niedziela, 29 czerwca 2014

Bogini seksu

Zaczęły się wakacje.
Z tej okazji podzielę się z Wami opowiadaniem z serii ,, Przygody Feliksa,,.
Przyznacie, że uroczy bohater i całkowicie fikcyjny, nie z rzeczywistości, chyba,że tej alternatywnej lub wirtualnej.


Po długim, nudnym dniu pracy w bibliotece Feliks wreszcie wrócił do domu i położył się spać.
Oboje, jego ojciec i brat byli zdziwieni, że zamiast przy komputerze, Feliks grzecznie leżał z głową na poduszce.
-Co mu się stało?- Wyraził swoje zdziwienie ojciec, patrząc na sufit jakby tam chciał znaleźć właściwą odpowiedź.
-Chyba poderwał jakąś nową dziewczynę na fejsie- Poinformował ojca zawsze uczynny brat Feliksa.
-A ty skąd wiesz, przecież cię zablokował?-Tym razem spojrzenie ojca powędrowało 
w stronę garnka z zupą. Wcale nie była interesująca i on osobiście nie spodziewał się, że będzie mógł się nią najeść.Prawdopodobnie tak jak zwykle pójdzie do pobliskiego baru z pierogami, który po 20 przeistaczał się w tancbudę z piwem, chętnymi panienkami i przekąskami z łosia i innych dzikich zwierząt upolowanych przez gorliwego myśliwego Filipa. Dawniej strażaka, właściciela baru z naleśnikami, a obecnie leśniczego i oczywiście naczelnego dostawcę smacznych posiłków do różnych rzuconych tam i tu restauracji.
-A ojciec to niby skąd wie to wszystko?- Zapytał jego drugi w kolejności syn, równie upierdliwy jak pierwszy czyli Feliks.
-Synu, ty to ugotowałeś, czy znów poprosiłeś o pomoc tę, jak jej tam, Maryśkę?
Zapanowała niezręczna cisza. Brat Feliksa, Romek nie miał do powiedzenia nic na swoją obronę. Odkąd zabrakło matki, która zmarła rok temu na zawał serca, musieli gotować wszyscy na zmianę, bo tak zarządził głównodowodzący czyli ojciec. Od tego nie było żadnego odwołania, żadnego zmiłuj się.
Ojciec niczego nie przyjmował do wiadomości. Obiad zawsze musiał być na stole. Nieważne o której godzinie, ale musiał się w garnku pojawić, bo jak nie ojciec zdejmował pasek i tłukł swoich synów, a jak to nie pomagało odłączał im internet, z którego oczywiście sam też korzystał, ale miał swoją prywatną linię i o tym żaden z jego synów nie wiedział. Po co im taka niepotrzebna wiedza.
Teraz Ojciec patrzył na Romka w ten sposób, że nie wróżyło to niczego dobrego. 
-Niech się tata nie gniewa, skoczę po pizzę? - Przeprosił drugi syn równie nieudany, co pierwszy i już go nie było. Tak szybko wybiegł z domu.
Ojciec został sam z Feliksem. Trwało to jednak krótko, bo zaraz tak jak jego drugi syn wyszedł z domu zjeść coś na mieście.
Tymczasem Feliks spał spokojnie. Całkiem nieświadomy rozmowy, jaka toczyła się obok. Śnił swój sen o Bogini Seksu. Tak ją nazwał, gdy ją dziś zobaczył na spotkaniu wszystkich pracowników dzielnicowej biblioteki w śródmieściu miasta, w którym się urodził, uczył, pracował.
Miasto nie należało do super wielkich, ale nie było też małe. Można by je nazwać średnie.
W każdym razie nie jego nazwa i wielkość były teraz ważne. Liczyła się tylko ona, więc gdyby Feliks miał na nowo nazwać swoje miasto, nazwałby je Matylda. Po prostu. 
Po co jakaś inna nazwa.
Gdyby miasto Feliksa miało taką nazwę, na pewno byłoby o wiele lepsze niż było w rzeczywistości, bo taka była Matylda. Idealna perfekcjonistka. 
Nic dziwnego, że została szefową całej sieci czyli paru bibliotek śródmiejskich. Poza nią nie było innej, lepszej. Była owszem Alicja, ale o niej raczej starał się nie myśleć. 
Alicja go zdradziła. Wyjechała do innego większego miasta. Tam poznała swojego obecnego męża dyrektora szkoły podstawowej i chyba jasne, że już nigdy więcej do niego nie przyszła. 
Na szczęście do jego biblioteki przyszła ona. Matylda. 
Wprawdzie ostrzyżona na chłopaka o zafarbowanych na rudo włosach, które do tej pory mu się nie podobały, to znaczy nigdy mu się nie podobał taki kolor, ale za to o zapierającej dech w piersiach figurze. Długie nogi i wspaniały biust, ani za duży, ani za mały. 
Taki w sam raz. Z pewnością ,,Playboy,, by się nim zaciekawił.
Na spotkaniu miała na sobie dobrze skrojony szary garnitur. Wiadomo chciała pokazać, kto tu jest szefem. Musiała być inna niż te wszystkie kolorowe baby, z którymi Feliks pracował, bo taką pracę wymyśliła mu jego mamusia, zasłużona wieloletnia bibliotekarka.
Feliks zaraz wyobraził ją sobie w inny sposób. Oczywiście bez ubrania, 
ewentualnie w czarnych majtkach, rajstopach na czarnym pasku i w czarnym biustonoszu, z czarnym biczem w ręku. 
Tak mogłaby wyglądać. Tak wyglądała, gdy Feliks zamknął oczy na chwilę. 
Na chwilę, bo zaraz kierowniczka jego biblioteki zwróciła mu uwagę, żeby je otworzył i słuchał jakby słuchać nie można było z zamkniętymi oczami. Zresztą i tak, to co miała do powiedzenia Matylda w wersji szefowej nie było ciekawe i kto by tego chciał słuchać, gdyby przymusu słuchania nie było.
Dlatego Feliks nie słuchał, tylko marzył, a ponieważ na zebraniu marzyć się nie dało, bo ciągle ktoś przeszkadzał jak nie upierdliwa kierowniczka, to inne też upierdliwe baby, swoje marzenia Feliks przyniósł do domu. Zaraz jak przyszedł, położył się. Nawet nie jadł obiadu, który pewnie i tak był obrzydliwy, bo dzisiaj miał go Romek ugotować, a ten wiadomo na gotowaniu nie znał się ani trochę.
Po co więc zawracać sobie głowę obiadem.
O dziwo sen przyszedł szybko i była ona, taka jaką sobie wyobraził. Zbliżyła się do niego i trzasnęła biczem aż mu w uchu zadźwięczało. Chyba jednak trochę przesadził, wyobrażając sobie ją z biczem.
Zanim zdążył pomyśleć o tym już była na jego kolanach i szybko rozbierała z tego co miał na sobie.
Akcja się rozkręcała. Feliksowi robiło się na przemian gorąco i zimno, gdy dziewczyna, oplotła go swoimi nogami i całkiem ujarzmiła jak jakieś zwierzę. 
Dziewczyna, nie, dojrzała kobieta, a może jednak dziewczyna. 
Feliks nie wiedział, co ma o niej myśleć i wcale nie myślał.
Po prostu był pod nią, a ona na nim. Szalona, zakręcona całkiem młoda i całkiem dojrzała, jakże inna niż zwiewna Alicja, która przed nim uciekła. Jednak ktoś się chyba uwziął na Feliksa, bo znów obudził się w środku wspaniałej zabawy. Znów coś go wyrwało z samego środka tak jakby ktoś mu zabrał smaczne ciastko sprzed nosa albo kawałek czekolady.
Feliks siedział w swoim pokoju na krześle i był kompletnie ubrany w swoje wyjściowe granatowe spodnie z cienkiego materiału i marynarkę nieokreślonego koloru, to znaczy jej koloru nie mógł zobaczyć oraz białą koszulę z długim rękawem. Na przeciwko siedziała jego ciotka Dynia nazwana tak przez swoich bliskich z powodu swojej olbrzymiej tuszy.
- Dosyć tego-Powiedziała, zgarniając swój kolorowy szal na plecy i odsłaniając wielgachny dekolt swojej podobnej do piżamy błękitnej sukienki.
- O co cioci chodzi?
- O ten tramwaj, co nie chodzi.
Feliks czuł, że nie będzie to miła rozmowa. Ciotka za życia była bardzo wymagająca, a co dopiero po śmierci. 
O jejku, ona przecież nie żyła. 
Dlaczego więc była tutaj, a nie w swojej wygodnej trumnie pod ziemią?
Świadomość, że ciotka zmarła i w żadnym wypadku nie powinna tu z nim siedzieć, sprawiła, że Feliks oblał się zimnym potem. Śniadanie podeszło mu do gardła, a może to było co innego. Jakaś zimno-gorąca kula. W każdym razie owo coś przyjemne nie było.
Feliks już wiedział, że nic nie powie. Będzie tylko słuchał.
I tak było. Ciotka w dosadny sposób, którego nie będę tu przytaczać z powodu cenzury, powiedziała Feliksowi, co o nim myśli i co ma zrobić.
Ciekawi ciągu dalszego? Może go kiedyś napiszę. Oczywiście jak Feliks mi pozwoli, bo Feliks jest wrażliwym człowiekiem i wcale nie lubi swojej autorki. 

   


 
 

czwartek, 26 czerwca 2014

I ty możesz zostać Bogiem.

Na razie brzmi to jak nowoczesna bajka o ludziach, komputerach i sztucznych inteligencjach.
Te ostatnie są ucieleśnieniem, jeśli można tak to nazwać, marzeń Hitlera o super nadczłowieku.
Podobno tacy ludzie pojawią się w przyszłości. Jeszcze tylko trochę lat cierpień z własnym niedoskonałym, biologicznym ciałem, a potem nieskończone możliwości supermana.
Kto by chciał, a kto by nie chciał i dlaczego? O czym w ogóle mowa? O co chodzi?


Myślę, że wszyscy doskonale wiedzą i niczego nie trzeba wyjaśniać. Temat od dawna jest wałkowany na różnych blogach i w innych miejscach w internecie. W wielu miejscach.
Czy jestem w stanie powiedzieć coś więcej lub spojrzeć na wszystko z innej strony?
Teraz nie jestem już tego taka pewna jak na początku. Jednak spróbuję.
Dawno, dawno temu czytałam pewną książkę. Najpierw część pierwszą, potem drugą i chyba trzecią.
Nie pamiętam dokładnie ile było części.
W każdym razie główna bohaterka żyła w czasach, kiedy ludzi dzieliło się na tych pięknych wspaniałych i tych zwykłych brzydkich. 
W tym świecie wszyscy chcieli być piękni i mogli swoje marzenie zrealizować po ukończeniu 16 roku życia.
Wtedy przechodzili operację, która zmieniała ich wygląd i postrzeganie świata.
Doskonali piękni bawili się bez końca w swoim fantastycznym nowoczesnym raju.
Głowna bohaterka też chce być piękna i czeka na swoje 16 urodziny z dużą niecierpliwością.
Jednak jej przyjaciółka wcale nie chce taka być. Woli swoją przeciętną ,,brzydotę,, i ucieka z miasta przed przymusową operacją zmiany.
Tak, zapomniałam dodać w tym świecie zmiana jest przymusowa. Zwykłym można być tylko do 16 roku życia. Potem trzeba stać się doskonałym pięknym i korzystać z zabaw technologicznego raju.
Żadnego wyboru nie ma. Ci, którzy chcą inaczej muszą uciec z miasta.
O dziwo, są tacy, którzy nie chcą być piękni i doskonali. Nęci ich ten inny świat. 
Dla większości ludzi zupełnie niedostępny.
Coś, co w teorii miało być wieczną zabawą i wolnością stało się obowiązkiem, z którym tylko nieliczni walczą.
Myślę, że tak jest z każdą teoretyczną wolnością. 
Dobrze, dobrze gdy nie ma obowiązku. Gorzej jeśli musisz być taki, nie inny. 
Jeśli jest tylko jeden dostępny scenariusz. Plan odgórnie narzucony. Ramy sztywno ustalone.
Wtedy, to co 20 lat temu wydawało się zrzuceniem kajdan, staje się nowym zniewoleniem.
Powiecie, nie możliwe, a ja powiem. Możliwe.
Z drugiej strony wcale tak być nie musi. Wszyscy staniemy się Bogami. Nieśmiertelnymi nadludźmi.
Wreszcie nasze życie będzie piękne i wspaniałe. Wreszcie będziemy w pełni sobą.
I tylko niektórzy będą ziewać z nudów.
Czy wiecie już jak się nazywa ta wspaniała idea, która za 20, 50 lat stanie się naszą rzeczywistością?
Oczywiście. Transhumanizm.
P. S. Książka, którą wspominam to ta.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Zwyczajny i niezwyczajny.

To święto nie jest głośne. Raczej ciche i prawie niewidzialne.
Nie ma żadnych kwiatów, ani laurek, ani hymnów pochwalnych.
W żaden sposób nie da się go porównać z Dniem Matki, a przecież nie zawsze matka jest najważniejsza. Zdarza się też, że to raczej on. Chyba jednak bardzo rzadko.
O jakie święto chodzi?
Zajrzyjcie sobie do kalendarza i już będziecie wiedzieli, a ja podam to jasno i wyraźnie trochę dalej.

 
W zasadzie to nic wyjaśniać nie trzeba. Wszystko mówi samo za siebie. 
Jak ktoś jeszcze nic nie wie, to na pewno się dowie prędzej czy później.
W każdym razie teraz muszę przejść do trudnego tematu.
Po co nam to święto i pozostałe? Dzień Matki, Dzień Babci, Dzień Dziadka. 
Brakuje Dnia Brata, Dnia Siostry, Dnia Kuzyna, Dnia Sąsiada i wielu, wielu innych.
Oni wszyscy zasługują na szacunek. Z drugiej strony, czy szacunek okazujemy tylko tego dnia, bo tak jest w kalendarzu? A co w dni powszednie?
Jednego dnia pójdę się wykrzywić w uśmiechu do swojego ojca. 
Tak naprawdę to go wcale nie lubię.
Upierdliwy dziadyga. Nic więcej. 
Jednak jest takie święto, to mu dam coś na odczepnego. 
Niech mi potem mama nie truje, że mu nic nie dałam.
Tak właśnie widzę wszystkie te święta. Co ja poradzę. Takie skrzywienie pisarki-blogerki.
Ja bym chciała inaczej. 
Nie czuję nic do taty. Tylko nienawiść. Nic nie mówię i nie udaję, że go lubię, bo moje intencje te ukryte i tak na wierzch wyjdą.
Oliwa sprawiedliwa zawsze na wierzch wypływa. Co mojemu tacie po moim danym z łaski prezencie?
Nic. Kompletnie nic. Moim piwem się zatruje, a inne głupoty w postaci skarpetek, których ma już tysiąc w szufladzie wyrzuci przez okno albo spali.
Ja bym tak zrobiła z takim niepotrzebnym prezentem.
Kochane dzieci jak Wam się ojciec nie podoba, to wcale się nie wysilajcie. Nie udawajcie.
Po co ja to piszę? 
Mój tata przecież był dobry. Może trochę mi się nie podobał.
Jego wymądrzanie się na każdy temat, choć tematu nie znał, bo skąd. Książek nie czytał.
W gazetach oglądał obrazki. Przy telewizji spał.
Zawsze jednak miał zdanie na każdy temat, a ja mu się raczej nie podobałam. 
Na pewno wolałby mieć syna. Synowie mądrzejsi niż córki. 
Z synem można sobie piwo wypić, a z córką co?
Do niczego taka się nie nadaje. Niech sobie idzie do kuchni. 
Gorzej, jeśli w kuchni nic zrobić nie potrafi. Taką to już naprawdę trzeba wyrzucić albo zamienić na psa lub kota.
Przesadzam celowo. Celowo wyolbrzymiam.
Mój tata nie był zły ani trochę. Nigdy mnie nie uderzył. Zawsze bronił i nawet kiedyś chodził ze mną do kina, po wydmach na plaży i do kościoła też mnie prowadził. 
Grał ze mną w karty i w warcaby.
Prowadził do teatru i kina, do zoo, do lunaparku. 
Kupował garściami lody i watę cukrową i gumę do żucia Donald z małą karteczką komiksem. 
Mój tata był idealny.
Prawie, bo czy są na tym świecie idealni ludzie?
I mój tata też taki nie był. Miał jedną wadę. Taką malutką. Lubił od czasu do czasu spotkać się z kolegami po pracy na działce. Wtedy sobie gadali i relaksowali w swój ulubiony sposób, popijając mocniejsze trunki.
Po takich spotkaniach tata z trudem wracał do domu i myślał już tylko o jednym, żeby jak najszybciej w błogi sen zapaść. Naprawdę niegroźna przypadłość. Tylko trochę upierdliwa dla osób, z którymi mieszkasz. Zasypiasz gdzie popadnie i żaden traktor cię z miejsca nie ruszy.
Mój tata spał w łazience na sedesie. 
Smutne, śmieszne, straszliwe, zwyczajne. Sami sobie wybierzcie odpowiednią kategorię.
W każdym razie dla mnie wtedy, to było raczej bardzo wkurzające.
Nie lubiłam więc mojego taty ani trochę. Tym bardziej jego święta. 
Jego imienin, ani urodzin. Niczego. Nieważne, że częstował mnie cukierkami i w zasadzie oprócz tego jednego dnia lub paru dni w miesiącu, zawsze można było na niego liczyć. 
Ja go zwyczajnie nie znosiłam.
Minęły lata. Wyprowadziłam się z domu. Zmieniła się moja perspektywa.
Przestałam być aż tak bardzo surowa wobec swojego taty. 
Prawie go polubiłam, bo tak do końca jednak lubić się nie dał.
Teraz, gdy już mu wybaczyłam, nie ma go. Odszedł. Zostało jego ciało, które mama każe odwiedzać, bo taka u nas w kraju jest tradycja, że ciała się odwiedza.
Ja jednak wiem, że go tam nie ma.
Chociaż może czasem przychodzi i patrzy na nas i się z nas śmieje, że znów przyszłyśmy do niego, a on jest w innym miejscu i innym czasie, o wiele lepszym od naszego.
Mój tata był zwyczajny i niezwyczajny. Taki miał być, żebym ja mogła być taka, a nie inna.

P.S. Wszystkim ojcom życzę wszystkiego najlepszego. 
   

sobota, 21 czerwca 2014

Wyobraźnia matematyczna czasem mi szwankuje.

Już niedługo jeszcze tylko kilka dni i będzie koniec.
Czego? Zapytacie tzn. zapytają ci, którzy już tego nie mają.
Siedzą sobie posłusznie w swojej ośmio, dwunastogodzinnej pracy i czekają na dwutygodniowy urlop w grudniu.
Może wyjątkowo trzytygodniowy. Jednak bardzo rzadko dwumiesięczny.
Takie lenistwo mogą przeżyć tylko wybrani i nie za darmo. Wcześniej się męczyli.
Kuli, ściągali, biegli po schodach, po śliskich podłogach i słuchali, nawet, gdy słuchać nie chcieli.
Z drugiej strony ci drudzy. Wytrwali, ambitni i prawie wszystkowiedzący, cierpliwi lub niecierpliwi, złośliwi, męczący, szlachetni, wspaniali i co tu dużo mówić tacy sami jak wszyscy inni, a jednak niezupełnie. Inteligentni, nawet jeśli czasem tylko z nazwy. Supermani i superwomanki.
Jedyni w swoim rodzaju. 
Elita, która w razie wojny takiej jak ta z Hitlerem, pierwsza obrywa.
I co to za jedni?
Nieważne, a ci z Was, którzy są ciekawi, może się doczekają odpowiedzi na końcu.
Na razie opowiem Wam pewną historię.


Było lato i jak to latem czasem bywa wszystkim doskwierał upał. 
W dużym mieście prawie pozbawionym wody i lasu nie dało się przeżyć.
Asfalt przyklejał się do opon samochodów i do stóp przechodniów, tych, którzy jeszcze zostali.
Jeszcze nie uciekli, ale już o ucieczce myśleli. Gdzieś w dal. W góry, nad morze, nad jezioro, nad rzekę, na działkę, do Egiptu, bo tam jednak upał większy i bardziej atrakcyjny. Gdziekolwiek.
Byle jak najdalej z tego parnego miasta.
Zaraziłam się tymi myślami jak chorobą tropikalną. Ja też chciałam uciec jak najszybciej i jak najdalej. Zaczęłam więc szukać miejsca przez internet, bo w dzisiejszych czasach inaczej przecież nie można. To jedyny najlepszy sposób na znalezienie właściwego miejsca.
Po kilku dniach szukania, znalazłam wreszcie to miejsce jedyne wspaniałe, chociaż nie gwarantujące słońca, ponieważ u nas w kraju nikt i nic Wam tego nie zagwarantuje.
Mimo to było takie piękne.
Danych podawać nie będę. Po co miejscu moja darmowa reklama. Ono samo się świetnie reklamuje. Jestem pewna, że nadal ma swoich stałych fanów i swoją stronę czy cokolwiek innego w internecie.
Tak więc bez danych. Jeśli ktoś się domyśli lub zgadnie, co to za miejsce, jego, nie mój problem.
W każdym razie znalazłam i byłam prawie szczęśliwa i wcale nie zwracałam uwagi na jeden mały haczyk. Dosłownie malutki. Widoczny tylko dla tych, którzy od lat szukają w internecie i oczywiście dla tych, co jak mój znajomy z Zen mają matematyczną wyobraźnię i słusznie domagali się kiedyś powrotu matury z matematyki. Tych tutaj serdecznie pozdrawiam i przyznaję. 
Bez matematycznej wyobraźni daleko nie zajedziesz.
Wracając do miejsca.
Na zdjęciu w internecie prezentowało się wspaniale, ale jakie tego typu oferty turystyczne źle wyglądają. Wszystkie błyszczą.
Haczykiem była cyfra, a ja się nabrałam, bo z matematyki jestem noga kompletna. 
Zero, albo nawet mniej jak w dawnej starej piosence.
Cyfra brzmiała dwa, a słowa obok kilometry od morza.
To miłe miejsce było tanie, ponieważ było dwa kilometry od morza.
Ale ile to jest dwa kilometry? Nikt mi tego nie powiedział, ani moi bliscy, chyba tak samo ułomni jak ja, jeśli chodzi o matematykę, ani mądra pani z biblioteki, do której chodzę wypożyczać książki, ani pani w sklepie. Po prostu nikt. 
Ludzie bywają czasem złośliwi i nic się na to nie poradzi.
Czasem coś trzeba przeżyć na własnej skórze. Trzeba doświadczyć, żeby wiedzieć i nie popełnić po raz drugi tego samego błędu.
Pojechałam bardzo zadowolona, a na miejscu dopiero okazało się, dlaczego ta akurat kwatera była tania i chodziło nie tylko o kilometry.
Jezioro, które było w reklamie i rzeczywiście było blisko, miało tylko jedną małą wadę. 
Nigdzie w pobliżu plaży nie było. Tylko zielsko i trawa. Chaszcze. 
Od biedy można wziąć kosę i plażę sobie samemu zrobić. Mnie się akurat nie chciało.
Druga sprawa godzina przyjazdu, mojego przyjazdu na miejsce. 
Niby uzgodniona z właścicielami ,,cudnego,,  przybytku, a jednak pani gospodyni zaskoczona. Dlaczego przyjechałam tak wcześnie, przecież ona jeszcze nie zdążyła wyrzucić poprzednich gości.
I tak wcześnie rano chce mi się spać, ale mogę, co najwyżej położyć się na plecaku na drodze albo w krzakach nad jeziorem, albo iść te dwa kilometry na plażę i tam położyć się na piasku. Miła perspektywa. Bardzo miła. 
Pociągu powrotnego nie ma o tej porze. Tym bardziej zwrotu zaliczki. 
Gospodyni zabrała razem ze swoim mężem i koniec.
Co pozostało?Czekać i być cierpliwym, nic więcej.
Później, znacznie później, gdy już tam jestem, dostrzegam, że inni też przyjeżdżają za wcześnie. Oni jednak mają swoje samochody i tam się mogą przespać. 
Mąż pani gospodyni w czasie jednej z wypraw do sklepu, czytaj dużego marketu, do którego życzliwie mnie zabrał, bo akurat miał tam jakiś interes do załatwienia, tłumaczy. Wszystkim mówimy, o której godzinie mają przyjechać, a oni przyjeżdżają jakoś tak dziwnie.
Faktycznie dziwnie. Niby mówiłam pani gospodyni, o której przyjadę, ale ona chyba nie słyszała.
Z drugiej strony ja jej nie słyszałam.
Słyszałam i wiedziałam, to co chciałam wiedzieć, że będzie miło i fajnie.
Było. Poza tym, że nogi mnie bolały od tych codziennych spacerów nad morze i znów schudłam, chociaż tego nie chciałam.
Morał z tej opowieści brzmi o wszystko pytaj dokładnie przed wyjazdem, przed wpłaceniem zaliczki.
Zapytaj o każdy szczegół, zwłaszcza, o której godzinie wpuszczą cię do łóżka i pozwolą odpocząć po długiej podróży. Pytaj oczywiście o kilometry, a jak nie umiesz ich sobie wyobrazić idź do matematyka, tego który chciał matury z matematyki. Ktoś taki na pewno jest bardzo mądry i wszystko ci wytłumaczy.  
  

czwartek, 19 czerwca 2014

I znów mamy święto.

Obudziłam się dopiero wczoraj. 
Chyba jak większość z Was, bo nie tylko ja krążyłam jak dziki po ulicy w poszukiwaniu jedzenia.

Tylko jedno święto, a wszyscy już wylegli, żeby szukać zapasów i jakoś przeżyć ten jeden dzień bez sklepu. 
Patrząc na tych ludzi, sama czułam się jak obcy w obcym kraju.
Czy ja lepsza, myślałam, ja też bez chleba nie przeżyję, ani bez tego kalafiora, co go kupiłam na obiad. Nie będąc bretarianinem, o ile rzeczywiście tacy są, zwyczajnie nie przeżyję.
Dlaczego i po co to święto? Tak bardzo wyprowadzające z równowagi, ze zwyczajnego toku myślenia, zwyczajnego dnia.
Z drugiej jednak strony dobrze jest mieć przecież dzień wolny. Odetchnąć od szarej rzeczywistości. Pospać trochę dłużej i zapomnieć o wszelkich obowiązkach. Tylko, czy w jeden dzień to się uda?
W jeden dzień dla tych, którzy następnego dnia muszą zwlec się z łóżka do pracy.
Nie wszyscy przecież mogą się obijać przez cztery dni.
Czy możemy zrealizować swoje plany wypoczynkowe jednego dnia i jeszcze po drodze skoczyć do kościoła, jeśli jesteśmy katolikami? Czy nie wymagamy od siebie zbyt dużo? Czy nie chcemy przeskoczyć własnego cienia, wymagając od siebie zbyt wiele? Odpoczynek, kościół, jedzenie, telewizja, obowiązkowy spacer i co? 
Co pozostało z tego dnia?
Okruchy, drobne śmieci do wyrzucenia albo cały niezjedzony chleb i siatka z bułkami.
Jutro, gdy będziemy szli do pracy, rzucimy je gdzieś koło bloku dla naszych kochanych gołębi.
Niech ptaszki czasem nie umrą z głodu. Co z tego, że one już mają wielkie brzuchy i nie zjadły jeszcze tego, co wyrzuciliśmy wcześniej. Może nasz chleb zje jakiś kot bezdomny albo pies. One takie głodne.
Mój pies na przykład. Niby zje w domu, ale wyjdzie i się rozgląda, co by tu jeszcze przekąsić.
Wybór w niektórych miejscach jest wielki. Szkoda tylko, że czasami chleb spleśniały, niezbyt świeży, twardy. Najważniejsze, że mój pies i wszystkie psy zgłodniałe z całej okolicy mają, co zjeść.
Dzięki nam już nie są głodne. Ani trochę. Dzięki nam i dzięki temu świętu. Następnej okazji do zdobycia jedzenia.
Czy bardzo spłycam to święto, zwłaszcza, że ja sama chleb kupiłam?
Przyznaję, bardzo. W końcu nie o to w tym święcie chodzi. 
Przyznaję. Nie to jest tu najważniejsze, żeby sobie usiąść przy stole, 
obejrzeć telewizję i zjeść, co się da. Potem ewentualnie z całą rodziną wyjść na spacer.
Najważniejsze jest samo święto. Uroczysta procesja i wszystko to, co dzieje się w kościele.
Reszta to drobny i nieistotny dodatek. Modlitwa i skupienie. 
Radość z tego, co się wydarzyło kiedyś.
A wiecie chociaż, co się wydarzyło, bo ja na przykład nie wiedziałam. 
Tyle lat chodziłam do kościoła i na lekcje religii, której wtedy w szkołach nie było, 
a nie wiedziałam nic. Tylko bezmyślnie chodziłam do kościoła. Może mi ktoś powiedział, 
a ja tego nie pamiętam.
Zwyczajnie nie słuchałam, tak jak w szkole tych wszystkich ważnych lekcji, ważnych przedmiotów.
I teraz dopiero swoją wiedzę uzupełniłam. Zaraz podam Wam wszystkie ważne linki. Ważne dla tych, którzy by chcieli zgłębić wiedzę na ten temat i może nie mają źródeł albo im się szukać nie chce.
Tym ciekawym tematu je udostępnię. Jeden ciekawy link na temat święta i religii i drugie o świętach Słowian. Nie było tym razem wcześniej żadnego słowiańskiego święta.
Boże ciało jest całkowicie z tej nowej religii, chyba, że coś przeoczyłam. 
I jednak było kiedyś w tym miejscu jakieś święto słowiańskie. W końcu nie muszę znać wszystkich książek i całego internetu.
Nie, wcale nie muszę. 
Znalazłam, to co, znalazłam i tym się podzielę, życząc Wam wszystkim miłego dnia tego, 
a zwłaszcza tych następnych.
P. S. Przepraszam wszystkich, którzy po tym, co przeczytali poczuli się obrażeni.
To tylko ,, słowa, słowa, słowa,,.

niedziela, 15 czerwca 2014

Tajemnicze spotkanie.

Po ostatnim temacie ,,porno,, poczułam się wypalona i już myślałam, że to koniec mojego blogowania. Nic więcej nie napiszę.
Jednak moi kochani, bliscy mi ludzie wciąż mnie pocieszali, jak ja Was czasem pocieszam.
Jak mi się uda. Mówili mi pisz dalej, a jak poprzedni temat tak cię wykończył, napisz coś lekkiego.
I oto znów jestem z nowym tematem.
Tym razem będzie to opowiadanie, a ponieważ niektórzy z Was uważają, że będzie o nich i ich życiu i nawet z tego powodu grożą mi klątwami, że niby jak opublikuję to opowiadanie, rzucą nimi we mnie. Napiszę na samym początku, wyraźnie i dużymi literami :
WSZELKIE PODOBIEŃSTWA DO MIEJSC I OSÓB ISTNIEJĄCYCH
W RZECZYWISTOŚCI SĄ NIEZAMIERZONE I PRZYPADKOWE.
Jeśli to Wam Kochani nie wystarczy to proponuję nie czytać wcale, a jak już się upieracie przy czytaniu, zażyć lek uspakajający.
W każdym razie to jest opowiadanie zmyślone od początku do końca i nie ma w nim realnych osób, chociaż opiera się na rzeczywistości.


Feliks siedział w pubie. Samotny, nieszczęśliwy i mocno zamyślony.
Gdyby mężczyźni płakali on by już się we łzach utopił, a tak tylko siedział z bardzo smutną miną.
Zastanawiał się czy w ogóle wrócić do domu, bo co tam na niego czekało. Nic.
Nawet pies z kulawą nogą. Jedynie zimne łóżko, brat-idiota i stary ojciec.
Do nich niby miał wracać?
W pubie było o wiele ciekawiej i weselej.
W pobliskim kącie jakaś panienka płakała i się śmiała. Feliks już miał się do niej przysiąść, gdy nagle zauważył, że ona wcale nie jest sama. Facet leżący pod stołem lizał jej nogi.
O matko-myślał Feliks-ta to ma szczęście. Mnie nikt tak od dawna nie lizał, ani nie łaskotał, nie głaskał i nie ciągnął za włosy, w ogóle nic ze mną nie robił. Tylko ta dziewczyna.
Rozmarzony Feliks zaczął wspominać i nawet nie wiedział, kiedy zasnął z głową opartą na blacie stołu.
W jego wspomnieniach marzeniach pojawiła się ona. Jego ostatnia, jedyna miłość. Alicja.
Znów miała tak jak wtedy piękne długie jasne włosy i oczy zielone.
Później nigdy już takich nie widział.
W swojej letniej, pełnej kwiatów sukience pochyliła się nad nim i zaczęła całować.
Jej wargi były takie ciepłe i smaczne jak czereśnie, które zjadł zamiast obiadu.
Włosy pachniały nadchodzącym latem.
Samo to wystarczyło, by zapomniał, gdzie i kim jest naprawdę.
Ona zdjęła sukienkę, cienkie białe majtki i biały biustonosz i naga weszła do jego łóżka. Dziewczyna bez kompleksów, całkowicie na luzie. Tak szybko pozbyła się swojego ubrania, podczas, gdy on z rozpiętymi spodniami, spadającymi do kolan szybko zamykał drzwi.
Te główne i te od pokoju. Potem jeszcze mocował się z długimi do kolan białymi gatkami, czy jak to się tam nazywało.
Nieważne, bo już cały był mokry i czerwony i gotowy, by zanurzyć się w gładkim ciele dziewczyny.
Ona się tylko leniwie przeciągała i wzdychała. Gładziła go delikatnie po jego szorstkim ciele.
W zasadzie wcale się nie wysilała, bo i po co. To on ją zdobywał, nie ona jego.
On był wojownikiem, a ona jedynie kotką na dachu pełnym słońca. Całkiem dla niego nieuchwytną, bo chociaż całował jej włosy, jej szyję i jej duże piersi, jej tu nie było. Zanurzona w sobie i tylko w sobie latała jak motyl gdzieś daleko. To nie było prawdziwe połączenie ciał i dusz, ale Feliks zajęty swoim podnieceniem nie widział niczego. On jedynie czuł jej ciało gorące, namiętne, pachnące i po prostu piękne. Takie chętne i żarliwe.
I wtedy, gdy już prawie czuł swoje spełnienie, nagle wszystko się urwało.
Jakby w samym środku najciekawszego filmu ktoś nacisnął klawisz stop.
Feliks się obudził. Był w tym samym pubie, a jednak nie w tym samym.
Ten był zdecydowanie bardziej mroczny jakby ktoś połowę górnych świateł wyłączył.
W dodatku na przeciwko niego przy jego stoliku siedzieli oni.
Facet z dziewczyną. Skąd się wzięli, kim byli. Zanim zdążył coś powiedzieć odezwał się on.
- Jestem Toszeńko, a to-wskazał na dziewczynę jak na jakiś przedmiot-Radomiła.
-  Moja uczennica i kochanka.
Feliks nic nie odpowiedział. Radomiła też nic nie powiedziała. Żaden mięsień nie poruszył się na jej twarzy. Była jak manekin. Nie, jak android. Bez uczuć.
Feliksowi myśli przebiegały przez głowę jak błyskawica, ale trwało, to tylko chwilę.
Gdy tajemniczy mężczyzna spojrzał jeszcze raz na niego, wszystkie się zatrzymały.
Feliks już nie myślał. Widział.
Mężczyzna miał brązowe włosy, ale gdy światło w jakiś sposób odwracało się od nich, robiły się czarne. Podobnie było z rysami twarzy. Te oczywiście nie były brązowe.
Były proste regularne, gdy światło go oświetlało. Znikając, zabierało całą regularność.
Twarz się wyostrzała i robiła groźna.
Feliks po raz pierwszy poczuł strach. Wiedział, że ten facet i jego niby uczennica mogą mu zrobić coś złego. Nie wiedział co i ta niewiedza była gorsza niż wiedza.
Feliks się bał. Trzęsły się jego ręce i serce.
Tymczasem facet jakby tego nie widział.
- Uważaj. Dwa razy nie będę tego powtarzał.-Pochylił się nad nim tak bardzo, że Feliks zobaczył dokładnie nie tylko jego czarną skórzaną kurtkę, ale również poczuł jego zapach, a ten zapach nie był dobrym zapachem. Kojarzył mu się z ciastkami, które robiła jego ciotka Dynia, nazywana tak przez bliskich z powodu swojej tuszy.
One były niby normalne. Pachniały czekoladą, wanilią i rodzynkami. Jednak coś w nich było innego i dopiero, gdy ciotka umarła, Feliks zdał sobie sprawę, że ciastka były złym omenem, a teraz takim omenem był ten facet.
Pochylił się nad nim i Feliks myślał, że go zabije, gdy ten nagle zaczął się śmiać
 i z groźnego stał się starym kumplem.
-Spójrz za Tobą jest Twój kumpel z facebooka-Powiedział
Feliks znów nic nie był w stanie z siebie wydusić. Jaki znajomy? Z jakiego facebooka?
On nie ma żadnego facebooka? Co to takiego ten facebook?
-Dowiesz się niedługo. Mój nick zapamiętaj, Toszeńko, ale Radomiły staraj się nie pamiętać. Ona jest moja. Zrozumiano?- Toszeńko znów się śmiał.
Czy z niego, Feliksa? Od czasu, kiedy Alicja odeszła, niczego nie był pewien. Raziło go każde lekko skrzywione spojrzenie, zbyt szeroki uśmiech, a śmiech rozstrajał go całkowicie.
Dlatego nic nie powiedział. Zgodnie z poleceniem dziwnego obcego odwrócił się i zobaczył.
Siedział przy stoliku obok ściany. Nie siedział, rozpierał się całą swoją tuszą człowiek cały w czerni z amuletami i wisiorkami na szyi i z burzą długich kręconych włosów ciemnych jak smoła.
-Kto to?- wykrztusił z siebie Feliks.
O dziwo Toszeńko całkiem rozbawiony odpowiedział.
-Mariusz
Feliks chciał zapytać jaki Mariusz, ale widać było,że Toszeńko już go nie słucha.
Szepnął coś Radomile, a ta posłusznie wstała i odeszła. Piękna, smukła, młoda. Przypominała trochę Alicję, gdy tak szła prawie nie dotykając ziemi. Prawdziwy motyl. Księżniczka z bajki.
Gdyby taką...
Feliksowi ledwie to przez myśl przeszło, gdy ręka Toszeńki uderzała go z całą siłą w twarz.
-Nawet o niej nie myśl, zrozumiano.
Feliks nic nie rozumiał, ani trochę. Wiedział tylko, że Radomiły nie będzie mógł dotknąć.
-To, co Ci powiem nie jest przeznaczone dla kobiet dlatego ją odesłałem.
Toszeńko objął Feliksa jak swoją kochankę.
Feliks poczuł, że przeszywa go dreszcz. Co ten facet z nim zrobi?
Toszeńko się odsunął. On chyba czytał myśli Feliksa.
To było zbyt okropne.
-Nie rozczulaj się- Toszeńko poklepał go po plecach.
-Z tą dziewczyną możesz zapomnieć o Alicji. Widzisz?
Feliks zobaczył. Stała nieśmiało przy drzwiach. Miała długie włosy jak Alicja i coś jeszcze w sobie.
Była podobna, choć inna. Zupełnie inna. Miała na sobie długą, niebieską letnią sukienkę jakby była duchem, bo przecież na zewnątrz wcale nie było zimno.
W kieszeni trzymała karty tarota i dlatego Feliks się nie zdziwił, gdy Toszeńko powiedział, że jest wróżką.
-Spotkasz ją na facebooku. Jest świetna. Zna doskonałe sztuczki.
Wiesz o co chodzi?-Toszeńko porozumiewawczo mrugnął okiem.
Feliks się domyślił, a resztę zobaczył w swojej głowie.Jej niebieską sukienkę porzuconą na trawie razem z jej baletkami i niebieskimi majtkami. Jej ciało doskonale brązowe od opalania się na nago.
Feliksowi zakręciło się w głowie od nagłych emocji.
Toszeńko się skrzywił. Powiedział dość i wszystko znikło.
Feliks się obudził w swoim łóżku. Musiał wstać jak zawsze o tej porze i iść do swojej nudnej pracy w bibliotece. Była ósma. Rok 2000.
W 2010 poznał na facebooku dziewczynę, z którą się ożenił. Była podobna do Alicji.
Miała na imię Marzena i wróżyła z kart tarota.
Mariusza Feliks też poznał. Ten został jego przyjacielem i spotykali się tak często jak mogli.
Mariusz zauroczył całkowicie Feliksa swoją grą na trąbce. Zauroczył też jego żonę, o czym oczywiście Feliks nie wiedział.      
    

czwartek, 12 czerwca 2014

Nie zbyt dobra porno nowina.


Bracia, trzeźwi bądźcie i czuwajcie, bo przeciwnik wasz, diabeł, krąży jak lew ryczący, szukając kogo by pożreć. (1 P 5.)

Takie słowa znalazłam gdzieś w internecie. Muszę powiedzieć gdzieś, bo już nie pamiętam,  gdzie to było. Pewnie na jakieś stronie pro katolickiej.
Strona ta podobnie jak kilka innych powtarza za obcojęzycznym źródłem wiadomość o wpływie filmów porno na nasz mózg. 
Dokładnie na tzw. substancję szarą czyli komórki nerwowe, które wraz z substancją białą tworzą ośrodkowy układ nerwowy.
Podobno amerykańscy uczeni odkryli, że pod wpływem częstego oglądania takich filmów, a nawet rzadkiego zerkania na nie, nasza substancja szara się kurczy. 
Jest jej coraz mniej i w związku z tym zmniejsza się nasza motywacja.
Nie wiadomo jednak, czy jest to prawda. Badania nad wpływem porno na mózg są w trakcie, a jak to często bywa, wiadomości z internetu czy z telewizji już to podają jako prawdę objawioną i oczywiście wszystkie o tym piszą w ten sam sposób (żeby było jasne, piszą dziennikarze, blogerzy itp., nie wiadomości).
Czy substancja szara się zmienia czy nie, nie dowiecie się tego tak na 100%.
Być może jest tak, że filmy porno oglądają tylko osoby o małej ilości substancji szarej.
Ogólny wniosek nic nie wiadomo i w zasadzie to byłby koniec, gdyby nie komentarze stałych oglądaczy porno. Komentarze znajdziecie tutaj tzn. gdzieś tu. Na tym forum. 
Sami sobie znajdziecie ten temat dotyczący zgubnego wpływu porno, a przy okazji pewno coś ciekawego dla siebie.
W każdym razie jeden z panów skarży się na uzależnienie od filmów z seksualną, bardzo wyuzdaną akcją tzw. hardcore. Czemu się skarży? Zapytacie, przecież to całkiem fajne filmy.
Skarży się ponieważ od czasu oglądania tych miłosnych igraszek na ekranie, w jego związku nie ma już namiętności.
Partnerka stała się narzędziem do zaspakajania rozkoszy. Pan doskonale zdaje sobie sprawę, że długo coś takiego się nie utrzyma. Jego wybujała wyobraźnia połączona z odpowiednią dawką agresji. Bardzo instrumentalne traktowanie dziewczyny.
W końcu ona nie jest żadną gwiazdą porno gotową na wszystko w zamian za dużą, odżywczą dawkę pieniędzy.
Inni panowie, którzy wypowiadają się w tej sprawie i mu radzą, co z tym fantem zrobić, przyznają, że mają podobne odczucia, jeśli chodzi o oglądanie filmów porno. 
Kobiety, które tu występują, na forum, zamiast radzić przeważnie się oburzają.
One raczej nie oglądają takich filmów i pogardzają tymi, którzy oglądają.
Jednak na innym, kobiecym forum są  zupełnie inne. Kobiety inne. 
Te przyznają otwarcie, że lubią i oglądają ze swoimi partnerami lub same.
W końcu co mają robić te samotne z pragnieniami? Powiesić się na drzewie?
Oczywiście są i takie święcie oburzone na swoich partnerów, którzy przed seksem z nimi coś takiego oglądają. Zdrada to przecież okrutna, nawet jeśli później oni są 100 razy lepsi niż przed oglądaniem, ale czy są?
Jestem pewna, że to tylko teoria i jak ktoś głupi, głupi pozostanie nawet, gdy zje encyklopedię.
Ogląda taki porno. Zachwyca się nim, ale z dziewczyną i tak nic zrobić nie potrafi. 
Z dziewczyną albo z żoną i potem strasznie się dziwi, że żona poszła na bok z sąsiadem.
To taka mała dygresja raczej fantastyczna nie związana z życiem, ale przyznacie, że tak może być.
W każdym razie, kończąc już ten ciężki temat, powiem.
Moim zdaniem porno szkodzi lub nie szkodzi, a to zależy od podejścia do tematu, realizacji w życiu, własnych przekonań i intencji czyli zupełnie jak z cukierkami.
Myślę sobie od nich zęby mi wypadną i moja myśl się urzeczywistnia.
Sądzę, że mi nie szkodzą i jest tak jak sądzę.
Jednak niezależnie od tego, co tu bredzę warto jednak ćwiczyć medytację zamiast oglądania głupich filmów. 
 
Tag: Seks  

 







poniedziałek, 9 czerwca 2014

Świat widziany oczami rozjechanego psa.


To nie będzie miły temat. Trochę nudny. 
Trochę smutny i sentymentalny jak opowiastki dla grzecznych dziewczynek.
Nie pamiętam, kiedy to było.
Wracałam do domu. Szłam poboczem średnio ruchliwej ulicy.
Samochody mijały mnie od czasu do czasu. W głowie różne niepozbierane myśli.
Najważniejsze, że jestem już blisko. Zaraz skręcę na bezpieczną małą ścieżkę polną. Przejdę kawałek obok wysokich drzew i pola ogołoconego z zielonych krzewów i znajdę się przed moim niepozornym domem. Niby wielkim, ale niepozornym i hałaśliwym. 
Jednym z wielu rosnących tu jak grzyby po deszczu ponurych blokowisk.
Czy coś takiego w ogóle można nazwać domem. Bezpiecznym schronieniem?
Myślę tak o moim domu, niedomu, gdy nagle widzę jego.
To już nie on. Jedynie jego rozkawałkowane zwłoki. Porzucona sierść jak futro z obdartego żywcem królika. Gdzieś obok mały pyszczek wykrzywiony w cierpieniu.
Nie, nieprawda zwierzęta nie cierpią. Czy nie tak mówiła pani na religii? 
To tylko nam się wydaje, że cierpią. Naszym głupim, ograniczonym zmysłom.
Mimo to patrzę na niego. Na psa, którego ktoś przejechał. 
Tutaj przed żelazną bramą, za którą nie wiadomo co. Góry piasku. Pustynia? 
Nowy ciemny blok? Pełna jazgotu fabryka? Czy może cicha, elegancka firma komputerowa?
Oczami wyobraźni już wiem jak to było. 
Jakiś duży, wprost olbrzymi wóz na kółkach, takie jazgotliwe wielkie brzydactwo jechało tędy. Kierowca zajęty jedzeniem kiełbasy, słuchaniem radia i gadaniem przez telefon, nie mógł go widzieć. Zresztą nawet, gdyby nie był tym wszystkim zajęty, czy by go widział. Może akurat w tym momencie wspominałby gołą panienkę z Playboya i jej idealne kształty.
Przejechał go. Pojechał dalej. Nie usłyszał jego płaczu. Nie zobaczył jak umiera.
Tylko ja, gdy się pochylam nad nim widzę to.
Przed oczami mam też mojego dawnego przyjaciela Janka. 
Nie,nie łóżkowego, ale zwykłego.
Śmieje się, mówiąc, mnie możecie pochować pod śmietnikiem. 
Jakie to ma znaczenie, gdzie będzie leżało moje ciało. Moja dusza i tak pójdzie do Boga.
A czy pies ma duszę?
Pytanie podstawowe. Co by powiedziała pani od religii, że nie. Nie ma.
Dlatego wszyscy, gdy umrze mówią, zdechł. Na lepsze słowo sobie nie zasłużył.
Ani na krzyż, ani na godny pochówek, ani na Jezusa, ani na Boga.
A tym czasem pies przed śmiercią widzi jakąś istotę. 
Wielką i pełną światła.
Ona, On mówi, chodź ze mną.
Pies, choć martwy tutaj, tam ożywa. Biegnie i macha ogonem, bo tam dalej, wie to na pewno zupełnie inny magiczny, kolorowy świat.
Jego rozkładające się ciało zostało w tym jak ubranie zimowe, które zostawiamy w szafie, gdy nadejdzie wiosna. Już niepotrzebne. 
Owszem można je włożyć do drewnianej szafy z krzyżem albo zwyczajnie spalić lub po prostu zostawić, tam gdzie jest. Niech ludzie się nad nim zastanawiają.
Pies już i tak nie patrzy na to, co zostawił.
Szczeka radośnie. Skacze. Tam za długim tunelem jest piękny świat. 
Można gonić za motylami i bawić się z innymi psami, kotami i wszelkiego rodzaju zwierzakami. Może nawet z człowiekiem, który też czasem tu zagląda i głaszcze psa. 
Rzuca mu piłkę do zabawy.
Zostawmy szczęśliwego psa. Nie płaczmy za jego ciałem.
I ja odeszłam, bo co miałam zrobić. Ciągnąć gdzieś zwłoki psa?
Pewnie z babcią nie mogłabym tak zrobić. 
W końcu człowiek, ta mądra istota, wybrana przez Boga musi być godnie potraktowana. 
Z pełnym szacunkiem. 
Człowiek to nie pies, a pies to nie człowiek.
I tak doszliśmy do końca mojej dość nudnej opowieści  

Tag: Z życia

niedziela, 8 czerwca 2014

Skąd się wzięły Zielone Świątki?


