wtorek, 28 marca 2017

Aleksandra.

Czas na nastolatków. W końcu w bloku, w którym mieszkają emerytki Eugenia i Stanisława, są też młodzi ludzie. Podobnie w okolicy, chociaż dzielnica nowością nie błyszczy. Widać, że powstała w latach komunizmu czyli dość dawno temu.
Jacy są ci młodzi? Dokładnie, jaka jest Aleksandra? I co ją spotyka?




Nieznajoma

Aleksandra wracała ze szkoły ze zwieszoną głową, a powody tego stanu piętrzyły się w jej głowie. Ostatnie słowa nauczycielki od religii, wyjazd matki i przyjazd babki.  Ani jednego dnia w samotności i samodzielności. Jakby ktokolwiek musiał jej pilnować mimo skończonych w zeszłym miesiącu 14 lat.

Aleksandra westchnęła i skręciła do parku. Posiedzi sobie trochę, to może poczuje się lepiej i z większą chęcią wróci do domu.

Pani Zosia od religii powiedziała jej, że jest wyjątkowo przemądrzała i lepiej by było, żeby zrezygnowała z bierzmowania. Cóż z tym ostatnim Aleksandra się zgadzała, ale jak przekonać matkę, a zwłaszcza bardzo religijną babkę, że nie chce już kontynuować nauki religii?

Zamknęła oczy. Odwróciła twarz do słońca. Może jego blask odgoni złe myśli. Odetchnęła głęboko i wyobraziła sobie, że jest nad morzem. Ciepły żółty piasek i kojący szum fal.

- Zosia cię obraziła. Stara prukwa. Nie przejmuj się.
Z przyjemnej wizji wyrwały Aleksandrę ostre słowa starszej kobiety.

A ta tu po co? - pomyślała.

- Muszę z tobą porozmawiać - odparła nieznajoma jakby usłyszała myśl Aleksandry.

Aleksandra niechętnie otworzyła oczy. Zdziwiła się, widząc przed sobą młodą kobietę. Czy na pewno ona do niej mówiła?

- Ja - potwierdziła tamta.
- Kim pani jest?
- Kameleonem i wróżką.
- Znaczy się wróży pani z kart?
- Nie tylko. Z włosów też.

Nieznajoma pochyliła się nad głową Aleksandry. Zanim dziewczyna zdążyła zaprotestować, już trzymała w ręku jeden z jej bujnych rudych włosów. Właśnie rudych. Nie czarnych ani blond ani nawet myszowatych, jakie mają jej koleżanki i dzięki temu nigdy nie rzucają się w oczy. Nikt ich w parku nie zaczepia. Nie krzyczy za nimi: Ruda, tam na dole też jesteś ruda? I na przerwie nie chodzi za nimi,  nie ciągnie za włosy. Te inne dziewczyny mają święty spokój. Aleksandra nie.

- Co pani robi? - krzyknęła.
- Nie bój się. Nic złego. Spojrzę tylko i ci powiem, co cię czeka.
- Wcale mnie to nie interesuje. Jeszcze raz mnie pani dotknie i pożałuje.
- Dobrze, dobrze uzdrowicielko. Niezły masz charakterek, ale i tak się przydasz.

Nieznajoma chwyciła Aleksandrę za rękę. Świat nagle się skurczył i rozszerzył. Po chwili zamiast parku obie stały u podnóża dziwnej wysokiej góry z windami, schodami, ulicami, domami, innymi mniej lub bardziej znanymi Aleksandrze budowlami.

Eugenia i Stanisława.

- Mówię ci. Zniknęła na moich oczach. Jak mi Bóg miły, nie kłamię.

Eugenia dzieli się swoimi najnowszymi rewelacjami jak zwykle ze swoją blokową koleżanką Stanisławą. Obie panie bardzo lubią zająć sobie wolny czas plotkami. 

- Ciekawe, co na to matka Aleksandry? - ciekawi się Stanisława.
- Niby co? Ona przecież w szpitalu siedzi. Wariatów pilnuje. Jeszcze nie wie, że córka jej zniknęła.
- To będzie zaskoczona.

Stanisława zaciera ręce z radości. Ekscytują ją takie zdarzenia. Zapomina dzięki nim o samotności. Nuda przestaje ją dręczyć. Życie staje się znów interesujące.

Schody.

- Wstrętna babo, gdzie mnie zaprowadziłaś - krzyczy Aleksandra i wali kobietę pięściami, ale tylko przez chwilę. Tamta w pewnym momencie oddaje jej ciosy jednym celnym uderzeniem prądu.

Aleksandra kuli się z bólu. Płacze.

- Teraz już wiesz, że ze mną nie ma takich numerów. Zero agresji. Tylko posłuszeństwo. Zrozumiałaś?

Aleksandra milczy. Kobieta wyciąga rękę. Rozstawia palce i znów razi ją prądem.

- Pytam się czy zrozumiałaś?
- Tak.
- W takim razie idziemy na górę.

Aleksandra z trudem się podnosi. Idzie za kobietą po schodach. Niekończących się jak się niedługo okaże. Męczących. Jakimś cudem sprawiających, że Aleksandrze przybywa lat. Już nie jest nastolatką, ale dojrzałą kobietą. Kilka pięter wyżej staruszką. Wypadają jej włosy. Skóra się marszczy. Nogi coraz szybciej się męczą. Palce u rąk wyginają jakby Aleksandra cierpiała na chorobę stawów lub kości. Kręgosłup pochyla się do przodu. Oddech przychodzi z coraz większym trudem.

Ile już stopni minęło? - zastanawia się Aleksandra. - Jak długo jeszcze będziemy tak iść? I czy gdybym się wróciła, znów bym była młoda?

- Nawet o tym nie myśl - ostrzega ją kobieta, która się nie zmienia. Nadal wygląda świeżo i pięknie. Widać, że wspinaczka po schodach na nią nie działa.

- Magia, co? - uśmiecha się do Aleksandry. - Ty też się taka staniesz jak będziesz posłuszna.

Aleksandra chciałaby coś powiedzieć, ale się boi. Poza tym dźwiga na sobie zbyt wielkie zmęczenie. Teraz już rozumie swoich dziadków. Ich wieczne narzekania, chodzenie po lekarzach, wydawanie pieniędzy na leki. Jeśli uda się jej wrócić, przeprosi ich za swoje wszystkie złe słowa, którymi w nich rzucała, za miny i zachowanie. Przeprosi, że im nigdy nie pomagała. Zmieni się. Będzie lepsza. 

Kobieta się śmieje. 

- Nie będzie już dla ciebie żadnego będzie. Tylko tu i teraz.

Eugenia i Stanisława

Obie pełne ekscytacji obserwują przez uchylone okno babkę Aleksandry Teresę. Właśnie wraca ze szkoły, o czym mówi spotkanej po drodze Florentynie. 

- Nie ma jej. Nie wiem, co robić. Jak jej matka wróci będzie zła.
Teresa nie potrafi powstrzymać płynących po policzkach łez.

- Dzwoniła pani na policję? - pyta Florentyna.
- Tak. Powiedzieli mi, że zajmą się sprawą jak się nie pojawi przez najbliższe 24 godziny. Rozumie pani, 24 godziny? Bo ona przecież może siedzieć sobie gdzieś albo bawić się w najlepsze z kolegami. A jak ją porwali.

- Może nie jest tak źle. Może naprawdę gdzieś siedzi i się bawi i dlatego wyłączyła komórkę. Nigdy się jej wcześniej to nie zdarzało?

Na nic się zdają pocieszenia Florentyny, Teresa coraz bardziej płacze. Przez to mówi z coraz większym trudem.

- Nie.

- Chce pani poszukamy jej razem - proponuje Florentyna. - Najpierw pójdziemy do jej najlepszej koleżanki.
- Do Jagody już dzwoniłam nic nie wie. Ostatni raz widziała ją w szkole jak większość koleżanek.
- W takim razie najpierw pójdziemy do mnie. Wypije pani herbatę. Uspokoi się i wtedy z łatwością znajdziemy rozwiązanie.

Florentyna obejmuje Teresę ramieniem. Prowadzi ją do siebie.

Eugenia wzdycha. Za nią Stanisława. Jak zwykle Florentyna zabrała im sprzed nosa okazję na  ciekawe widowisko.

Zegar

Aleksandra już nie może iść dalej. Pada. Kobieta krzyczy na nią. Chyba jej grozi, lecz na Aleksandrze nie robi to wrażenia. Już nie ma sił, żeby się podnieść.

- Umieram - szepcze, bo inaczej nie może mówić.
- Umieraj. Umrzesz stara. Urodzisz się młoda i świeża. Wtedy najlepiej się przydasz.

Kobieta ją kopie jakby chciała przyspieszyć proces umierania. Spycha swoim długim butem na trawę obok schodów. Potem się odwraca. Czeka na śmierć Aleksandry i to jej pierwszy i ostatni błąd.

Aleksandra dostrzega w trawie czerwony budzik taki jak ten, który stoi u niej na półce przy łóżku. Resztkami sił chwyta go. Przesuwa wskazówkę z godziny drugiej na pierwszą. 

I nagle świat się zwęża, rozszerza, kręci się.

Aleksandra znów wraca ze szkoły ze zwieszoną głową. Znów czuje smutek z powodu słów pani od religii, z powodu wyjazdu matki i przyjazdu babki. Znów skręca do parku, żeby chwilę odpocząć, zanim wróci do domu. Inny jest tylko kamień, o który się potyka. Pada twarzą na chodnik. Wali głową o jego twardą powierzchnię. Rozdziera spodnie na kolanie. W dodatku swoje ulubione. Szkło na komórce pęka. Gdy w końcu Aleksandra się podnosi, już nie czuje ochoty do siedzenia w parku. Kobieta kameleon odchodzi z niczym. Tym razem nic nie udało się jej złowić, żadnego zdolnego magicznie człowieka, który mógłby zostać jej niewolnikiem.

Eugenia i Stanisława

W milczeniu jedzą ciasto czekoladowe kupione przez Stanisławę.

- Chyba mi się coś śniło - przerywa milczenie Eugenia.
- Co? - ciekawi się Stanisława.
- Coś jakby o naszej małej uzdrowicielce Aleksandrze.
- Mnie chyba też się śniła.

Eugenia się krzywi. Dlaczego Stanisława zawsze musi ją papugować.


P. S. Czy to już na pewno koniec? Czy kobieta kameleon jeszcze się pojawi? I czy chcecie ciągu dalszego tej historii? 
  


 


 





  

wtorek, 21 marca 2017

Hipochondria

Czy można się zarazić hipochondrią? 
Powiecie pewnie: no, nie, niemożliwe. Jednak w świecie po śmierci panują inne zasady. A kto się zaraził? Dlaczego? Co było potem? Za chwilę.


Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Filip - niespełniony artysta lat czterdzieści, Łucja - dawniej bezdomna, teraz współlokatorka Filipa; Wiktor - wampir, nowy kolega Angeliny i Augusto; Angelina - wampir; Augusto - wampir.

Dialog 1.

Miejsce: Łąka nad rzeką we śnie Filipa.

Filip leży na łące na kocu w kratkę. Obok niego jego ukochana z czasów ziemskiego życia: Malina. Świeci słońce. Wokół nich idealna cisza, prawie idealna, bo od czasu do czasu odzywają się ptaki, słychać szum rzeki i powiew wiatru w gałęziach rosnącego obok dębu.

Filip ( przytula się do Maliny ): Tak cię kocham.
Malina ( też się przytula ): I ja ciebie.

Całują się namiętnie. Filip schodzi pocałunkami do jej piersi zakrytych jedynie różowym stanikiem, strojem do opalania. Językiem bada wszelkie wypukłości i wgłębienia, jej duże ciemne jak wiśnie sutki. Łapczywie chwyta je i ssie niczym dziecko spragnione mleka matki. Malina wzdycha, co zachęca Filipa do zejścia niżej. Do jej brzucha, ud, do jej kobiecości. Jest taka wilgotna i chętna. Wchodzi w nią. Porusza się w niej, a ona pod nim. Zamyka oczy z rosnącej przyjemności i nagle dzieje się coś dziwnego.

Filip zamiast ciepła Maliny, czuje zimno, zamiast jej wilgotnego wnętrza coś suchego i lepkiego. Obejmują go czyjeś twarde ramiona. Ostra twarda pierś i drapiąca zarostem twarz. Skąd się to wszystko wzięło? Filip otwiera oczy i krzyczy z przerażenia. Pod nim już nie Malina, piękna kobieta, ale nieznany mu paskudny facet.

Filip: Kim pan jest?
Nieznajomy: Twoim obecnym kochankiem. Jedynym słodkim skarbem.

Filip stara się z całych sił odsunąć faceta. Tamten jest silniejszy. Liże go po szyi, co nawet, o zgrozo, jest przyjemne, zbyt przyjemne. Filip znów zamyka oczy. Wpada w coś w rodzaju odrętwienia z rozkoszy. Po jego skórze ślizgają się długie, lodowate zęby tamtego. Jeszcze trochę i wbiją się do środka. Filip już czuje zbliżający się orgazm. Wypina swoją szyję, żeby kochanek już zaczął, już zaraz wzniósł jego ciało do szczytu rozkoszy.

Nagły wystrzał kończy wszystko. Obcy już nie liże Filipa po szyi. Zrywa się. Ucieka. Zamienia w nietoperza i wylatuje przez okno.

Filipa budzi zimny powiew wiatru. Okno jest otwarte.

 Dialog 2.

Miejsce: Poczekalnia u lekarza.
Filip stoi razem z wieloma innymi ludźmi. Nie dla wszystkich starczyło krzeseł. Dużo ludzi kaszle, kicha, krzywi się, narzeka lub tylko opowiada o swojej chorobie.

Filip w tym otoczeniu czuje się coraz gorzej. Już go boli nos i gardło. Robi mu się gorąco jakby miał gorączkę. Boli go głowa, żołądek i noga. To ostatnie z powodu siedzącego na przeciwko staruszka z laską.

Starsza pani obok: Nie wiem skąd te moje zawroty głowy?
Druga pani, też starsza: Była pani u neurologa?
Starsza pani: Właśnie przyszłam po skierowanie.
Druga pani: Znam taki przypadek. Moja sąsiadka niby zdrowa, pełna energii. Nikt by niczego nie podejrzewał i tu nagle zawroty głowy. Upadła w mieszkaniu. Uderzyła głową o tapczan i już nie żyje. Miała guz w mózgu. Podobno wielkości małej piłeczki.

Filipowi robi się słabo. Nogi się pod nim uginają. Mdleje.

Ludzie krzyczą: Doktora szybko. Pan zemdlał.
Pielęgniarki wzywają karetkę pogotowia, która nieprzytomnego Filipa zawozi do szpitala.

Dialog 3.

Miejsce: Sala szpitalna na 6 osób.
Na łóżku Filipa siedzi i trzyma go za rękę jego współlokatorka Łucja. Kobieta, która Filipowi zawdzięcza mieszkanie i która nigdy mu tego nie zapomni. Zawsze będzie wdzięczna, bo razem z własnym kątem do życia dostała dostęp do ukrytych własnych możliwości. Zyskała pewność i wiarę w siebie. Teraz próbuje część swojej energii przelać na Filipa. Jednak z nikłym rezultatem. Łucja podejrzewa, że jest to efekt tego, co się stało. Nowy wampir i kolega Angeliny i Augusto też wampirów zaatakował Filipa. 

Wprawdzie niezbyt mu się to udało, bo jakaś osoba z okna na przeciwko strzeliła do niego. Nie zdążył ugryźć Filipa. Jednak coś się zmieniło. Z jakiegoś powodu Filip przejmuje choroby innych. Nie może przebywać w otoczeniu chorych i czuć się dobrze. Łucja musi zabrać go ze szpitala.

Łucja: Rozmawiałam z lekarzem. Zgodził się na wypis na własne żądanie.
Filip ( słabym głosem ): Ale ja jestem chory.
Łucja ( wzdycha ): Nikt tego nie potwierdził.
Filip: To kwestia czasu.

Łucja: Chcesz tu być i wchłaniać narzekania innych osób? Chcesz czuć się jak one?
Filip: Przesadzasz. Ja nic nie wchłaniam. Ja sam się źle czuję.
Łucja: I wcale ci się tutaj nie poprawiło, raczej pogorszyło.
Filip: Co chcesz, choroba się rozwija.

Łucja: Mimo wszystko spróbuj w domu. Mam trochę czasu. Zaopiekuję się tobą.
Filip: Niepotrzebnie zawracasz sobie mną głowę. Jesteś młoda. Znajdź sobie kogoś, takiego zdrowego i silnego.
Łucja: Daj mi szansę, proszę. Chcę wyciągnąć cię z tej choroby. Mam wyrzuty sumienia, że wtedy zostawiłam cię samego.
Filip: Weź przestań.

Łucja ( ściska jego rękę ): Pozwól sobie pomóc, proszę.
Filip ( wzdycha ): Niech ci będzie, ale jak mi się w domu nie poprawi, wracam do szpitala, dobrze?
Łucja: Dobrze. Obiecuję, że nie wrócisz. 

Dialog 3.

Miejsce: Pusta ulica w nocy.
Filip stoi w bramie. Stoi i czeka na świeżą krew, którą wypije z czyjeś żyły. Jeszcze dokładnie nie wie jak to zrobi. Na wszelki wypadek wziął nóż z kuchni. Długi, mocny, dobrze naostrzony.

Myśl o krwi pojawiła się po północy. Obudziła go. Kazała mu wstać i ubrać się w rzeczy, które jakimś cudem zmieniły kolor z brązowego na czarny. Filip nawet tego nie zauważył. W jego głowie panowała tylko ta jedna myśl o uzdrawiającej mocy świeżej krwi.

Z dala słychać zbliżającą się kobietę. O chodnik stukają rytmicznie jej obcasy. Wreszcie się pojawia. Filip rzuca się na nią. Ona krzyczy. Dlatego musi zatkać jej usta swoją czarną chustą zdjętą z szyi. Potem jeszcze związać szalone rzucające się ciało.

Filip: Cicho. Zaraz będzie po wszystkim. Nawet nie poczujesz.

Kobieta coś mu tam odpowiada. Nieważne co. Krew jest ważniejsza. Filip pochyla się nad jej szyją. Coś mu mówi, że tak właśnie trzeba. W tym miejscu. Natrafia na żyłę. Gryzie ją łapczywie i wypija lecącą z rany krew. Zbyt mało. Dlatego poprawia nacięcie nożem. I od razu krew chlusta na niego strumieniami. Połyka ją jak smaczny koktajl. Czuje jak wraca mu siła i chęć do życia. Nawet nie zauważa śmierci swojej ofiary. Zaspakaja swój głód i wraca do domu. Nareszcie jest zdrowy. Energia aż w nim wibruje. Szczęśliwy Filip tańczy na ulicy.

Dialog 4.

Miejsce: Piwnica, w której mieszkają Angelina i Augusto, wampiry.

Angelina i Augusto siedzą na wiklinowych fotelach. Na podłodze siedzi Filip. Pozostali: Wiktor ich nowy kolega i współlokatorka Filipa zajmują miejsca na starych gimnastycznych materacach.

Jest noc, jedyna odpowiednia pora do rozmowy z wampirami. Łucja nie tylko przyszła do nich, poprosiła o radę w sprawie Filipa ale jeszcze przyniosła im dobrą krew ukradzioną ze szpitala. Oni teraz tę krew popijają. Sami bez Wiktora. Jego nie poczęstowali. Na niego są źli, bo psuje im reputację w okolicy swoimi wyczynami.

Łucja ( po raz kolejny zadaje to samo pytanie ): I co teraz?
Wiktor ( wzrusza ramionami ): A co ma być?
Łucja ( patrzy na niego ze złością ): Zaraz ci powiem co będzie. Powiem policji, że ty zabijasz nocą tych ludzi na ulicy.
Wiktor ( z pretensjami ): Ale to nie ja. Tylko on.

Pokazuje palcem winowajcę, choć nie musi. W tym gronie wszyscy wiedzą, kto stoi za okrutnymi zgonami. Z drugiej strony wiadomo też kto jest ich pośrednim sprawcą.

Angelina: Coś trzeba zrobić. On nie może psuć nam życia. Przez niego nas stąd wygonią wszystkich i ciebie też Wiktorze.
Wiktor: Jasne, jasne. Zawsze jestem wszystkiemu winny.
Augusto: Akurat w tym wypadku tak.
Wiktor: Przyznam się więc i mnie wsadzą do więzienia. Zadowoleni?
Łucja: Nic nie da. Filip nadal będzie zabijał. Trzeba zrobić coś co go odczaruje. Ja nie potrafię.
Wiktor ( z ironią ): Coś takiego. 

Filip ( ni z tego ni owego ): A mnie się nie zapytacie, co można zrobić?
Łucja ( zdziwiona ): Wiesz?
Filip: Wczoraj miałem taki sen.
Łucja ( z pretensjami ): Dopiero teraz mówisz?
Filip: Chcesz wiedzieć jaki sen czy nie?

Angelina: Gadaj jak masz gadać.
Filip: Przyśnił mi się Pan Los. On rządzi tym miejscem i tylko on może naprawić to, co się stało.
Łucja: Ciekawe. Kiedyś też o nim słyszałam.
Angelina: I ja.
Augusto: Ja nie. Chyba dlatego, że nic mi się nie śni.
Łucja: Właśnie to był tylko sen.

Angelina: Niekoniecznie.
Wiktor: Dobra. Do rzeczy jak go znajdziemy i co z Filipem do tego czasu?
Filip: Możecie mnie pilnować w nocy.
Angelina: Jakbyśmy nie mieli nic innego do roboty.
Augusto: Raz na cztery dni znajdziesz czas.
Angelina: Jak na cztery?
Augusto: Liczyć nie umiesz? Cztery osoby. Każda ma jedną noc do pilnowania.

Wiktor: Beze mnie.
Augusto: Jak to?
Wiktor: Ja wyruszę na poszukiwania Pana Losu.
Łucja: Nawet nie wiesz, czy istnieje. Jak będziesz go szukał?
Wiktor: Coś wymyślę.
Filip: Gadajcie sobie. Ja idę spać.
Łucja: Idę z tobą.
Filip: Po co? Nie sypiam z kobietami, które nie są moimi kochankami.
Łucja: Dowcipne. Dziś ja cię pilnuję.

Angelina: Ale, ale jeszcze nie zatwierdziliśmy pomysłu. Zaczniemy jak większość tutaj się zgodzi. Zróbmy głosowanie.
Augusto: Ok. Może być. Ja jestem za, bo co zrobić? Iść do wróżki?
Wiktor: Ja też za. Lepiej wróżek nie wtajemniczać. Bywają złośliwe.
Filip: I to bardzo. Coś o tym wiem. Też za. Nie chcę już zabijać, ale muszę coś pić. Potrzebuję świeżej krwi.
Wiktor ( z oburzeniem ): Nie przesadzaj. Nawet cię nie drasnąłem. 
Filip ( z pretensjami ): Ale polizałeś i to wystarczyło.
Wiktor: Niech ci będzie. Nie chce mi się kłócić. Ja w każdym razie pilnować cię w nocy nie będę. Idę się spakować i wyruszam na poszukiwania. Cześć.

Wiktor podnosi się i wychodzi. Teraz już jest pewne, że pilnować nikogo nie będzie. Wybiera wędrówkę w nieznane i przygody.

Angelina: On wie, gdzie iść?
Augusto: Nieważne. Możemy się z nim kontaktować przez komórki i podawać mu najnowsze informacje.
Angelina: Fakt. Ja mówię tak dla pomysłu. Pojutrze go pilnuje.

Wskazuje na Filipa, który coraz bardziej się kręci. Widać jak bardzo chciałby już wyjść, pewnie zapolować na nową krew prosto z żyły. Wcale nie obchodzi go, że przy okazji kogoś zabije. Na szczęście Łucja widzi jego poruszenie. Daje mu do wypicia krew, którą przyniosła.

Augusto ( z oburzeniem patrzy na Angelinę ): Ciekawe dlaczego pojutrze, a nie jutro. Co niby jutro będziesz robiła?
Angelina: Zajmę się polowaniem. Dostarczę nam i Filipowi pokarm. Nie chcesz?

Augusto ( do siebie ): Pierwszy raz słyszę, żeby ona się czymś zajmowała. Dotąd zawsze liczyła na mnie.
Augusto ( głośno ): Dobrze. Tylko, żebyś naprawdę coś przyniosła.
Angelina: Wątpisz?
Łucja: Nie kłóćcie się. Poznałam pewnego sanitariusza ze szpitala. On mi dostarczy krew. Jak widzicie potrafi.
Augusto: Nie możemy liczyć tylko na niego. Musimy działać razem.

Filip zrywa się nagle. Nim ktokolwiek zdąży zareagować, wybiega z piwnicy na zewnątrz. Angelina, Augusto, Łucja biegną za nim. Jednak nie mogą go dogonić. Po podwójnej dawce krwi ze szpitala Filip stał się szybki i silny. Jego pragnienie świeżej krwi nie zmniejszyło się lecz zwiększyło.

Angelina: I jak my go znajdziemy? 
Augusto: I jak sobie z nim damy radę?

Łucja nie wie, co powiedzieć.


P. S. Ja zapytam: co dalej? Chcecie wiedzieć? Pisać ciąg dalszy?





 

wtorek, 14 marca 2017

Upierdliwość.

Jakiś czas temu zostawiłam ją na stacji Upierdliwość. Tam doprowadziła ją jej główna cecha charakteru. Teraz ma szansę zmienić się i znaleźć się w lepszym miejscu. Czy skorzysta z tej szansy? Czy raczej odnajdzie się w miejscu, do którego trafiła?

Obraz M.C. Escher,a

Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Ilona - szefowa sekty Pozytywni, Joachim - członek sekty, chłopiec 12 lat; Nikodem - zawiadowca i strażnik stacji Upierdliwość; Bogusław - wyznawca Jedynej Prawdziwej Wiedzy.

Dialog 1.

Miejsce: Dworzec miasta Upierdliwość. Kształty i barwy rozmazane przez mgłę. 

Ilona wyrzucona przez pasażerów pociągu do Sensbezsensu z trudem łapie równowagę. W ślad za nią wyskakuje Joachim, członek jej sekty Pozytywni. Tak jak ona cały ubrany na pomarańczowo. Poza tym wyjątkowo bystry, spostrzegawczy. On jeden z całej drużyny Pozytywni, grupy dzieci w wieku 8-12 lat zauważył, co się dzieje. Rozgniewany konduktor z pomocą innych ludzi wypchnął z pociągu jego ukochaną nauczycielkę. Pozostałe dzieci jadą dalej pociągiem. Jednak wkrótce się pojawią. To miejsce ich przyciągnie, jeśli nie wszystkich, to przynajmniej część. Za to Joachim znajdzie się gdzie indziej. Oczywiście jeszcze o tym nie wie.

Do Ilony i Joachima zbliża się zawiadowca stacji Nikodem. Ubrany w bladoniebieski mundur i czapkę z daszkiem z dumną miną jakby nikt inny poza nim nie rządził tym miejscem. Pan i władca dworca.

Nikodem ( zdecydowanym głosem właściciela ): Pójdziecie za mną.
Ilona ( zawsze ciekawa ): Po co?
Nikodem ( obrzuca ją zimnym spojrzeniem ): Nie pyta się tylko idzie.

Ilona, która zawsze buntuje się przeciwko władzy innej niż jej własna, już ma krzyknąć, że nie idzie, ale Joachim ciągnie ją za rękaw płaszcza.

Joachim: Lepiej chodźmy, proszę pani.

Jakimś cudem Ilona ulega sugestii Joachima i idzie razem z nim do budki strażnika wyglądającej jak małe szklane pudełko. Kolor nieokreślony jak wszystko na tej stacji.

Nikodem: Wpiszę was do księgi ewidencji ludności, a potem dam znaczki do przypięcia na ubranie i podam numery domów, w których zamieszkacie.

Ilona ( nie może się powstrzymać od protestu ): Po co?
Nikodem ( recytuje z pamięci ): Ustawa nr.20134 z Notesu Ustaw Prezydenta Miasta Upierdliwość Włodzimierza VIII.

Na Ilonie nie robi to żadnego wrażenia. Czuje jeszcze większe pragnienie sprzeciwu. Na szczęście obok stoi Joachim, który jej szepcze, by dała sobie spokój. Ten chłopiec ma na nią większy wpływ niż pozostali w pociągu członkowie drużyny, a przecież nigdy nie należał do jej ulubieńców. 

Nikodem ( pokazuje jej stary, żółty ze starości zeszyt ): Tu wpisze swoje imię nazwisko, imię i nazwisko chłopca i nazwę swojej partii.
Ilona ( zdziwiona ): Nie mam partii.
Nikodem: U nas ma. Wszyscy, którzy tu przybywają jakąś mają. To i ona ma.

Ilona ( sama do siebie ): Idiota. 
Joachim ( cicho ): Niech pani zachowa spokój, bo inaczej będziemy mieć kłopoty.

Ilona zaciska tylko pięści. Wpisuje swoje dane, dane chłopca i nazwę sekty do zeszytu-księgi. Zadowolony Nikodem zaciera ręce i wyciąga z szuflady dwie okrągłe zardzewiałe blaszki i każe im przypiąć do wierzchniego ubrania. Obie z napisem Upierdliwość.

Nikodem: Witam Was oficjalnie w naszym pięknym mieście Upierdliwość. Tu macie mapę, numer domu i wskazówki jak dotrzeć na miejsce.

Nikodem daje Ilonie starą, podartą mapę z niewyraźnymi napisami i kawałek papieru szarego podobnego do toaletowego z cyfrą 4.

Dialog 2.

Miejsce: Ulice miasta Upierdliwość. Jak przystało na nazwę są niezwykle poplątane, niewyraźne, błędnie oznaczone. Wszystkich swoim wyglądem, rozmieszczeniem doprowadzają do gniewu, smutku, złości. I właśnie dlatego są, jakie są. Miasto żywi się gniewem swoich mieszkańców i wszelkimi innymi negatywnymi energiami.

Ilona ( zła ): Jak ja mam się w tym połapać?
Joachim ( nadal spokojny ): A myśli pani, że oni się łapią?

Wskazuje nielicznych przechodniów też z nosami w mapach i kartkach papieru ze wskazówkami.

Ilona: Wiesz co robić?
Joachim: Wejść do dowolnego budynku i zająć jak jest wolny. Cyfr i tak nie widać. Kto się zorientuje, że jesteśmy w niewłaściwym?
Ilona: A nie wygonią nas?
Joachim ( znów ją ciągnie za rękę ): Chodźmy. Zobaczymy.

Dialog 3.

Miejsce: Niski prostokątny budynek z wieloma oknami. Przypomina trochę szkołę, trochę przedszkole i urząd.

Ilona i Joachim zajmują jedno z pomieszczeń, dużą salę podobną do tych, jakie znajdują się zwykle w szkołach. Oprócz kilku łóżek, szafy i małych stoliczków przy łóżkach wnętrze świeci pustką.

Ilona: Boję się, że ktoś tu jeszcze przyjdzie. Ta sala dla dwóch osób jest za duża.
Joachim: Nawet jeśli, to ktoś pasujący do nas.
Ilona: Skąd pewność?
Joachim: Nie wiem. Tak czuję.
Ilona ( do siebie ): Szkoda, że ja nic nie czuję.

Powietrze rzeczywiście nie wyróżnia się żadnym zapachem. Wydaje się, że zostało przez kogoś pozbawione zapachu. Brak tu indywidualności, osobowości. Panuje nijakość. Kolory niejasne i kształty też jakby spowite mgłą, jakby nie do końca ukształtowane i dlatego nie mogą się w pełni odsłonić.

Jedynie spokój Joachima nadaje pomieszczeniu ogólnych rysów i wrażenia bezpieczeństwa.

Po pewnym czasie do sali wchodzi Bogusław wyznawca Jedynej Prawdziwej Wiedzy, z wykształcenia matematyk, dawniej nauczyciel.

Bogusław: Dzień dobry. Jestem doktor habilitowany, wkrótce profesor Bogusław Wiedzący.
Joachim: Dzień dobry panu.

Ilona nie odpowiada. Rzuca tylko pełne nienawiści spojrzenia w stronę nowego lokatora. Nigdy nie lubiła nauczycieli, zwłaszcza tych od matematyki. Wyjątek stanowili plastycy uczący, jej zdaniem, jedynej pożytecznej wiedzy.

Bogusław: Piękna pani, czemu się pani nie odzywa? Z wielką chęcią poznałbym pani imię.

Ilona ( do siebie ): A ja z wielką chęcią pana bym zabiła.

Rzuca mężczyźnie mordercze spojrzenie. I nagle nie on, ale Joachim pada w kałuży krwi, która nie wiadomo skąd się wzięła. Przerażona Ilona pochyla się nad nim razem z przerażonym Bogusławem.

Ilona: Joachim, co się dzieje? Co ci się stało?
Bogusław: Puls nie wyczuwalny. Nie żyje.
Ilona: Jak to?  Jak to? Niemożliwe. Pan go zabił. 
Bogusław: Jak? Czym?
Ilona: Nie wiem. Jakąś swoją matematyczną bronią.
Bogusław: Matematyczną bronią?! Czy pani wie, co gada?!
Ilona: Matematykom się nie wierzy. Są jak te psy, wściekłe, zawsze złe.

Bogusław ( do siebie ): Idiotka.

Do sali wchodzą nieznane osoby z noszami. Kładą Joachima na noszach. Przykrywają prześcieradłem i wynoszą. Ilona biegnie za nimi.

Ilona: Gdzie go zabieracie?
Jeden z nich: To pani krewny?
Ilona: Nie, ale...
Jeden z nich: Udzielamy odpowiedzi tylko krewnym osoby zmarłej. Innym nie.

Ilona próbuje zatarasować im drogę. Bezskutecznie. Są od niej silniejsi. I szybko się poruszają. Jeszcze chwila i giną we mgle.

Ilona szlocha jakby zabrali jej własne dziecko. Bogusław podaje jej swoją chusteczkę.

Bogusław: Przenieśli go na pewno do innego miejsca. Tutaj nie pasował i dlatego musiał odejść.
Ilona: Jak to przenieśli? Mówili, że nie żyje.
Bogusław: W tym miejscu rzeczywiście nie żyje, a w innym ożyje.
Ilona ( podnosi się z klęczek dość gwałtownie ): To ja się też przeniosę. Tutaj bez niego nie mam co robić.
Bogusław: Niech pani nie przesadza. Z tym pasowaniem to nie taka prosta sprawa. Zrobi pani sobie tylko krzywdę.
Ilona ( oburzona ): Zaraz to ja panu zrobię krzywdę.

Do nieszczęścia nie dochodzi dzięki dzieciom w pomarańczowych strojach, które wbiegają do sali z krzykiem.

Dzieci: Nasza pani, nasza pani.
Ilona ( zdziwiona ): A wy skąd się tu wzięliście, przecież zostaliście w pociągu.

Janek, jeden z chłopców lat 10: Pan konduktor pokazał nam takie drzwi.
Basia, dziewczynka lat 9: I my weszliśmy i już zaraz byliśmy tu.

Bogusław: To się nazywa przeniesienie jednostkowe i zamiana miejsc. Chłopiec z pewnością trafił na ich miejsce.
Ilona: W takim razie jest w pociągu do tego miejsca, do którego wszyscy jechaliśmy zanim mnie wyrzucili. Dzieci idziemy na dworzec.

Bogusław: Głupie. Wasze miejsce jest tu. Nie tam. Zresztą idźcie. Wieczorem przyniosą was na noszach martwych. Ożyjecie i cała polka zacznie się od nowa.
Ilona: Skąd pan wie?
Bogusław: Ja też uciekałem kilka razy. Chciałem być razem z żoną w mieście Równania. Niestety miasto mnie odrzuciło. Muszę widocznie siedzieć tutaj z takimi jak wy, nie obraźcie się, kolorystycznymi oszołomami.
Ilona: No, nie. Teraz to już pana zabiję. Nikt mi nie przeszkodzi.
Bogusław: A niech pani zabije. Może się pani uda i znajdę się tam.

Ilona rzuca się na niego, lecz coś ją pcha do tyłu. Myśli, że to jakieś dziecko uczepiło się jej i ciągnie ją w sobie tylko znanym kierunku. Myli się to nie dziecko lecz gęstniejąca mgła nabierająca kształtów jakiegoś wielkiego stworzenia. Ilona przerażona zatrzymuje się. Cofa się. Próbuje uciec. W końcu zakrywa głowę rękami. Zamyka oczy. I wtedy wreszcie mgła odchodzi, ale pojawia się potwór. Olbrzymi pomarańczowy dinozaur. Otwiera paszczę. Pochyla się nad Iloną i połyka ją w całości. Potem jakby nigdy nic znika.

Dzieci ( krzyczą ): Nasza pani, nasza pani. Co się z nią stało?

P. S.  Cóż sama chciałabym wiedzieć. A Wy, moi drodzy czytelnicy chcecie dalszego ciągu tej historii?









 







 



 

wtorek, 7 marca 2017

Wybór.

Zawsze miała problem z podejmowaniem decyzji. Tych ważnych i mniej ważnych. Teraz przed nią naprawdę ważna jakby życie, los, jakkolwiek to nazwać, chciało ją szybko nauczyć sztuki wyboru.

Co zrobi? Przerobi lekcje? Pójdzie właściwą drogą? Czy może zostanie na drugi rok w tej samej klasie życia? O kogo chodzi? I o jaką decyzję? 

Zdjęcie Sylvie Blum.

Radomiła.

Telefon zadzwonił w najmniej odpowiedniej chwili jak to często bywa z telefonami. Radomiła właśnie się pakowała. Krążyła ze swoimi ubraniami i książkami między jedną szafą i drugą w asyście niemych, srogich spojrzeń matki, ciotki i babki, z którymi dotąd mieszkała. A teraz, o zgrozo, wyprowadzała się do jakiegoś nieznanego im faceta. Wszystkie zdążyły już powiedzieć, co o tym myślą.

- Rozum postradałaś - matka tonem pełnym goryczy.
- Jak szybko się wynosi, tak szybko wróci z powrotem - ciotka z ironią w głosie.
- A co to za chłopak? - babka jak zwykle ciekawa.

Radomiła każdą zbyła milczeniem. Zbierała rzeczy do podróżnej walizki na kółkach jakby nikogo poza nią nie było w domu.

Rozumiała ich gorycz. Przyzwyczaiły się do niej przez te dziesięć lat odkąd straciła pracę i mieszkanie. Ona do nich też trochę, ale przecież nie samym przyzwyczajeniem człowiek żyje i na pewno nie ona, Radomiła. Ona żyła miłością do Kazimierza przez wiele lat. Miłością nieosiągalną, nieszczęśliwą dopóki los się do niej nie uśmiechnął. Żona Kazimierza odeszła od niego. I teraz wreszcie mogli być razem.

Telefon zburzył porządek, który już się układał w głowie Radomiły. Zburzył jej pewność co do podjętej decyzji, ponieważ po drugiej stronie odezwał się głos Teo, miłość Radomiły z sanatorium.

Eugenia i Stanisława.

Siedzą jak zwykle przy herbacie i ciastkach. Tym razem u Stanisławy. Obie od czasu do czasu zerkają przez okno, zwłaszcza wtedy, gdy kończy im się jakiś wątek rozmowy. Obgadały już prawie całą okolicę. Na szczęście przed blok podjeżdża taksówka. Z klatki wychodzi z dwiema dużymi walizkami Radomiła, a za nią jej matka Zdzisia, ciotka Leokadia i babka Czesia. 

- A ta gdzie się wybiera? - zastanawia się Stanisława.
- Wyprowadza się do kochanka - odpowiada Eugenia.
- Widziałaś go? 
- Nie. 
- To skąd wiesz?

Eugenia mierzy Stanisławę zimnym spojrzeniem. Dlaczego ona taka ciekawska - myśli jakby sama pozbawiona była wszelkiej ciekawości.

- Słyszałam kiedyś jej rozmowę. Stąd wiem.
- Aha.

Radomiła.

Mimo telefonu od Teo, Radomiła nie zrezygnowała z przeprowadzki do Kazimierza, co nie znaczy, że zrezygnowała z Teo. Chce się z nim spotkać. Zobaczyć jak na nią działa. Jednak przede wszystkim powiedzieć mu, że to koniec, przeniosła się do swojej dawnej miłości. Chce pożegnać się z nim w sposób kulturalny, nie taki byle jaki przez telefon. Czy jednak naprawdę zdaje sobie sprawę z burzy w swoim sercu, przecież tego i tamtego kocha? Każdego inaczej, na swój własny sposób. Dlatego decyzja o wybraniu jednego z nich jawi się jej jak katastrofa. Potop, porażenie prądem, porwanie, gwałt, a jednocześnie coś większego, groźniejszego, nienazwanego.

Pod wycieraczką znalazła zostawiony tam dla niej klucz i weszła do domu Kazimierza. Dużego, przestronnego podobnie jak dom Teo. Ich oboje łączą pieniądze, możliwości i wielka przestrzeń.

Radomiła zostawiła swoje rzeczy w przedpokoju jakby za chwilę czekała ją następna przeprowadzka do Teo. W taksówce już do niego zadzwoniła, że tak, że się z nim spotka. Teraz, gdy Kazimierza jeszcze nie ma z powodu jego pracy, pojedzie do tego drugiego.

Eugenia i Stanisława

- Wyjdę na klatkę. Zaproszę je do nas. Co ty na to?

Ciekawość Stanisławy przekracza wszelkie możliwe granice. Po tym jak ich młoda sąsiadka wsiadła do taksówki, pędzi do jej bliskich, żeby tylko coś z nich wyciągnąć. Oczywiście więcej informacji na temat tajemniczego odjazdu ich krewnej.

Oburzające - myśli Eugenia, ale nie powstrzymuje Stanisławy. Tłumaczy sobie, że przecież nie jest u siebie w domu. Nie może się tu szarogęsić. Naprawdę sama też chętnie posłucha opowieści sąsiadek.

Radomiła

Od razu bez zbędnych słów lądują na wąskim łóżku hotelowym.

- Ale się za tobą stęskniłem - wyznaje Teo - kocham cię.
- Ja ciebie też - mówi Radomiła i wcale nie kłamie. Teraz kocha tylko jego.

W błyskawicznym tempie zrzucają z siebie ubrania. 

Teo podkłada pod jej pośladki poduszkę i koc. Pochyla się nad jej spragnionym pieszczot ciałem. Przesuwa językiem po jej udach i dociera do jej łechtaczki. Liże ją tak intensywnie, że Radomile aż kręci się w głowie z rozkoszy. Łapie go za włosy. Jęczy. Wygina się do tyłu. Och, wydaje się jakby nigdy dotąd nie czuła tak intensywnej przyjemności.

Od czasu ich ostatniego seksu Teo zmienił się na lepsze. 

Wchodzi w nią dopiero wtedy, gdy ona szczytuje. Swoimi ruchami w niej zwiększa jej ekstazę. Radomiła ściska go mocno nogami i waginą. Jest w niej i na niej, a potem ona na nim.

Oboje wznoszą się w górę swojego podniecenia. Jeszcze mocniej, jeszcze bardziej. Radomiłę przeszywa dreszcz jeden za drugim. Teo wylewa w nią strumienie własnej przyjemności.

Zmęczeni padają na łóżko.

Eugenia i Stanisława.

Rodzina Radomiły nie dała się wciągnąć przez Stanisławę do mieszkania. Może i napiłyby się herbaty, zjadły ciastka, ale na pewno nie w towarzystwie dwóch największych plotkar w bloku.

- Ale ten czas leci. Muszę iść.

Eugenia z trudem ukrywa swoje rozczarowanie i złość na Stanisławę. Że też musiała zaraz zaczepiać sąsiadki. Nie mogła z tym trochę poczekać - myśli Eugenia, układając usta w dzióbek i muskając wargami powietrze przy policzkach Stanisławy.

- Dziękuję za herbatę i ciastka. Następnym razem ja cię zaproszę - mówi, jednocześnie życząc sobie w duchu, żeby nie było następnego razu.

Stanisława też zła na reakcję bliskich Radomiły z ulgą zamyka drzwi za koleżanką.

Radomiła.

Do domu Kazimierza wróciła wieczorem. Teo obiecała, że przyjedzie do niego, gdy ułoży sobie wszystkie sprawy. Naprawdę nie wiedziała, czy to nastąpi. Tam z nim wydawało się, że tak.

Teraz nie miała już tej pewności. Zamęt w głowie zwiększał się, gdy próbowała podjąć decyzję. Teo czy Kazimierz? Nowa miłość czy stara? 


I dlaczego w ogóle spotkała się z Teo, a nawet jeśli już to zrobiła, dlaczego nie powiedziała mu, że jest ktoś jeszcze. Dlaczego?

Czuła, że pytania zaciskają się na jej szyi. Konieczność odpowiedzi i wyboru ją paraliżowała.

A może by przenieść się na jakiś czas do Róży? Najlepszej przyjaciółki jeszcze z czasów dzieciństwa.

Radomiła wiedziała, że Róża ostatnio przeprowadziła się do nowego większego mieszkania, więc może znajdzie się w nim jakiś wolny kąt dla niej. 

Tak właśnie zrobi, jeśli Róża się zgodzi.

Zgodziła się.


P. S.  Co z tego wynikło? Jak zareagował Kazimierz? I czy w końcu Radomiła zdecyduje się z kim chce być? Odpowiedzi na pewno się pojawią w kolejnym odcinku.



 

  



 

 
 


 







wtorek, 28 lutego 2017

Wiatr zmiany.

Czasem przychodzą takie dni, gdy nam się wydaje, że już nic się nie da zrobić. Wszystko się łamie, rozpada, a my nie mamy dość siły, by to ratować. 
I co wtedy? Pora odejść? A może na horyzoncie pojawia się coś nowego? 

Zdjęcie Edwarda Westona.

Zygmunt

Tego dnia obudził się wcześniej niż zwykle. Jeszcze nie rozwiał się mrok nocy. Mogła być piąta albo szósta. Nie chciało mu się sprawdzić, a przecież wystarczyło sięgnąć po komórkę leżącą na półce obok. 

Patrzył na odwróconą do niego tyłem nagą Florentynę, jedną z jego dwóch kobiet życia. Ta druga mieszkała piętro wyżej i to z nią na początku chciał sobie ułożyć codzienność, dopóki nie poznał bliżej uroków ciała Florentyny. Dotyku jej palców pełnego magii, okrągłych pośladków, które tak chętnie się wypinały, gdy brał ją od tyłu, piersi jak kule z wisienkami, które szybko stawały się twarde i spragnione jego pieszczot. Raz po raz się w nich zatracał. Dzięki nim budził się odnowiony, pełen energii. 

Ale teraz coś wisiało w powietrzu. Może to ten wiatr uderzający o okno jakby chciał wedrzeć się do środka i wszystko zmieść z powierzchni ziemi. A może to coś w nim, niedostosowane do życie z drugą osobą niezależnie od tego czy to kobieta czy mężczyzna. Owo coś ujawniało się zawsze w nieodpowiednich momentach i już wtedy, gdy żyła jego żona. Zmiana zmuszająca do odejścia do innego życia bez kobiet i przyjaciół.

Westchnął. Przyciągnął do siebie ciepłe ciepłe pośladki Florentyny. Zaczął gładzić je jak futro kota. Palcami sięgnął do jej otwierającej się choć nadal śpiącej cipki. Zaczął się w nią zagłębiać jednym palcem, wreszcie następnym. Florentyna westchnęła przez sen.

Jednak się nie odwróciła. Jakby nic się nie działo. Nawet wtedy gdy jego palce zastąpił rozbudzony członek. 

Teraz wzdychali razem. Poruszali się jak jedna fala. Głębiej i mocniej, dopóki nie zapragnął jej dotąd niedostępnego odbytu.

Odwrócił ją  na brzuch. Podciągnął w górę, aż przed nim uklękła. Najpierw zbadał otwór palcem, jednocześnie drugim głaszcząc jej kobiecość, najbardziej wrażliwe miejsce. 

Pod jego palcami stawała się wilgotna. Tym łatwiej było mu wejść do tej drugiej szpary. Krzyknęła, gdy się w niej zagłębił. Krzyczała, gdy poruszał się między jej pośladkami. Prawdziwa rozkosz. Wylewał ją w nią strumieniami. Zaspokojony, zmęczony. Wreszcie, w końcu mógł zapomnieć o nadchodzącej zmianie. Zasnął. Nie przejmował się reakcją Florentyny. Czy jej było dobrze? Czy sprawił jej przyjemność? Nieważne.

Florentyna.

Lubiła, gdy ją budził. Jeszcze spała, a już czuła jego palce w sobie. Pieścił jej łechtaczkę i wsuwał się do waginy. Wsuwał i rozsuwał ją do granic możliwości. Dopiero, gdy stawała się morzem wilgoci i pragnienia, wchodził w nią swoim członkiem. Szybciej i wolniej wpychał go jej do środka przyjemności. Kołysała się z nim na granicy snu i jawy, aż stało się to. Zapragnął jej od tyłu. Nie chciała, ale się poddała. Za bardzo go kochała. Bolało. Można jednak znieść, gdyby nie jego nagły brak zainteresowania pieszczeniem jej. Zostawił ją w połowie drogi. Po raz pierwszy poczuła ich odrębność i swoją samotność. Doszedł i padł. Zasnął.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuła lodowaty podmuch intuicji jak ten wiatr za oknem. Przez chwilę widziała jak Zygmunt odchodzi. Ona zostaje sama z pustym mieszkaniem i swoim pustym ciałem. Nie wie co robić. Jej życie się rozsypuje. Znów chce się zabić.

Eugenia i Stanisława.

Spotkały się w drodze po pączki. Wiadomo tłusty czwartek i żadnej się nie chce piec własnoręcznie, gdy sklep pod nosem.

- Zygmunt znikł - oznajmiła Eugenia, ta zawsze lepiej poinformowana.
- A Florentyna co na to?
- Nic. Nie widziałam jej jeszcze. Pewnie siedzi w domu i płacze.
- To teraz mogą się pocieszać z Klementyną.

Stanisława uśmiechnęła się. Obraz dwóch płaczących kobiet w dziwny sposób poprawił jej nastrój. Chociaż nie będzie dziś jedyną samotną osobą jedzącą pączki.

- Przyjdziesz do mnie po obiedzie na pączki?
Zdaje się, że Eugenia pomyślała o tym samym. Po co mają jeść same jak mogą razem.
- Przyjdę. A ty wpadnij do mnie jutro.

Znów pogodzone i zadowolone jakby pocieszyły się plotkami i cudzym nieszczęściem.

Zmiana.

Florentyna leżała na łóżku skulona jak ślimak w swej skorupie, którą dla niej stała się kołdra. Tutaj mogła udawać, że jej nie ma. Nie istnieje ani ona ani jej problem: samotność. 

Jej wizja znów się spełniła. Chciała odejść z tego świata na zawsze, bo po co żyć bez niego. Jeśli sobie poszedł, w dodatku bez pożegnania, ona też pójdzie z tą różnicą, że już nie wróci. 

Myśli przerwał dźwięk dzwonka przy drzwiach.

Wrócił. Ożywiła się nagle. Pragnienie śmierci od razu zginęło, a chwilę później uderzyło w nią z większą siłą. Na progu zamiast niego stała nastolatka, ta sama, która kiedyś poradziła sobie z dziwnym małżeństwem. 

- Klementyna mi powiedziała o pani. Mogę wejść? 
Po co pytała i tak weszła do środka.
- Klementyna? - zdziwiła się Florentyna.
- Tak. Najpierw jej pomogłam, a teraz pomogę pani.
- Pomożesz?

Florentyna nie rozumiała. Dlaczego ta dziewczyna tu przyszła. Po co? I dlaczego Klementyna ją wysłała. Martwiła się o nią? O swoją rywalkę? Czy nie lepiej, gdyby pozwoliła jej umrzeć. Wtedy miałaby Zygmunta dla siebie.

- Jestem Aleksandra - przedstawiła się dziewczyna. - Wiem jak pani pomóc.

Położyła na głowie Florentyny ręce. Nawet nie zapytała czy może.

- Piękne ma pani włosy - zauważyła.

Florentynie nie chciało się odpowiadać. Nagle poczuła senność. Dziewczyna odprowadziła ją do łóżka. Potem znów nałożyła ręce na jej głowę.

Pojawiły się światła. Czarny, biały i wszystkie kolory tęczy. Florentyna zobaczyła Zygmunta. Siedział na kupie śmieci ze zwieszoną głową. Podeszła do niego.

- Co się stało? Dlaczego odszedłeś? 
- Wybacz. Wrócę, ale teraz muszę właśnie tak.
- Nie rozumiem. Dlaczego?
- Nie myśl o tym. Zapomnij.

Czy to były jego słowa czy słowa Aleksandry. Nieważne. Ciężar spadł z serca. Już wiedziała, nie skończy życia z jego powodu i bez niego może być szczęśliwa.

Florentyna otworzyła oczy. Jakby się obudziła z długiego zimowego dnia. Chciała podziękować dziewczynie, ale ona już poszła. Nie czekała na rezultat swoich zabiegów.

Eugenia i Stanisława.

Eugenia z talerzykiem w ręku patrzyła przez okno.

- Popatrz - pokazała Stanisławie.
- A ta co tutaj robi? 

Obie zdziwił widok Aleksandry.

- U kogo była? - chciała wiedzieć Stanisława.
- Leć na dół i zapytaj. Może jeszcze zdążysz.

Cały urok pączków gdzieś się ulotnił. Aleksandra go popsuła swoim pojawieniem się.

  
P. S. Starałam się, żeby było krótko i tajemniczo. Na ile mi się to udało? Podzielcie się wrażeniami. 
Oczywiście ciąg dalszy kiedyś nastąpi.
 
  



 

 

wtorek, 21 lutego 2017

Przejście.

Dotarliśmy już w jednym z poprzednich dialogów do miasta Sensbezsens. 
Podróżni wysiadają i idą w stronę wyjścia. Wtedy okazuje się, że nie tak łatwo opuścić dworzec. Dlaczego? Jak na to reagują przybysze?

Zdjęcie ze strony.

Miejsce: Świat po śmierci.
Czas: Nieokreślony.
Bohaterowie: Jowita i Karol - strażnicy, Dalebor i Dolebor - bliźniacy, Stefan - mężczyzna w ciele kobiety, Włodek - kolega Stefana, Henryk - istota z innego świata, babcia Lusia - zmiennokształtna, Rebeka - jej wnuczka.

Dialog 1.

Miejsce: Dworzec miasta Sensbezsens, budka strażników.

W pomalowanej do połowy na czarno, a od połowy na biało prostokątnej małej budce siedzą strażnicy dworca Jowita i Karol. Oboje w czarno-białych mundurach. Ściany, sufit i podłoga również czarno-białe. Podobnie stół i krzesła.

Karol liczy coś na kartce w kratkę też czarno-białej. Liczby pojawiają się w rządkach jedna pod drugą. Karol mruczy pod nosem i pochyla się nad nimi jakby właśnie odkrywał istotę wszechświata. Jowita patrzy na niego i próbuje zrozumieć jego gryzmoły, lecz im bardziej stara się dotrzeć do ich sensu, tym bardziej sens się wymyka. Liczby nigdy nie były jej mocną stroną. Ona zna się jedynie na kolorach, głównie na czarnym i białym. Na swojej kartce kreśli wzory: kółka, kwadraty, fale i oczy. Dzięki temu nie czuje napięcia związanego z liczbami Karola.

Karol ( wreszcie podnosi głowę znad kartki i patrzy na Jowitę ): Pociąg przyjechał. Czas na selekcję.
Jowita ( przerażona ): Już?
Karol: Nie martw się. Dasz radę.
Jowita: Nie wiem jak ich rozpoznam.
Karol: Intuicją. Nie zapominaj, że dzięki niej zostałaś strażnikiem.
Jowita ( czerwieni się ): A nie dzięki ojcu?
Karol ( surowo ): Tutaj nie ma znajomości. Nie jesteśmy na Ziemi. Zresztą znasz procedurę pytań.
Jowita ( prostuje się i jak dobry uczeń recytuje ): Zapytać podejrzanego ile to jest dwa razy dwa. Jak powie cztery, puścić. Jak stwierdzi, nie wiem lub poda inną liczbę i inne słowo, zatrzymać. W ostateczności użyć testu kolorów. Jak przejdzie, puścić. Jak nie, zatrzymać.
Karol ( klepie Jowitę po plecach ): Bardzo dobrze koleżanko. 

Oboje wstają i wychodzą na zewnątrz, na przeciwko tłumowi przybyszów idących w stronę wyjścia. Jedyna droga prowadzi koło strażników. Wszyscy muszą obok nich przejść. Nie istnieje inne przejście, a raczej nikt go jeszcze nie odkrył.

Pierwsza zbliża się babcia Lusia z wnuczką Rebeką.Babcia nosi rudobrązowy długi płaszcz. Włosy rude spięte na czubku głowy. Na bladą twarz z piegami zsuwa się kapelusz z wielkim rondem w tym samym, co płaszcz kolorze.

Babcia trzyma za rękę wnuczkę, której uroda bardzo przypomina babcię. Każdy zauważa ich rodzinne podobieństwo.

Jowita ( do siebie ): Czy ich dary też są takie same? Zaraz się przekonamy.

Babcia Jowita już ją mija. Już chce iść dalej. W głąb tunelu prowadzącego do wyjścia.

Jowita: Dzień dobry. Proszę tu do mnie.
Babcia Lusia ( dziwi się ): O co chodzi?
Jowita: Drobiazg. Zanim pójdą panie dalej, muszę zadać pytanie?
Babcia ( obrusza się ): A po co?
Jowita: Żeby skierować panie do właściwego lokum.
Babcia: A mogłybyśmy trafić do niewłaściwego?

Pytanie babci Lusi budzi w Jowicie przeczucie: z tą łatwo nie pójdzie, a jak nie pójdzie, to znaczy, że jest odmieńcem.

Jowita: Powie mi pani, ile to jest dwa razy dwa.
Babcia Lusia ( do siebie ): Nie dość, że nie wiem, gdzie jestem i po co, to ta jeszcze będzie mnie męczyć liczeniem.

Babcia Lusia: Nie rozumiem, po co pani ta wiedza?
Rebeka ( ciągnie babcię za rękę ): Babciu powiedz i sobie pójdziemy. Jak nie powiesz ta pani nas zatrzyma.
Babcia ( nie ustępuje ): A to z jakiej racji? Maturę zdałam. Teraz nie mam ochoty po raz drugi odpowiadać na głupie pytania.
Jowita ( stara się zachować spokój ): Po raz ostatni pytam: ile to jest dwa razy dwa. Powie pani, czy nie?
Rebeka ( jeszcze raz prosi babcię ): Babciu powiedz.
Babcia Lusia ( oburzona ): Ani mi się śni.
Jowita: W takim razie pójdzie pani za tymi robotami do czarno - białego autobusu.
Babcia Lusia ( krzyczy ): Nie pójdę.

Z bocznych drzwi budynku strażników wyłaniają się androidy. Chcą chwycić babcię za ręce. Wtedy ona zmienia się w rudego pekińczyka. Szczeka. Próbuje uciec. Na próżno. Androidy chwytają ją w siatko-łapkę. Paralizatorem paraliżują. Nieprzytomną zanoszą do autobusu. 

Oniemiała z przerażenia Rebeka stoi jak słup soli. Tylko usta zamyka i otwiera jakby coś chciała powiedzieć, ale w ostatniej chwili z tego rezygnuje. Zaciska pięści. Już wie, że musi pojechać tym samym autobusem. Nie zostawi przecież babci na pastwę obcych ludzi.

