.

Anka myśli, że dzielimy jeden umysł, ciało, życie. Jesteśmy jak te dzieci zrośnięte ze sobą tułowiem albo biodrami. Ograniczone, zamknięte w małej przestrzeni istnienia. Ani ona ani ja nie możemy odejść, nawet na chwilę. Tymczasem rzeczywistość jak zwykle przekracza wyobraźnię. I ja to odkryłam, nie Anka.

Anna

Czytając dziennik Lubisłowy, bo cóż to innego może być, przypominam sobie pewien dziwny sen. 

Budzę się i widzę Lubisłowę jak wychodzi z pokoju. Chcę iść za nią i nie mogę. Jakby coś przykleiło mi nogi do podłogi. Próbuje dosięgnąć myślami  swojej wewnętrznej pisarki i też bez skutku. Wydaje się, że wyrosła między nami ściana, twarda, lodowata, nieprzezroczysta. Kiedy chcę ją przebić, zaczyna mi się kręcić w głowie. Muszę się położyć, uspokoić. Możliwe, że dorwę ją w innym śnie. Wtedy na pewno wszystko się wyjaśni. Lubisłowa wróci, a razem z nią moje pisanie. Póki co nie udaje mi się zebrać myśli. Zamykam oczy. 

Lubisłowa.

Nie wiem jak, jednak przeszłam przez ścianę niemożliwości. Podskoczyłam do góry i okazało się, że umiem latać. Gdybym chciała, mogłabym polecieć wprost nad morze, do mojego ukochanego krajobrazu z plażą, lasem, falami hałasu przeplatanego ciszą drzew i traw. Jednak wolę zwyczajnie pojechać pociągiem. Naprawdę, to coś mi mówi, żebym wsiadła do pociągu. Dlaczego? Czy podróż da mi inspirację do dalszej twórczości, z którą ostatnio żyjemy na bakier? Ja chcę, a ona nie, jakby się oddalała, bo musi odpocząć. Z kolei Anka się wścieka, uważa, że twórczość jest moją wymówką, ale nie jest. Ja też potrzebuję pomysłów. Dla mnie też szafy kreatywności się zamykają. Nie potrafię ciągle wyciągać z siebie słów jak z niekończącego się worka. Dlaczego Anka tego nie rozumie?

Siadam w jednym z pustych przedziałów. Cieszę się jego pustką. Zresztą po przejściu przez ścianę wszystko mnie cieszy, nawet ten bury mrok za oknem. Dworcowe latarnie bezskutecznie próbują go oświetlić, zmienić na swój sposób. Bury mrok uparcie trwa. 

Po schodach dworcowego wejścia-wyjścia wchodzi on, facet w czarnej skórzanej kurtce motocyklisty, czarnych przylegających do nóg spodniach i martensach. Czuję, że idzie do mnie, zaraz usiądzie obok, porozmawiamy. I moje pomysły wrócą na miejsce wreszcie poukładane.

Edward.

- Bóg stworzył chaos, a człowieka po to, żeby ten chaos uporządkował. Moim celem jest wyplątać się z tej bożej zabawy, głównym celem, bo małym obecnym wyjechać z tego dusznego miasta, poczuć przestrzeń i zebrać myśli, żeby dokończyć Posiedzenie, moją książkę - myśli Edward, a raczej myśli chodzą mu po głowie jak natrętne mrówki, bo on gdyby mógł nie myślałby wcale, osiągnąłby nirwanę i spokojnie odszedł z tego świata.

Edward nie do końca jest normalny. Lekarze zdiagnozowali u niego zaburzenia osobowości, schizofrenię, problem separacyjny. Jednak z drugiej strony posiada inny, niezwykły sposób patrzenia na świat, mądrość starego drzewa i dużą dawkę kreatywności. Poza tym lekarze zazwyczaj jak się dobrze postarają u każdego coś znajdą.

Edward wsiada do przedziału z kolorową dziewczyną-kobietą, nie taką o czarnej skórze, ale w pomarańczowym swetrze i fiołkowych dżinsach.

Lubisłowa.

Drzwi przedziału się otworzyły. Do środka wmaszerował nieznajomy, choć jakiś szczegół w jego twarzy, może w ubraniu, sposobie, w jaki się poruszał, sprawiał, że wydawał się znany. 

- Można? 
Nie czekał na odpowiedź, tylko rozsiadł się naprzeciwko mnie przy oknie. - Czy my się znamy? - dodał po chwili.
- Nie wiem - odparłam zgodnie z prawdą. 
- Mam na imię Edward - przedstawił się, wyciągając dłoń w moją stronę.
- Lubisłowa, ale możesz na mnie mówić Lubika albo Lubisza.
Sama wymyśliłam sobie zdrobnienie. Anka nie pomyślała o tym. Dała mi jedno imię i już. Nieważne, że obce i bez zdrobnienia. 

- Już wiem. Czytałem twoje teksty na blogu.
- Moje i Ani - poprawiłam, choć jej tu przecież nie było, nie musiałam się starać, żeby pozostać grzeczną, miłą dziewczynką.
- Niezłe są, choć momentami takie sobie.
- Dlaczego?
- Eugenia i Stanisława, po co się nimi zajmujesz? Jeśli już, dlaczego nie wykorzystasz ich symboliki?
- Jakiej symboliki?
- Stałości w zmienności, najniższe piętro wysokiego budynku-rozwoju, ograniczony sposób widzenia.
- Nie rozumiem - westchnęłam. - One są bohaterkami...
- Tak - przerwał - jednocześnie czymś więcej, jeśli odpowiednio się zabierzesz do sprawy.

- Jakiej sprawy - myślałam i po co?

Edward snuł jeszcze jakieś teorie, ale już nie słuchałam. Nie podobały mi się słowa wylatujące z jego gardła. Ciężkie, niemrawe, usypiające. Przytuliłam głowę do okna. Krajobrazy kleiły się do oczu. Lasy, pola, niebo. 

Z letargu wyrwał mnie bóg, nie Bóg lecz bóg-pytanie, które zawisło jak topór między mną, a Edwardem.

- Kto wygrał człowiek czy Bóg, jeśli my jesteśmy w Bogu, a on w nas?
- Co?
- To, że się obudziłaś i pociąg jedzie, a ty dokąd?
- Nad morze.
- Ja też, choć jak przyjdzie konduktor wysiądę?
- Dlaczego?
- Bo cel się rozpłynął. Ten mój mały cel, bo ten duży, życiowy tkwi na miejscu i ma się dobrze.

Edward podniósł się z miejsca. Przerzucił przez ramię worek podobnych do tych, jakie mają marynarze. Pomyślałam, że się nie dogadaliśmy jak ja z twórczością, i że nawet pobyt nad morzem niczego nie zmieni. 

Anna.

Zatkało mnie. Siedziałam przy biurku, gapiąc się bezmyślnie na zapisane kartki papieru. Za oknem zagrzmiał czyjś motor, głosy przechodzących ludzi, wrzask dzieci. Mijało niedzielne przedpołudnie. Ludzie wracali ze spacerów na obiad, ci bardziej leniwi wygrzebywali się z łóżek. Ja trawiłam przeczytane słowa. Żałowałam, że je przeczytałam. Mogłam nadal tkwić w błogiej nieświadomości, przekonaniu, że Lubisłowa nigdy mnie nie opuści, bo należy do mnie, jest moją częścią. Owszem zdarzało się, że milczała i wtedy nawet obcęgami nic nie dało się z niej wyciągnąć, ale żeby coś takiego, ucieczka nad morze?! Tak jej źle było ze mną? Dlaczego? Co ja zrobiłam lub nie zrobiłam? Czym się naraziłam Lubisłowie? Jak teraz będę pisać? Bez niej zacznie się prawdziwa orka, przemierzanie wielkiego pola z łopatą i wygrzebywanie z ziemi skamielin twórczych, słów, zdań, które ktoś zapomniał, porzucił, nawet się nie domyślając jakie są piękne. Jak długo wytrzymam z łopatą na polu? Czy w ogóle potrafię męczyć się nad swoim pisaniem? 

Lubisłowa.

Edward wysiadł z pociągu na następnej stacji. Oświetlona zimnym, niebieskim światłem przypominała Sensbezsens z moich opowieści. Na ponurym budynku wisiała nazwa Cichy Dołek. Dziwne i ciekawe. Może jednak uda mi się złożyć coś z nazwy, Edwarda i kawałków rozmowy z nim. Westchnęłam. Mój cel czyli morze stracił znaczenie. Poczułam smutek i samotność.

Otworzyłam okno, żeby odlecieć z powrotem do domu, do Ani. Wtedy do przedziału wszedł konduktor.
- Bilety do kontroli - zagrzmiał.
- Nie mam - przyznałam się od razu.
- Niedobrze. Pójdzie pani ze mną.

Poszłam, bo co miałam zrobić.




P. S. Na razie nie wiem, gdzie jest Lubisłowa i kiedy wróci. Piszę sama. Powoli przyzwyczajam się do trudności, z jaką tworzę słowa bez swojej wewnętrznej pisarki.