Czy kiedykolwiek szukaliście odpowiedzi na to pytanie skąd i dlaczego takie święto?
Czy może po prostu przyjęliście interpretację Kościoła Katolickiego?
To drugie jest o wiele łatwiejsze, bo jak się sama przekonałam na temat dawnych obyczajów słowiańskich w internecie jest niewiele. Coś tam niby jest. Jednak nie wszystko tak jasne jak w przypadku katolickiego święta. Tutaj o wiele więcej wyjaśnień i to dość prostych.
Zacznę od wyjaśnień katolickich. Wiadomo dlaczego. Łatwiejsze.
W zasadzie mogłabym podać tylko linki do odpowiednich stron, bo tam jest wszystko.
Po co się wysilać, jeśli ktoś to już za nas napisał?
Mimo to spróbuję coś z siebie wykrzesać. Trochę informacji i refleksje.
Kościół tłumaczy swoim wiernym, że jest to Zesłanie Ducha Świętego. Jego ludowa nazwa brzmi Zielone świątki. Święto jest jednym z ważniejszych świąt kościelnych. Obchodzi się je 50 dni po Wielkanocy. Wtedy stało się coś bardzo ważnego.
Duch Święty przybył z Nieba wprost do apostołów, Maryi i niewiast zebranych w jednym miejscu. W wieczerniku.
Pod jego wpływem apostołowie nagle zaczęli przemawiać w innych językach i otrzymali dary duchowe.
Niestety kościół nic nie mówi o Maryi i niewiastach, a może ja się tego nie doczytałam.
Czy one też mówiły w obcych językach i dostały charyzmaty jak apostołowie?
Czy może kobiety skalane grzechem, w tym o dziwo i Matka Boska, na coś takiego nie zasługiwały?
Nie jest to pierwsza i nie ostatnia dyskryminacja kobiet w Kościele. Słuszna dyskryminacja, bo przecież kobiety to córki Ewy tej pierwszej żądnej wiedzy kobiety.
Dodam od siebie. Ciekawskim kobietom zawsze się uciera nosa prędzej czy później.
Już mi się nie chce pisać o święcie katolickim, więc jeśli chcecie więcej na ten temat, zajrzyjcie tutaj.
Tam są wszystkie ważne informacje, a jak nie, zapytajcie księdza. On jest najlepszym źródłem informacji w tym względzie.
Przejdźmy teraz do innego święta. Święta, które poprzedzało obecne Zesłanie Ducha Świętego i Zielone Świątki. Święto nazywało się Stado.
Skąd ta dziwna nazwa? I czym było owe święto?
Jak i po co je obchodzono?
Odpowiem w skrócie i jak zwykle odeślę Was do bardziej dokładnych informacji.
Ja przede wszystkim bardziej chciałabym podzielić się z Wami swoimi refleksjami na temat święta niż informacjami, które zawsze, jeśli ktoś się uprze, znajdzie sobie w internecie.
Święto nosiło taką, a nie inną nazwę z powodu występującej w nim popularnej zabawy.
Zabawa polegała na zebraniu się w ,,stada,,.
Nie wiem dokładnie, co zebrani w tych stadach robili, ale z pewnością nie siedzieli wtedy jak pobożni członkowie Kościoła Katolickiego, śpiewający pobożne pieśni.
Zabawa ta jak sugeruje nam kronikarz Długosz, była bardzo rozpustna.
Sama, ponieważ nie jestem zbyt grzeczna, oczami wyobraźni widzę seks wielu par.
Zwyczajnie. Każdy z każdym. Przy tym leje się wino i je ile popadnie różnych smakołyków.
Podkreślam. To tylko moja wyobraźnia. Nie wiadomo jak było naprawdę. 
Święto było na pewno wielką zabawą i przy okazji kultem płodności.
Wszyscy cieszyli się, że już jest wiosna. Cieszyli się życiem. Cieszyli się sobą.
Dopóki nie przyszli chrześcijańscy najeźdźcy i nie zabrali im święta, zmieniając je w przyzwoite Zesłanie Ducha Świętego.
Pytanie po co było takie święto wiąże się z pytaniem poprzednim.
Kult płodności miał zapewnić urodzaj na polu, w ogrodzie, w lesie i w domu.
Wszędzie wszystko miało się rodzić piękne, wspaniałe i wartościowe.
Tym było to święto. Pozostało w ludowej postaci Zielonych Świątek.
Przyznacie jednak, że to nie to samo. Szkoda mi tego święta jak i innych świąt słowiańskich.
Może nie wszystkich, bo naprawdę nie lubię lanego poniedziałku. Może, gdybym mocniej pogrzebała, znalazłby się inne też nielubiane zwyczaje.
Nie zmienia to faktu, że jest mi przykro, że dawne święto zostało zastąpione innym i inną ideologią i od lat wmawia nam się, że to nasza rodzima, jedyna prawdziwa ideologia.
Na koniec oprócz linków i wyjaśnienia, że obrazu nie ukradłam, (ta piękna panienka tak pasująca do Święta Wiosny to dzieło Marleny Kaftanowicz  ,, Makowa panienka,, ), dodam jeszcze.
Szanuję religię katolicką jak wszystkie inne religie. Wszystkie prowadzą do Boga.
To, co napisałam wyrasta wyłącznie z mojego sentymentu do dawnych Słowian.
Linki do stron o Słowianach znajdziecie tutajtutaj.

Tag:Tradycja, Obyczajowe, Religie    

sobota, 7 czerwca 2014

Ludzie, włączcie czasem swój mózg zamiast telewizji.


Niedawno byłam świadkiem dość zabawnej sytuacji. 
Postanowiłam podzielić się z Wami tą sytuacją i swoimi refleksjami na jej temat.
Wyobraźcie sobie mały, choć nie tak mały jak inne sklepy, osiedlowy market. 
Jego nazwa nieważna, bo nie mam zamiaru reklamować ani Tesco, ani Reala, ani Biedronki, ani żadnej innej podobnej sieci sklepów, która ogarnęła prawie całą Polskę. 
Zresztą tu nie o nazwę chodzi tylko o sytuację.
Wchodzę więc do tego marketu osiedlowego, jednego z wielu innych podobnych i zaraz na wstępie włos mi się jeży na rękach tzn. to co z włosa pozostało po przodkach jaskiniowcach.
Dlaczego się jeży? Z prostego faktu, że tutaj, gdzie weszłam, działa klimatyzacja. 
Nie da się wytrzymać bez swetra jakiegoś. Na zewnątrz upał. Tutaj lodówka-zamrażalnik.
Ciekawe jak Ci pracownicy to wytrzymują? Czy mają pod ręką jakieś zimowe kufajki? Czapki wełniane i długie skarpety, swetry z angory i kamizelki zimowo-odporne?
Tak sobie myślę, wchodząc do tego marketu.
Na początku dociera do mnie szum nieokreślony. Tutaj, w przeciwieństwie do innych miejsc podobnych, nie gra żadna ogłupiająco-rozrywkowa melodia.
Ludzie jak to ludzie chodzą i się rozglądają. Na nic uwagi nie zwracają tylko na półki, na których piętrzą się różne, w wielu przypadkach niepotrzebne rzeczy.
Wśród tego wszystkiego jeden, dwa głośne głosy się wybijają. Dwie najgłośniej kraczące wrony, a może raczej brzęczące pszczoły.
Przy półce z suszonymi owocami, budyniami w proszku i innymi podobnymi rzeczami stoi wysoki młody chłopak z babcią-inwalidką o niebieskiej kuli.
Ten chłopak jest największym źródłem hałasu, najgłośniej brzmiącą melodią. 
Rozmawia chyba z tzw. szefową sklepu, kobietą w stosownym dla jej firmy mundurze ciemno-granatowym.
Kobieta ta próbuje chłopcu delikatnie wytłumaczyć, że nie przeszedł dobrze rozmowy kwalifikacyjnej lub czegoś w tym stylu. W każdym razie daje do zrozumienia, że chłopak nie zostanie tutaj zatrudniony. Chłopak jednak nie przyjmuje odmowy.
W żaden sposób nie może zrozumieć tego, co szefowa do niego mówi. 
Jakby on był z Marsa, a ona z Wenus. W końcu różnią się przecież szczegółami anatomicznymi. Porównanie do Marsa i Wenus wydaje się zupełnie prawidłowe.
Tak więc, pani z Wenus grzecznie mu tłumaczy, że na wolne miejsce pracy byli też inni kandydaci.
Jeden z nich miał 4 lata doświadczenia czyli nie to, co ,,biedny,, chłopiec.
On, nazwijmy go Januszek od bohatera pewnej znanej książki p.t. ,,Ballada o Januszku,, , coraz bardziej się denerwuje. Powoli traci panowanie nad sobą.
Jak to możliwe, żeby ta kobieta wybrała kogoś innego? Dlaczego ona nie chce mu dać tego, co mu się należy?
Domyślam się, że z czymś takim spotkał się po raz pierwszy. Dotąd nikt mu niczego nie odmawiał.
Na dowód, że tak było babcia obok. Nie widać jej i nie słychać. 
Grzecznie słucha swojego wnusia i nawet nie próbuje mu przerwać, zmienić jakoś toku rozmowy.
Januszek się rozkręca. Mówi coraz głośniej i coraz więcej ma do zarzucenia swojej rozmówczyni.
Dosłownie piana mu z pyska leci jak u konia szalonego, a że porównanie do konia stąd i pysk.
Szefowa nie jest ani świętą ani błogosławioną ani aniołem super cierpliwości.
Wręcz przeciwnie jej cierpliwość w pewnym momencie pęka. 
Krzyczy już na chłopaka, żeby się wynosił, bo jeśli nie wezwie ochronę.
On jej na to: Babo, krzycz głośniej, bo nikt cię nie słyszy.
Ona wkurzona ucieka na zaplecze.
Chłopak zostaje z milczącą babcią, która pewnie po raz pierwszy zobaczyła, że Januszkowi można się przeciwstawić. Powiedzieć nie jego rosnącym pragnieniom i ciągłym rozkazom.
Januszek pyta jeszcze, czy babcia będzie stała w kolejce do kasy, bo pewnie i kasę ma zamiar zaatakować po niezbyt udanym ataku na szefową sklepu.
Biedna babcia z dwoma serkami w dłoni mówi, że owszem stanie w kolejce, a kochany Januszek niech się uspokoi.
Przy kasie duży chłopiec dzieli się swoimi emocjami z kasjerką. Tej z obowiązku uśmiechniętej babce mówi: ach, żeby tamta była taka sympatyczna jak pani.
Dość już tych opisów. Czas na komentarz.
Mam nadzieję, że będzie krótki.
Nie ośmieszajcie się dziewczynki i chłopcy wychowani przez chuchające na Was babcie, mamusie i tatusiów. 
W domu może i przejdzie coś takiego. Nie dostaniecie zabawki. Rzucicie się na podłogę, ale u pracodawcy nigdy się to nie uda. I nie ten będzie miał pracę, co głośno krzyczy i się gniewa.
Tutaj zawsze zwycięży grzeczność, osobista kultura, umiejętność robienia dobrego wrażenia i dobrej rozmowy.
Jeśli jeszcze o tym nie wiecie, nie pchajcie się do sklepu, ani do biura i nie ciągnijcie z sobą babci jak psa na smyczy, bo tylko obciach robicie sobie i babci.
Czy można coś więcej powiedzieć?
Nic dodać, nic ująć.

Tag: Z życia

czwartek, 5 czerwca 2014

Szekspirowskie rozmowy.


Długo zastanawiałam się nad tym tematem. 
Czy jest sens pisać o czymś, co jest w tak wielu miejscach w internecie?
A o czym chciałam pisać? 
O słuchaniu, słyszeniu i udanej rozmowie. Prawda, że banalny temat.
Jednak ja już na podobne, banalne tematy pisałam. Mogę napisać i o tym.
Tyle, że ze swojego, mam nadzieję niebanalnego punktu widzenia.
Zacznijmy od tego, całkiem fantastycznego stwierdzenia. 
Szekspir żyje. Jest dzisiaj zwykłym przeciętnym człowiekiem o przeciętnej urodzie. 
Jak to się stało, że żyje? Zwyczajnie. Przeszedł koło życia ponownie i znów się urodził.
Tym razem w czasach internetu i będącej zawsze pod ręką komórki.
Założył konto na facebooku. Dlaczego? Po prostu bardzo chciałby pisać.
Czuje, że wiele mógłby napisać, ale coś go powstrzymuje, blokuje.
Oczywiście nie wie, że kiedyś dawno temu był pisarzem i stąd jego romantyczne ciągoty do pisania. Pisania wierszy, opowiadań i bardzo grubych powieści.
Jednak pisać nie może. Nie potrafi, chociaż całymi godzinami siedzi przy komputerze i czasem także przy swoim zeszycie, przy lub obok, bo zazwyczaj kończy się tylko na myśleniu o tym, co mógłby napisać.
Wszystko się zmienia, gdy pod wpływem impulsu wchodzi na stronę facebooka.
Na początku jest bardzo rozczarowany. Gdzie ci ludzie, co mieli oglądać, to co on udostępnia? Oprócz niego nikogo nie ma. Jedynie komputer proponuje dodanie takich czy innych ,,znajomych,,.
Ale kogo by tu dodać? Kto byłby ciekawy? Dla kogo nasz nowy Szekspir miałby pisać?
Czy jakaś piękna dziewczyna by się nim zainteresowała? I spotkała się z nim w tzw. realu?
Tak myśli Szekspir bo jest jeszcze młodym, powiedzmy dość młodym mężczyzną 40 letnim.
Od dawna nie miał żadnej kobiety. Wszystkie były tak nieosiągalne jak własna twórczość, zamknięta na klucz w jednej z szaf jego umysłu. Wszystkie nadal są nieosiągalne. 
Szekspir jest po prostu zbyt nieśmiały, by jakąś zdobyć. Z nikim nie potrafi dobrze rozmawiać, ani mówić. Co dopiero z kobietą.
Mimo wszystko nie traci nadziei. Zaczyna zapraszać na swój profil różnych ludzi. Idzie mu to jak przysłowiowa krew z nosa. Bardzo, bardzo topornie.
I nagle pewnego dnia, ni z tego ni z owego wpada na dobry temat. Temat-klej, który jak go udostępnisz na facebooku, przyciąga i przykleja do Ciebie różnych ludzi. Pewnie, że nie na zawsze, bo klej z czasem trochę wysycha i niektórzy przyklejeni odpadają.
Zdarza się, ale nie ma co rozpaczać, bo taki temat jest też wspaniałym otwieraczem wszystkich zamkniętych w umyśle szuflad. To dzięki niemu Szekspir zmienia się i przeistacza w Prawdziwego Poetę i Opowiadacza.
Nie ma już dla niego tajemnic dobrej rozmowy. Te tajemnice dla niego nie są już tajemnicami. 
Dzięki temu może poważnie rozmawiać z poważnymi, bawić się z bawiącymi, słuchać tych, którzy chcą być wysłuchani.
A jeśli chodzi o kobiety staje się Tulipanem, facetem niezwykle pożądanym przez wszystkie istoty rodzaju żeńskiego.
Teraz zapytacie jak to zrobił. Jakie zastosował techniki? Co wymyślił nowego?
Ja odpowiem. Nie wiem. Jeśli szukaliście rady co jak i kiedy, to nie w tym miejscu próbujecie znaleźć odpowiedź.
P. S. Zwyczajnie, chciałam napisać radę, co robić, żeby pięknie i z każdym w ten sposób rozmawiać. Jednak coś, co siedzi w mojej głowie napisało inną historię. Moim zdaniem też piękną opowieść, chociaż nie dowiecie się z niej dlaczego i jak: słuchać, rozmawiać itd. itp.
I jeszcze jeden mały szczegół, czy dawny Szekspir lubił kobiety?

Tag: Realizm magiczny

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Nowy lepszy świat w wersji polsko-katolickiej.



Nie będzie to recenzja starej dobrej książki, ale wizja przyszłej wspaniałej Polski.
Wyobraźcie sobie Kochani, że w dalekiej lub bardzo bliskiej przyszłości rządzi nami System Sumienia Katolickiego. Prawda, że ciekawe?
Wszyscy musimy stosować zasady Kościoła Katolickiego najwyższej władzy w Polsce.
A jakie są te zasady?
Po pierwsze nie wolno robić różnych rzeczy, które nie podobają się Kościołowi.
Kobietom nie wolno uprawiać wolnego seksu, bo mogą z tego wyniknąć przykre konsekwencje w postaci niechcianego dziecka.
Mężczyźni owszem mogą, bo to oni przecież według obowiązującej w szkołach Biblii byli tymi pierwszymi. Z żebra pierwszego mężczyzny powstała pierwsza kobieta.
Poza tym, a może przede wszystkim, to właśnie kobieta, nie mężczyzna posłuchała głosu złego węża. I jeszcze w dodatku za namową owego węża sięgnęła po zakazany owoc z drzewa poznania dobra i zła.
Dlatego teraz w Nowej Wspaniałej Polsce to kobiety ponoszą odpowiedzialność za całe zło.
To one przede wszystkim zostaną ukarane, gdy złamią zakaz i spróbują wolnej miłości-seksu pozamałżeńskiego. Niechciane dziecko będą musiały urodzić. 
Żaden, powołany przez panujący wszem i wobec System, lekarz ginekolog, ani nawet lekarz internista nie przepisze jej szybko działającej tabletki poronnej. Nie wykona zabiegu aborcji.
Bez względu na to czy jest to dziecko wielkiej miłości, czy też dziecko poczęte z gwałtu. 
Jak również dziecko z poważną wadą, którego kobieta nie chce urodzić lub dziecko bezpośrednio zagrażające zdrowiu swojej matki.
A jeśli kobieta zaplanuje sobie wcześniejszą sztuczną ochronę przed ewentualnym dzieckiem, to System i tak jej na to nie pozwoli.
Kobieto, czy nie rozumiesz-powie jej lekarz ginekolog-seks Bóg wymyślił po to, żebyś rodziła dzieci, a nie dla Twojej przyjemności. 
Tak Nowa Wspaniała Polska będzie rajem na Ziemi dla wszystkich grzecznych katolików.
Złe kobiety zostaną odesłane do obozu pracy, gdzie będą rodzić dzieci non stop na okrągło.
Komu i dlaczego podoba się taka wizja i kto dąży do jej realizacji?
Czy muszę Wam zawsze podpowiadać właściwą odpowiedź?
Tutaj sobie ją znajdziecie. Obejrzycie i się dowiecie, jeśli jeszcze nie wiecie, kto, co i jak.
Jak widzicie Nowa Wspaniała Polska to nie koniecznie wymyślona przeze mnie fikcja literacka. 
To nie dalsza część ,, Nowego Wspaniałego Świata,, napisana przez potomków wielkiego pisarza.
Niestety wizja jest okrutną, zbliżającą się katastrofą. Zbyt straszną, by ją w szczegółach opisywać.
Dlatego rzucę tylko parę luźnych obrazów. Sami je sobie połączcie w komiks.
Kobiety w szarych, siermiężnych ubraniach, czarnych butach, długich sukniach z czarnymi chustami na głowie grzecznie prowadzą tabuny dzieci do przedszkola. Tam witają je panie przedszkolanki w obowiązkowych biało-granatowych strojach. Uśmiechnięte od ucha do ucha. Zabierają dzieci. Oddzielnie dziewczynki i chłopcy. W grupie dziewczynek pani w okularach tłumaczy zasady życia zgodne z prawem bożym. Opiera się na Biblii, dokładnie na tekstach z Nowego Testamentu, a także na dekalogu. Nie zabijaj to hasło dominujące. Dotyczy ludzi, bo zwierzęta duszy nie mają. 
Tylko ludzie. Gdy jakaś dziewczynka płacze, bo jej piesek umarł, a przedtem bardzo skomlał, pani dziewczynkę poprawia. Nie umarł, zdechł drogie dziecko. On nie miał duszy, przecież to tylko pies. I nie martw się on nic nie czuł. Skomlał tak, bo ma w sobie taki mechanizm do skomlenia.
Inny obraz.
Zapłakana kobieta prosi lekarza, żeby usunął jej ciążę, bo jeśli tego nie zrobi, ona nie przeżyje. 
Ma chore serce, a może coś innego. Jednak lekarz jest nieugięty. Spokojnie tłumaczy kobiecie, że nie może rozpaczać. Dziecko to wielki skarb i dar od Boga. 
A jeśli ona nie przeżyje, to znaczy tak miało być. Kobieta wychodzi od lekarza zupełnie załamana i wiesza się na pobliskim drzewie, bo nie ma pieniędzy na wyjazd i aborcję za granicą albo w prywatnej klinice, w której ostali się ostatni ateiści, którzy za odpowiednią kwotę zrobią wszystko dla takich kobiet.
Nie wystarcza Wam Kochani Katolicy myślący zgodnie z literą kościelnego boga.
To jeszcze jeden obraz.
Młoda dziewczyna chciałaby kochać się ze swoim chłopakiem, ale nie może, bo dostępne środki antykoncepcyjne to jedynie termometr i kalendarzyk. Ona wie, że może się uda, a może nie, bo nie są to pewne metody. Czytała o tym w jakimś zagranicznym piśmie, jednym z tych zabronionych w Nowej Polsce. Jedyny sposób, by poznać bliżej ciało chłopaka, to oczywiście ślub katolicki. Dopiero po ślubie się okaże, że chłopak to zwykły, ukryty gej. Podrywał dziewczynę, bo chciał się podlizać jej ojcu, super ważnej osobie na ważnym stanowisku. Co ma teraz zrobić dziewczyna? 
Wziąć sobie kochanka? O nie takie proste. W Nowej Polsce wszyscy na wszystkich donoszą do naczelnego księdza. Poza tym, nawet jeśli nikt nie doniesie, sprawa i tak może się wydać za 9 miesięcy, bo nie ma już przecież tabletek antykoncepcyjnych.
Dość zmęczyła mnie wizja poprawnej politycznie Nowej Wspaniałej Polski.
Owszem została jeszcze sprawa eutanazji i zapłodnienia ,, in vitro,, , ale to sami sobie wymyślcie.
Ja tylko podpowiem kluczowe słowa. Babcia, która się męczy i chciałby już umrzeć, małżeństwo, któremu brakuje dzieci.
Powiedzcie im proszę tak miało być. Jest zgodne z prawem Bożym.
Mam jedno pytanie na koniec.
Skąd wiecie katolicy, co tak naprawdę chce Bóg? Bo ja niestety nie wiem i chciałabym jakąś odpowiedź.

Tag: Społeczne, Obyczajowe, Religie  
       

niedziela, 1 czerwca 2014

Jeden dzień z życia Szarej Myszy.


Z okazji Dnia Dziecka postanowiłam podarować Wam jedno ze swoich opowiadań. 
Może Wam się spodoba.
Dawno, dawno temu, w zupełnie innych niż teraz czasach żyła sobie z mamą i tatą pewna mała nieśmiała dziewczynka. Miała na imię Janina. To imię nigdy jej się nie podobało. Podobnie jak wiele innych rzeczy. Wczesne wstawanie rano i tylko po to, żeby zjeść znienawidzoną zupę mleczną, chodzenie do przedszkola przeważnie z tatą za rękę i wreszcie siedzenie bez końca w przedszkolu jak więzień w klatce więziennej.
To były jedynie niektóre rzeczy, które jej się nie podobały. Nie przesadzimy, mówiąc, że w zasadzie w jej życiu nic się jej nie podobało. No, może tylko słodycze, ale na pewno nie pojawiający się po nich, dość często, ból głowy lub ból zębów.
Janina mieszkała w szarym, ponurym wieżowcu z równie szarymi jak wieżowiec rodzicami i babcią.  I pewnie z powodu ogólnie panującej szarości też stała się szara, chociaż nie całkowicie. Gdzieś tam w głębokim wnętrzu Janina nie była szara. Była kolorowa jak tęcza. 
Zdarzało się czasem, że tęcza się przebijała jakimś cudem na zewnątrz, lecz szybko bladła pod wpływem krzywych spojrzeń innych ludzi.
Codziennie rano Janina myła zęby, buzię, zakładała nielubianą niebieską sukienkę, podarowaną jej przez ciocię Karolinę, białe rajstopy lub skarpetki w zależności od pory roku i oczywiście różowe majtki-koszmarki, na które naprawdę patrzeć nie mogła, ale nie miała przecież pieniędzy, żeby sobie kupić inne. Zresztą nawet, gdyby miała odpowiednią ilość gotówki, w sklepie i tak nic nie było poza samotną butelką octu. 
Gdy już to wszystko założyła, posłusznie szła do babci, która czesała jej długie jasne włosy nieujarzmione i piękne w dwie porządne zniewolone kitki z białymi sztywno wyprasowanymi kokardami.
W oczach otaczających Janinę ludzi, jej rodziców, babci, cioci i pań z przedszkola wyglądała pięknie. Tylko ona sama sobie się nie podobała i dlatego nigdy zbyt długo nie stała przed lustrem. Może, gdyby stała dłużej, zobaczyłaby swoje oczy. Całkiem nieziemskie, zmieniające barwę w zależności od oświetlenia na zielono-szarą lub morsko-zieloną czyli jakby zieleń zanurzoną w zieleni. Niestety Janina nie patrzyła na siebie. Nigdy, z żadnego powodu.
Gdy wreszcie zjawiła się w przedszkolu i dygnęła grzecznie na powitanie wszystkim paniom, czas stawał w miejscu.
Inne dzieci radośnie się bawiły grami, piłeczką, misiami, lalkami, kolorowymi klockami, książkami z obrazkami, drewnianą kolejką. 
Janina jak przy stało na prawdziwą Szarą Mysz siadała w kącie zapłakana, skulona jak mokry pies, zamknięta w sobie całkowicie. Przez ściśnięte z rozpaczy gardło nie wydobywało się żadne słowo protestu przeciwko mdłej rzeczywistości.
I tak Janina siedziała aż do pory obowiązkowego leżakowania w łóżku w posępnym milczeniu jak wszystkie inne dzieci tzn. niezupełnie tak samo, bo dzieci były przecież różne i nie wszystkie tak jak ona miały ochotę wysadzić przedszkole w powietrze.
Tego jednego dnia wszystko było takie samo jak w dniach poprzednich i następnych.
Tym razem w czasie obiadu złość Janiny nagle wybuchła i zamiast grzecznie siedzieć i jeść drugie danie, kaszę z mięsem, wzięła talerzyk w kwiatki, na którym była kasza i rzuciła nim w ścianę na przeciwko. 
Na ścianie zwykle wisiały kolorowe obrazki namalowane przez grzeczne dzieci. Teraz oprócz obrazków prezentowała się kasza i rozbite mięso.
Krzyczące dzieci nagle zamilkły. Panie przedszkolanki otworzyły buzie. 
Wszystko jakby zawisło na długą chwilę w powietrzu, nie bardzo wiedząc, gdzie dalej ruszyć.
Och, gdyby ta chwila mogła trwać wiecznie-pomyślała sobie Janina.
Niestety. Chwile mają to do siebie, że przestają szybko być chwilami. 
Mijają.Ta też nieodwołalnie minęła.
Panie wreszcie doszły do siebie po szoku, jaki przeżyły. 
Po raz pierwszy ich grzeczna Szara Mysz się zbuntowała, a dlatego, że po raz pierwszy, potraktowały ją bardzo łagodnie.
Zadzwoniły do mamy, która w tym czasie siedziała w pracy i poprosiły, by przyjechała po córkę.
Zaniepokojona mama chciała wiedzieć, co się stało. Czy jej córka nagle zachorowała?
Panie jednak szybko zaprzeczyły. Nie, nie jest chora, ale lepiej zabrać ją do domu i przez kilka dni zostawić pod opieką babci. Niech się uspokoi i dojdzie do siebie, zanim wróci z powrotem do przedszkola.
Takim cudownym sposobem Janina wróciła do domu. Była bardzo szczęśliwa i podziękowała skrzatowi mieszkającemu w szafie za pomysł, który jej podsunął, gdy zapytała, co zrobić, by znaleźć się szybko poza przedszkolem. 

To wszystko. Możliwe, że jeszcze coś kiedyś napiszę o dalszych przygodach Szarej Myszy.
Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziecka.

Tag:Moja twórczość, opowiadanie