Jowita: Ty możesz iść.
Rebeka: Wcale nie. Ja też nie znam wyniku.
Jowita: Ale sobie idziesz.
Rebeka ( buntowniczo ): Nie chce.
Jowita: To sobie tu stój. Do autobusu i tak nie wsiądziesz.
Rebeka: Wsiądę.

Idzie w kierunku, w którym poszli z babcią. Jednak drogę tarasują jej inne androidy. Nie może przejść, więc stoi i czeka na okazję. Niemożliwe, żeby androidy cały czas tarasowały drogę. Zbliżają się przecież inni. Rebeka wie, że za chwilę pojawi się tu tłum. Jowita nie da sobie rady. Nie wie, że z drugiej strony stoi Karol. Ten nigdy nie przegrywa. Nikt mu jeszcze nie uciekł. Nikomu nie udało się przejść obok bez jego pozwolenia.

Dialog 2.

Miejsce: Studzienka na dworcu.

Otwór doskonale zamaskowany. Wtapia się w tło szarej powierzchni dworca, lśniących płytek. Przechodzący nie patrzą na nie. Są zbyt męczące dla wzroku. Jedynie zawsze ciekawski Dalebor przygląda się wszystkiemu dokładnie. Bardzo szybko odkrywa duży okrągły otwór studzienki. Zatrzymuje się, chociaż jego brat chciałby iść dalej.

Dalebor: Zaczekaj.

Dolebor nie mówi nic. Tylko pokazuje na innych, którzy idą bez zastanowienia w stronę budki strażników. W jego mowie ten gest znaczy: wszyscy idą tam. I Dalebor jego brat bliźniak dobrze go rozumie. Przez tyle lat zdążył się już przyzwyczaić do autyzmu Dolebora, jego różnych fobii, dziwnych znaków, ruchów, którymi się porozumiewa prawie jak głuchoniemy. Odzywa się bardzo rzadko i nigdy w obecności obcych ludzi.

Dalebor: Wiem. Ale to tłum. Tłum zawsze idzie jak barany bezmyślnie. My pójdziemy inaczej, bo obaj jesteśmy kimś więcej niż tłumem. Pomożesz mi i podniesiemy właz.

O, dziwo Dolebor nie protestuje tak jak zwykle w pobliżu czegoś nowego, nieznanego. To dlatego, że tym razem czuje w powietrzu dziwny swąd, a ten zapach pojawia się zawsze, gdy zbliża się coś niedobrego.

Razem z bratem Dolebor podnosi właz. Przed nimi otwiera się zejście na dół. Schody wiodące daleko w dół.

Dalebor: Widzisz bracie. Niby studzienka, ale naprawdę jakieś tajne zejście. Nielegalne wyjście z dworca.

Dalebor schodzi, a za nim Dolebor. Dalebor zawsze idzie pierwszy i nie tylko z powodu swojego nadmuchanego do granic możliwości ego, ale również dlatego, że wtedy Dolebor czuje się bezpiecznie.

Obaj zatrzymują się na pierwszych schodach, żeby dokładnie zamknąć wejście. Nie ma potrzeby, żeby inni też tędy uciekali.

Po zasunięciu włazu pojawia się światło bardzo podobne do naturalnego. Światło z nieznanego źródła.

Schody szybko się kończą. Dalej ciągnie się długi korytarz z windami w kolorze czarnym, białym oraz wszystkich kolorach tęczy. 

Dalebor, który cały od stóp do głów jest biały chce wsiąść do białej, ale Dolebor go odciąga.

Dalebor ( z rozdrażnieniem ): Co znowu?
Dolebor ( szeptem ): Nadal ten zapach. To złe miejsce.
Dalebor (wzdycha ): A widzisz tu inne wyjście?
Dolebor ( rozgląda się ): O tam.

Pokazuje na ścianę z mało widocznym wybrzuszeniem po środku. Ściana błyszczy szarością jak płytki pokrywające powierzchnię dworca. Dolebor odważnie jakby nigdy nie męczyły go żadne strachy, naciska wybrzuszenie. Ściana się rozsuwa. Za nią pojawia się nowe przejście.

Dialog 3.

Miejsce: Dzielnica Odmieńcowo.

W oczy rzucają się wysokie budynki. Przypominają trochę wielkie kopce mrówek. Blado niebieskie. Wokół wszystkie kolory są niewyraźne. Domy znajdują się w pewnej odległości. Choć na początku bliskie jednak z każdym krokiem stają się dalsze prawie jak księżyc widziany z Ziemi.

Babcia Lusia już przytomna idzie razem z gromadą innych ludzi i istot. Łączy ich odmienność i dary. Każdy coś potrafi, czego nie umie zwykły człowiek lub istota. Z tego właśnie powodu znaleźli się tutaj. Muszą iść do swoich mieszkań w wielkich budynkach bez względu na to, czy im się to podoba czy nie. Większości raczej się nie podoba. Słychać płacz i żale tych słabych. Mocni zaciskają pięści. Wypatrują dróg ucieczki. Niestety takie tu nie istnieją. Jeśli zboczą z wytartego szlaku ścieżka, którą wybrali i tak zaprowadzi ich z powrotem do głównej drogi. Ci, co się odważyli, zmęczeni wracają.

Za babcią Lusią idzie Stefan, mężczyzna w ciele kobiety. Zwykle nie zagaduje nieznanych osób, tym bardziej w starszym wieku, bo tych szczególnie nie lubi. Tym razem jednak coś go ciągnie do babci Lusi. Chyba przeczucie, ze babcia wcale nie jest taka stara jak się wydaje. W dodatku mądra.

Stefan ( skarży się niby sam do siebie, naprawdę do babci ): Zabrali mi kolegę Włodka.
Babcia Lusia: A mnie wnuczkę Rebekę.
Stefan ( drapie się po ostrzyżonej na jeżyka głowie ): Zaraz. Coś mi przyszło do głowy.
Babcia Lusia ( ciekawa ): Co?
Stefan: Widzi pani tę trawę obok?
Babcia Lusia: Widzę. I co?
Stefan: Nic. Usiądziemy i odpoczniemy.

Babcia Lusia nie kryje zdziwienia. Dlaczego wcześniej nie wpadła na ten pomysł? Tylko szła razem z innymi mimo coraz większego zmęczenia. Dlaczego nikt oprócz tej tutaj dziwnej kobiety pachnącej jak mężczyzna o tym nie pomyślał?

Siada we wskazanym przez Stefana miejscu. Od razu czuje zmianę. Lekki wiatr muska jej włosy. Szumią drzewa. Śpiewają ptaki. Piaszczysta droga i idące nią istoty oraz ludzie oddalają się. Parę metrów dalej wyrastają domy-mrowiska. Czy to możliwe, by były tak blisko, gdy jeszcze przed chwilą zajmowały odległą przestrzeń?

Stefan: Dobry miałem pomysł?
Babcia Lusia ( kiwa głową ): Bardzo dobry.
Stefan: Czyli po raz kolejny nie zawiodła mnie intuicja.
Babcia Lusia: Tak. I jak tu pięknie.

Im dłużej siedzą tym budynki stają się coraz bliższe. Wkrótce okazuje się, że znajdują się na dużym podwórku przed jednym z domów. Z okrągłego wejścia wychodzi wysoka postać ubrana w złotą szatę. Zbliża się do nich.

Postać ( płeć trudna do zidentyfikowania ): Witam w dzielnicy Odmieńcowo. Jestem Złotyzłota. Zaprowadzę Was do waszych mieszkań i oprowadzę po okolicy.

Postać podaje im rękę. Jedną babci Lusi, drugą Stefanowi. Oboje przyjmują pomoc, chociaż dotąd nie lubili podnosić się przy udziale obcych rąk. Zwłaszcza Stefan. Zwykle nieufny wobec obcych. 

Złotyzłota prowadzi ich do otwartego wejścia. Wchodzą do chłodnego szerokiego pomieszczenia z różnego rodzaju schodami i windami.

Złotyzłota: Mieszkacie obok siebie na poziomie 1. Chcecie wejść schodami czy pojechać windą?
Stefan: Schodami. Nie przepadam za windami.
Babcia Lusia: To ja też. Poćwiczę kondycję.
Złotyzłota ( uśmiecha się ): Jeszcze będziesz miała na to dużo  czasu.

Dialog 4.

Miejsce: Dworzec przy budce strażników.

Włodek po stracie Stefana ujawnia swoje buntownicze zdolności. Krzyczy do zbliżających się ludzi.

Włodek: Ludzie nie zbliżajcie się. Ci tutaj zabiorą wam bliskich. Mojego przyjaciela już zabrali. Co z nim zrobią? Gdzie wywiozą? Pewnie do jakiegoś getta. Jak nie wiecie, co to jest getto, to wam powiem. Nie chcieli byście tam mieszkać. To najgorsze miejsce na świecie. To piekło.

Włodek nie mówi nic szczególnego, lecz intonacja i siła jego głosu sprawiają, że zarówno ludzie jak i inne istoty zatrzymują się parę metrów przed budką.

Jowita przerażona patrzy na Karola. Ten jakimś cudem zachowuje spokój. Wzrusza ramionami. Pakuje swoje rzeczy do torby.

Karol: Spadamy.
Jowita: Jak to?
Karol: Nasz czas pracy się skończył.
Jowita: Już? Teraz?
Karol: Jak się pojawiają buntownicy, zajmują się nimi androidy. One mogą tu siedzieć bez końca. Nie potrzebują jedzenia, odpoczynku. Nie mają emocji. Są nie do zdarcia.
Jowita: Aha.

Z jednej strony trochę jej szkoda, że nie zobaczy finału całej tej historii. Z drugiej bardzo chce odpocząć. Wbrew pozorom to niełatwa praca. Kilka minut tutaj mocno ją wyczerpuje. Chętnie wróci do swojego mieszkanka w dzielnicy Cudów. Zabiera swoją torbę z kanapkami, których nie zdążyła zjeść i ciuchami na zmianę, gdyby musiała tu przenocować. 

Jowita i Karol wychodzą tylnym wyjściem. 

Innym wejściem do budki wchodzą androidy. Dwa zostają w budce. Pozostałe dwa siadają przed budką.

