czwartek, 1 września 2016

Sen Tadeusza.

Tadeusza już znacie z opowiadania
Jak ktoś nie zna zawsze może
skorzystać z podanego przeze mnie linku,
jeśli chce. Nie musi.
Obecne opowiadanie nie jest ciągiem
dalszym tamtego.
Nawiązuje jedynie do podobnego tematu
czyli do snu Tadeusza.

Zdjęcie stąd.

Już w dzieciństwie sny były dla Tadeusza bardzo ważne.
Może dlatego, że jego matka była wróżką.
Wróżyła z tarota i ze snów ludziom, 
którzy do niej przychodzili i płacili jej za to.
Dzięki temu nie musiała ciężko pracować w fabryce.

Ojcu Tadeusza nigdy się to nie podobało.
Z tego powodu często się kłócili.
W końcu się rozeszli.
On się wyprowadził do innej kobiety.
Ona została z synem jej jedyną pociechą
oprócz tarota i snów.

Swoją pasją zaraziła Tadeusza.
Głównie wróżeniem ze snów.

Tak jak matka świetnie potrafił
sobie radzić z cudzymi snami.
Za to niezbyt dobrze ze swoimi.

Te pierwsze rozumiał lepiej od drugich.
Swoje sny brał zbyt dosłownie.
Zamiast szukać ukrytych w nich symboli,
szukał ich treści w otaczającej go rzeczywistości.

Jeśli w śnie znalazł jakiś cenny przedmiot,
próbował go odkryć na podwórku
i w drodze do szkoły.

Później próbował również zrobić ten
cenny przedmiot czyli np. machinę czasu
z pralki z guzikiem od koszuli.

Wtedy ani przez chwilę nie przyszło
mu do głowy, że to co robi
nie ma sensu. Nikt nie był w stanie
wyprowadzić go z błędu.
Zresztą jego koledzy nawet nie próbowali,
bo wiedzieli czym się to może skończyć.

Czym? Złością.
A złość Tadeusza zawsze była wielka.
Nabierał wtedy nadzwyczajnej siły.
Podnosił stoły, stołki, fotele, blachy,
kamienie, wszystko co, było
wystarczająco duże, żeby zrobić komuś
krzywdę. Celnie rzucał w kolegę,
który krytykował jego pracę.

Co zostawało po takim koledze,
lepiej nie pytać. 
Przeważnie jednak udało mu się
w porę uciec.

Tadeusz był szalony na punkcie 
snów i ich realizacji w swoim świecie.

Dobrze, że między jednym snem, a drugim
mijało trochę czasu i wtedy spokojnie
zajmował się wyrabianiem zapasowych kluczy
dla ludzi, reperowaniem ich komputerów
lub robieniem półek, szaf, stołów itp. rzeczy.

W skrócie ,gdyby nie sny 
i ataki złości, byłby wzorowym sąsiadem,
prawdziwą złotą rączką.

Ludzie o tym wiedzieli i w miarę swoich
możliwości starali się go nie złościć.

Obecny jego kolega Józek pomagał
mu często w pracach nad nowymi
wyśnionymi wynalazkami w zamian
za piwo i wódkę, które lubił 
znacznie bardziej niż Tadeusz.

Ten owszem pijał z Józkiem,
ale tylko do pewnego momentu.
Kiedy czuł już, że jeszcze trochę,
a zacznie mu się kręcić w głowie,
przestawał. Jak to potrafił wyczuć?
Nie wiadomo.

W każdym razie nie pił za dużo,
bo alkohol skutecznie blokował
wszystkie jego ,,twórcze,, sny.

Tej nocy przyśniła mu się 
zwykła studzienka, jakich w mieście wiele.
Świeciła się niebieskim światłem
i dlatego podszedł do niej.
Odsunął właz i zszedł po czekającej
na niego drabinie na dół.

Znalazł się w długim tunelu
oświetlonym jak wejście
niebieskim światłem.

Szedł i szedł aż doszedł
do schodów. Wtedy zaczął
się po nich wspinać do góry.

Schody podobnie jak tunel
wydawały się ciągnąć bez końca.
Wymagały dużej cierpliwości.
Na szczęście ciekawość Tadeusza
przewyższała znacznie 
jakąkolwiek niecierpliwość.

I dzięki temu dotarł do końca,
do niebieskich drzwi.
Niebieskich jak światło wokół.

Drzwi były duże i ciężkie.
Tadeuszowi nie brakowało
jednak siły.

Otworzył drzwi i znalazł
się w pięknej krainie.
Wokół tylko księżyc i zieleń
i spokój. Poza tym małe domki
jak na wsi, jezioro i mosty
prowadzące do małych 
wysp na jeziorze.

Krajobraz świecący się
na niebiesko jak strona
z książki z bajkami.