Jeden z androidów: Opór nic wam nie da. Wyjście za budką jest jedynym wyjściem z dworca. Tylko przechodząc tędy, dostaniecie się do swoich mieszkań.
Włodek: Nie potrzebujemy mieszkań. Zamieszkamy na dworcu.
Inny android: Po 24 godzinach służby dworcowe was stąd wyrzucą siłą. Chcecie tego? Czy wolicie wyjść spokojnie z własnej woli, bez przemocy?

Tłum patrzy na Włodka, swojego przywódcę. Czeka na jego decyzję. Włodek nie chce ustępować. 

Włodek: Zobaczymy czy dadzą sobie z nami radę. W końcu to my nie oni posiadamy dary. Niech zgłoszą się do mnie natychmiast ci, którzy potrafią tworzyć.

Słowa Włodka emanują siłą. Zaraz pojawiają się przed nim kreatorzy. I już po chwili szklana kopuła oddziela przybyszów od androidów. Zaraz potem przestrzeń wewnątrz kopuły się poszerza. Powstają w niej domy, domki, drzewa, chodniki, ulice, sklepy, całe samodzielne, doskonałe miasto.

Androidy patrzą bez emocji. Wiedzą, że dar kreatorów wyczerpie się wraz z ich mocą. Ta do dłuższego istnienia potrzebuje energii, a energię większość istot tutaj czerpie z jedzenia, a to wkrótce się skończy. Wystarczy poczekać.

Żaden z androidów nie podejrzewa, że w tłumie kryją się istoty, które żywią się czymś innym. Tylko czy zechcą podzielić się swoją wiedzą ze zwykłymi ludźmi i kosmitami? 

Dialog 5.

Miejsce: Szeroki korytarz pod dworcem.

Dalebor idzie za Doleborem. Nie wiadomo kiedy prowadzenie przejął strachliwy brat. Wącha przestrzeń i powoli posuwa się dalej. Nawet nie zauważył, że przybyło mu odwagi, że teraz to on jest przywódcą. On decyduje, gdzie skręcić, a możliwości mnożą się coraz bardziej. Coraz więcej odnóg korytarza w różnych kolorach. Jedne mniej,inne bardziej przyciągają Dalebora. Dolebor jedynie pozostaje nieczuły na ich wdzięki.

Dalebor: Chodźmy tędy. Zobacz tam się świeci światło.
Dolebor ( wzrusza ramionami ): Lepiej usiądźmy. Zaczekajmy.

Głos Dolebora o dziwo brzmi jak dzwon kościelny. Taki mocny i pewny siebie. Dalebor nie potrafi się przeciwstawić. Siada z bratem na wyrastających z podłogi wybrzuszeniach. Pojawiają się nagle jak grzyby po deszczu. Wkrótce okazują się wygodnymi fotelami w kolorach czarnym i białym. Czarny dla Dolebora, który cały jest w tym kolorze. Biały dla białego Dalebora.

Dalebor: Nie poznaję cię bracie.
Dolebor ( nadal pewnym głosem ): Czy to źle?
Dalebor: Nie, dobrze. Zobacz, co się dzieje.

Przestrzeń się zmienia. Korytarz jakby się poruszał, a może to ich fotele. Jak samochody pokonują odległość. Ściany się poruszają. Mkną dalej korytarzem do okrągłego wyjścia i dalej wprost na powierzchnię. Wkrótce otaczają ich wysokie podobne do mrowisk budowle. Zieleń, śpiew ptaków, łagodny wiatr. Fotele się zatrzymują.

Do Dalebora i Dolebora zbliża się fioletowa postać o trudnej do określenia płci. 

Postać: Witam was serdecznie w dzielnicy Odmieńcowo. Jestem Fioletfioleta, wasz przewodnik. Zaprowadzę was do waszych mieszkań i wszystko po drodze pokażę.

Po raz pierwszy Dalebor nie wie, co powiedzieć. Odzywa się jego brat, jeszcze nie tak dawno milczący i wystraszony.

Dolebor: Witaj. Mnie się tu podoba. Piękny zapach.
Postać: Cieszę się, bo to miejsce wybrano dla was.

Wchodzą do czarno-białego budynku. Obaj, niemogący wydusić z siebie żadnego słowa Dalebor i dziwnie rozmowny Dolebor czują się szczęśliwi.

Dialog 6.

Miejsce: Dworzec w okolicy budki strażników.

Kreatorzy działają nadal. Włodek motywuje ich swoim słowami o prawdziwie wielkiej mocy. Pozostali organizują sobie życie pod kopułą.

Rebeka poznaje Henryka do połowy człowieka, od połowy istotę z innej planety. Stoi przy niej na długich chudych jak patyki nogach w kolorze fioletowym. Nóg nie zasłania ubranie. Wyrastają z trójkątnej miednicy podobnej do tej, jaką mają kościotrupy. Wielgachne stopy z małymi paluszkami dopełniają całości tej dziwnej połowy. Tułów, ramiona, twarz zwyczajne. Henryk ubrany jest w dżinsową kurtkę.W swojej ludzkiej części przypomina szkolnego kolegę Rebeki.

Rebeka: Zabrali mi babcię.
Henryk: Nie martw się. Wiem jak do niej dotrzeć.
Rebeka: Naprawdę.
Henryk: Tak. Mam dar przestrzeni.
Rebeka: Co to znaczy?
Henryk: Że dotrę wszędzie, gdzie chcę.
Rebeka ( klaszcze w ręce ): Super. Możemy razem z babcią ucieć.
Henryk ( dumnie ): Tak. Daj mi rękę.

Rebeka podaje rękę Henrykowi. 

Henryk: Zamknij oczy.
Rebeka: Dlaczego?
Henryk: Żeby ci się nie zakręciło w głowie.

Rebeka zamyka oczy. Henryk przez chwilę się koncentruje. Z jego oczu i głowy zaczyna wydobywać się mgła, która ogarnia ich oboje. Znikają w niej i nikt tego nie dostrzega. Ludzie i istoty są zbyt zajęte sobą.

Dialog 7.

Miejsce: Wnętrze rudo-czarnego budynku-mrówkowca. Dzielnica Odmieńcowo.
Henryk: Możesz już otworzyć oczy. Jesteśmy na miejscu.

Rebeka ostrożnie otwiera oczy. Przygląda się z ciekawością ścianom, schodom i windom.

Rebeka: Ładnie tu.
Henryk: No.
Rebeka: A babcia gdzie?
Henryk: Gdzieś tu. Bliżej nie mogę określić. Jakby coś mnie blokowało.

Przed nimi nagle pojawia się złota postać ta sama, która zaprowadziła babcię Lusię i Stefana do ich mieszkań.

Postać: Witajcie. Jestem Złotyzłota. Zaprowadzę was do waszych mieszkań na poziomie 1.
Rebeka: Ja szukam babci.
Złotyzłota: Wiem. Czeka na ciebie tutaj.

Złotyzłota wskazuje okrągłe drzwi z numerem 8. Rebeka dotyka ich ręką w poszukiwaniu klamki. Nie znajduje jej, ale drzwi i tak się przed nią otwierają. Przy drzwiach czeka już na nią babcia Lusia.

Ściskają się na powitanie.

Złotyzłota odsuwa się razem z Henrykiem. Drzwi mieszkania babci i Rebeki zamykają się.

Złotyzłota: Musisz wrócić.
Henryk ( smutny ): Wiem.
Złotyzłota: Uratuj ich.
Henryk: Nie potrafię.
Złotyzłota: Zrób, co w twojej mocy.
Henryk: Postaram się.
Złotyzłota: Powodzenia.

Henryk wraca tam, skąd przybył.

Dialog 8.

Miejsce: Dworzec pod kopułą wśród zbuntowanych.

Henryk podchodzi do rozmawiającego z kreatorami Włodka. Ciągnie Włodka za rękaw, by ten wreszcie zwrócił na niego uwagę.

Włodek: Czego chcesz?
Henryk: Muszę z panem porozmawiać. To ważne.
Włodek: Mów.
Henryk: Nie przy nich.

Henryk pokazuje na kreatorów.

Włodek: To moi najbliżsi współpracownicy.
Henryk: Nalegam. Proszę.

Ostatnie słowa Henryka budzą w ciele Włodka dreszcze. Już wie, że szykuje się coś niedobrego.

Henryk: Przed chwilą rozmawiałem z mieszkańcem Odmieńcowo, który mi zdradził, że zginiecie. Wszystko zginie. Gdzie potem traficie, nie wiem.
Włodek ( przerażony ): Kiedy?
Henryk: Nie wiem.
Włodek: Co robić.
Henryk: Nie wiem.
Włodek ( zły ): Przynosisz informacje, a naprawdę nic nie wiesz.
Henryk: Nie powiedział mi.
Włodek: Jak nie, to idź sobie. Nie przeszkadzaj.

Włodek wraca do rozmowy z kreatorami. Henryk czuje całą swoją bezradność.

Henryk ( do siebie ): Co robić?

Dialog 9.

Miejsce: Poza tym światem. W nieokreślonej przestrzeni.
Dwóch graczy pochyla się nad stołem, dużym prostokątnym. Patrzą z uwagą na swoje pionki: ludzi i istoty zgromadzone na dworcu i te w dzielnicy Odmieńcowo.

Gracz 1: Co dalej?
Gracz 2: Ech, znudziła mi się ta zabawa. Skończmy z tym światem. Niech się wysadzą w powietrze.
Gracz 1: Zbyt szybko się nudzisz. Stworzysz następny świat, a za chwilę będzie to samo.
Gracz 2: Pionki są takie powtarzalne. Wciąż robią to samo.
Gracz 1: Wprowadź jakąś zmianę.
Gracz 2: Tyle ich już było. Koniec z tym.

Gracz 2 już się pochyla nad stołem. Już sięga do guzika, który ma zakończyć tę grę, gdy pojawia się Ona.  Kobieta- Życie, Początek i Koniec, Tao, Tajemnica, Nieskończoność, Twórca.

Ona: Mam pomysł.

Gracze pokornie jej słuchają. Gra toczy się dalej.


P. S. W jakim kierunku to się okaże wcześniej lub później czyli czekajcie cierpliwie na ciąg dalszy.