Tadeusz poczuł się tu wreszcie
szczęśliwy. Postanowił,
że zamieszka w jednym z domków,
które stały puste jakby tak
jak drabina czekały na niego.

Wszedł na most prowadzący
do najbliższej wyspy z domkiem.
Był pewny, że tam się zatrzyma.

Tymczasem na drodze pojawił
się mężczyzna z mieczem.

- To nie jest twoje miejsce, wróć
skąd przyszedłeś.
Krzyknął do niego.
- Nie wrócę.
Odparł Tadeusz.

Nie bał się mężczyzny.
Wiedział, że jest dość silny,
by go pokonać.

Gdy jednak zbliżył się do niego,
nogi odmówiły mu posłuszeństwa.
Upadł, a mężczyzna dotknął
go swoim mieczem i  jeszcze
raz krzyknął.
- Wracaj.

I Tadeusz wrócił.
Gdzie? Do swojego łóżka.
Do budzika terkoczącego
obok na stoliku.

Zdaje się, że dziś miał
robić w warsztacie klucze
jednego sąsiada i naprawić
komputer drugiego czyli dzień
miał pełen roboty.

Tyle tylko, że nie miał 
zamiaru nic robić.
Niestety już był pod wpływem
swojego snu.

Przede wszystkim chciał znaleźć
tajemniczą studzienkę i wrócić
przez nią do pięknej krainy.

Jak zwykle nie było istotne,
że piwniczka była we śnie,
a nie w rzeczywistości.

Tadeusz zaczął szukać
odpowiedniej studzienki
czyli takiej, która będzie
pasowała do tej ze snu.

Żadna nie pasowała.
Wszystkie były szare i paskudne.
Małe i nie w odpowiednim miejscu.
W dodatku zamknięte.

Już pierwszego dnia swoich
poszukiwań Tadeusz był zły.
Sąsiedzi, którym obiecał klucz
i komputer czuli się podobnie.

Ciągle do niego dzwonili z pytaniami
kiedy zrobi, to co obiecał.

Tadeusz nie wiedział kiedy
i w końcu wyłączył telefon.
Pewne było, że do pracy
wróci jak znajdzie studzienkę,
a kiedy ją znajdzie?
Trudno, ale nie był jasnowidzem.

Po kilku dniach poszukiwań
dotarł do otwartej studzienki,
ale bez drabinki.

Strasznie go to zdenerwowało.
Był prawie na miejscu,
ale niezupełnie.
To znaczy musiał to sprawdzić.
Poczekać na robotników z drabinką?
Wrócić innego dnia?

Tak się nad tym zastanawiał, że nawet
nie zauważył kiedy wyszedł
na środek ulicy i potrącił go samochód.

To był koniec wypraw Tadeusza
w poszukiwaniu wejścia do tajemniczej krainy.

Na razie znalazł się w szpitalu.
Leżał podłączony do aparatów
medycznych jak roślinka.
Nie dawał znaku życia.
Tkwił w śpiączce.

Koledzy raczej go nie odwiedzali,
ani sąsiedzi. Zarówno ten od klucza
jak i ten od komputera i wszyscy
pozostali. Z małym wyjątkiem.

Raz przyszła do niego Florentyna.
Pamiętała jak kiedyś wytłumaczył
jej sen jasno i dokładnie i nie
wziął za to pieniędzy.

Jak tylko od Eugenii dowiedziała
się o wypadku Tadeusza
przyszła do niego.

Powiedziała mu, że nikt tak jak on
nie tłumaczy snów.
Bardzo by chciała, żeby się obudził.
Wtedy pomogłaby mu zdobyć klientów
zainteresowanych swoimi snami.

On by im sny wyjaśniał, a ona
byłaby jego sekretarką 
i zadbała by o odpowiedni
wystrój wnętrza.

Nie musiałby już pracować w warsztacie,
a raczej pracowałby wtedy, kiedy by chciał.

Gdyby Tadeusz mógł 
coś powiedzieć pewnie zapytałby
skąd ten dziwny pomysł.
Dlaczego nagle zainteresowała się jego snami?

Florentyna pewnie nie wiedziałby co powiedzieć.
Lubiła rzeczy zagadkowe, a takie były dla niej sny.
A skąd się wziął pomysł? Pewnie z głowy,
a może z serca, a może z duszy, 
w której obecność wierzyła.

Najważniejsze, że miała taki pomysł.
Zaczęła regularnie odwiedzać Tadeusza
i czytać mu książki, bo podobno
mówienie do osoby w śpiączce daje 
wspaniałe rezultaty i pomaga jej
wrócić do rzeczywistości.

Jednak Tadeusz chyba nie chciał wrócić.
Nadal leżał nieruchomy.
Jakby znalazł się w jednym ze swoich
snów i już nie miał zamiaru wracać.

P. S. Może wróci, a może nie.
        Może kiedyś o tym napiszę.








 



 


 






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz